wtorek, 29 października 2013

strawa na październik

1. książki
- śmierć w amazonii artur domosławski
- kamienna tratwa jose saramago
- igły. polskie agentki, które zmieniły historię marek łuszczyna
- sprawiedliwość owiec leonie swann

2. serialowo
doctor who - seria 7
broadchurch - już do końca
masters of sex - 3 pierwsze odcinki

3. muzyka
missa papae marcelli giovanni pierluigi da palestrina

4. na zewnątrz
koncert symfoniczny sinfonia iuventus - grieg i mussorgski

w tym miesiącu miej niż zazwyczaj, bo - jak już pisałam - ciągle śpię. w nocy śpię, rano śpię, jak tylko wrócę do domu z pracy - śpię i nawet takie domowe banały jak pranie czekają na lepsze czasy... w autobusach śpię, nie śpię tylko w pracy, ale tu z kolei nie bardzo wypada mi czytać (chociaż czasem się udaje ;) ). dlatego mniej - tyle zdołałam, ale za to bardzo ciekawych rzeczy. do tego trochę serialowania, bo w łóżku w przerwach od spania seriale wchodzą łatwiej niż literki ;)))

ad 1
ambitnie zabrałam się za domosławskiego, ale niestety gorączka latynoamerykańska pokonała mnie na całej linii i gdzieś w 1/3 zarzuciłam jej czytanie i odłożyłam na lepsze czasy. całe szczęście śmierć w amazonii okazała się o wiele łatwiejsza do przyswojenia, choć niestety dosyć przykra w odbiorze... trzy obszerne reportaże, w każdym terror i groza, czyta się trochę jak powieść kryminalną, a potem z gęsią skórką uświadamia się sobie, że to jednak wszystko prawda. ogólnie - jest o walce zwykłych ludzi z ogromnymi korporacjami, które potwornie dewastują amazońskie środowisko, a co za tym idzie - niepowtarzalne ekosystemy, zatruwają wodę, od skażeń giną ludzie, a ci, którzy są niewygodni i protestują, są dyskretnie usuwani... brr, zmusza do wielu niewesołych przemyśleń, ale przeczytać warto, bo śmierć... otwiera oczy na rzeczy, o których zazwyczaj nie ma się pojęcia.

kamienna tratwa to książka dziwna i intrygująca. na początku było mi z nią trudno, a potem się zachwyciłam :) sama fabuła jest niesamowita i nieco absurdalna - oto od europy odrywa się półwysep iberyjski i zaczyna sobie swobodnie dryfować (w różne strony ;). światowe rządy nie bardzo wiedzą, co z tym zrobić, władze hiszpanii i portugalii - tym bardziej. tymczasem niektórym z mieszkańców pływającego półwyspu też przytrafiają się dość dziwne rzeczy - ktoś ciągle czuje drżenie ziemi, ktoś zaczyna pruć skarpetkę, a wełna ciągnie się w nieskończoność, za kimś lata stado szpaków... realizm magiczny i ogromna radość, bo uwielbiam takie historie.
przede wszystkim jednak - styl. to jest pierwsza powieść saramago, z jaką się spotkałam, ale po poszperaniu wyczytałam, że styl należy jednak do autora ogólnie, a nie do tej konkretnej jego książki. styl jest... wyjątkowy. bardzo długie zdania, wtrącenia do wtrąceń, ciągi myśli, dialogów, przysłów, powiedzeń, powtórzeń, nawiązań... a wszystko to z alternatywną interpunkcją. i nie tylko ;) podczas czytania na początku zwracałam uwagę głównie na styl, później wciągnęła mnie fabuła i styl przestał przeszkadzać, aż w końcu doceniłam to, że to głównie styl tworzy niezwykłość tej historii, a reszta jest tylko dodatkami. i jeszcze zaspoileruję, że zakończenie wcale nie jest mocne, zamykające i zakończeniowe, o. i jedna część mnie nie wie, co tak naprawdę o tej książce myśleć, a druga - jest zachwycona.

igły trafiły do mnie w zasadzie przypadkiem i nie byłam do tej książki przekonana, bo wszelakie biografizowanie, a w dodatku jeszcze wojenne i o szpiegach to zdecydowanie nie jest to, co interesuje len. ale... okazało się, że książkę czyta się naprawdę świetnie. dziesięć historii, a każda jak osobna powieść czy opowiadanie, z punktu widzenia bohaterki, z dialogami, z szybką akcją... bez przynudzania i historyzownia-histeryzowania. sensacyjne wydarzenia plus świadomość, że są to historie prawdziwe, oparte na dziennikach, notatkach, aktach z archiwów i tak dalej. jak wam kiedyś wpadnie w ręce, to przeczytajcie.

sprawiedliwość owiec to też bardziej przypadek niż mój świadomy wybór, ale i tym razem trafiło mi się coś ciekawego ;) kryminał, historia zbrodni, a wszystko opowiedziane z perspektywy stada owiec, z próbą oddania ich toku myślenia i innych właściwości. owce, którym pasterz dużo czytał (wniosek - czytajcie swoim zwierzętom!), postanawiają same rozwiązać zagadkę. i nawet w pewnym stopniu im się to udaje... może nie jest to jakaś wybitna literatura, ale pomysł intrygujący, na podróż czy poczekalnię w sam raz ;)

ad 2
jak wspomniałam, gdy się leży z kotem i kocem, seriale wchodzą nieco łatwiej niż książki. dlatego udało nam się dooglądać do końca broadchurch (specyficzny, ale dobry!), zakończyłam też moją odyseję z doctorem - teraz pozostały już tylko aktualne odcinki (na które nie mogę się doczekać) oraz... odcinki klasyczne, czyli dobre kilkadziesiąt lat serialu. jest co oglądać ;)
zaczęliśmy też masters of sex, serial, który jest emitowany aktualnie (jak na razie - 4 odcinki). lata '50, jeden z wybitnych lekarzy postanawia zająć się ludzką seksualnością z medycznego punktu widzenia, co jest dość rewolucyjnym pomysłem, bo nikt wcześniej nie podejmował tego tematu. szpital nie chce finansować badań, bo uważa je za nieprzyzwoite, ale doktor masters jest bardzo zdeterminowany... jest ciekawie + przepiękne stroje i scenografia. i kadry. i to, że z historii medycyny wiadomo, że jednak mu się udało ;)

ad 3
mszę szczerze uwielbiam od pierwszego wysłuchania gdzieś w okolicach muzycznej podstawówki. jest absolutnie przepiękna, można się przy niej idealnie wyciszyć i zrelaksować, pomyśleć, medytować, spać ;), zasłuchać się zupełnie. zdenerwowanym na uspokojenie, zestresowanym na relaks, wszystkim innym w każdej innej sytuacji - polecam bardzo!

...i tyle, jeśli chodzi o październik. być może listopad będzie bardziej owocny, chociaż nie gwarantuję - sezon zimowego snu dopiero się powoli rozpoczyna...

sobota, 19 października 2013

zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem

sen zimowy zjawił mi się w tym roku o wiele za wcześnie. za oknem jeszcze fruwa najbardziej kolorowa z jesienności, nawet temperatura nie jest taka zła, a ja idę spać, z wewnętrznego przymusu i czysto fizycznej konieczności. głowa ucieka mi w sny, oczy same się zamykają, a przymknięte choć na moment nie chcą się za nic otworzyć ponownie, bo już ta cudowna słabość, lekkość i okazuje się, że znów w ciągu minuty minęło półtorej godziny.
w ciągu tygodnia budzik jeszcze jakoś ratuje, może też poczucie, że już naprawdę nie wypada mi się codziennie spóźniać do pracy bardziej, niż standardowe dwadzieścia minut. w dni wolne nie ma sposobu - m. ucieka wczesnym rankiem, a ja tylko otwieram na moment oczy o siódmej, ósmej i dziesiątej, by za chwilę z przerażeniem stwierdzić, że za siedem minut będzie dwunasta. nie przeszkadza mi nic, dziś nie przeszkodził nawet klasyk w postaci sąsiada z wiertarką, a to znaczy, że sprawa jest rzeczywiście poważna.
zaczęłam pić kawę.
*
jakkolwiek banalnie i pretensjonalnie to nie zabrzmi, w każdym życiu, żywocie czy życiorysie są takie momenty, w których okazuje się, że nic już nie będzie takie, jak dawniej lub ewentualnie od teraz wszystko już będzie inaczej. i to są, jak mawia doktor, takie chwile zafiksowane w czasie, które zawsze muszą się wydarzyć, jak nie w ten sposób, to w inny, ale muszą. jakiś czas temu i ja trafiłam na taki moment, w którym moja codzienna egzystencja w kilka sekund wykonała przepiękne salto, ale.. potem najspokojniej w świecie stanęła na nogi i dzieje się dalej. i przyznam, że jest mi trochę dziwnie z tą najnormalniejszą normalnością w sytuacji, w której niektórzy absolutnie tracą zdrowy rozsądek. może to kwestia snu zimowego, może charakteru w tempie lento - nie wiem. zakrzyknięcie do nowej przygody akurat na czas zasypiania, szarości i zimna brzmi niezwykle sarkastycznie, ale tak chyba jest w istocie. możecie ewentualnie trzymać kciuki lub dobrze życzyć, ale ja na pewno jeszcze długo na ten temat nie odnajdę odpowiednich słów.

poniedziałek, 30 września 2013

strawa na wrzesień

1. książki:
- śmierć pięknych saren pavel ota
- kocia kołyska kurt vonnegut
- gwiezdny pył neil gaiman
- tajemnica lorda listerdale'a aghata christie
- trafny wybór joanne kathleen rowling
- małe kobietki louisa alcott
- dlaczego? dlaczego? dlaczego? 111 zaskakujących pytań i odpowiedzi martin fritz
- krótka historia czasu stephen hawking
- tove jansson: mama muminków boel westin

2. muzyka:
myśliwiecka artur andrus

3. serialowo:
doctor who - seria 5 i połowa 6 (z 11 doctorem)
broadchurch

4. na zewnątrz:
m. + dzieci :) - którzy aktualnie zaczęli działać pod szyldem żyrardowskie uderzenie
szalone dni muzyki


ad 1
śmierć pięknych saren  to kolejna z książek polecanych przez mariusza szczygła. opowieść o takim-sobie-zwyczajnym życiu pewnej rodziny czeskich żydów. i o łowieniu ryb. zaczyna się w czasach przedwojennych, kończy na powojennych, a to, że w międzyczasie wojna, holocaust i tak dalej... niby jest. naprawdę jest - są obozy koncentracyjne i cała groza, ale... jakby obok. jakby trzeba się było z tym pogodzić i po czesku żyć dalej, najintensywniej, jak się tylko da. i łowić ryby. jest nieco hrabalowsko, jest tatuś komiwojażer, są dokuczający bracia, są wujowie (łowiący ryby).
książka była pewną formą terapii dla autora, który w pewnym momencie wylądował w szpitalu dla psychicznie chorych, ale nijak nie da się w niej wyczuć jakiejkolwiek depresji - czeskość, czeskość po stokroć! (i łowienie ryb).

z kolei kocia kołyska to klasyka, którą znać trzeba, więc postanowiłam nadrobić braki. i... zostałam zaskoczona. nigdy wcześniej nie wnikałam w fabułę i czytałam z poziomu spoiler-free - i stąd te zaskoczenia, powieść zaczyna się zupełnie zwyczajnie, aż tu nagle, krótkimi, perfekcyjnymi rozdziałami najpierw staje się fantastyką lekko naukową, żeby później rozpętać totalny kataklizm. czytało się świetnie, rozdziałowe poszatkowanie wcale nie przeszkadzało - a wręcz pomagało w nadaniu tempa historii. niemniej - czuję pewien niedosyt i mam wrażenie, że mogło się w tej książce znaleźć jeszcze dużo więcej tego, co gdzieś ledwie muśnięte, zasygnalizowane lub opisane bardzo oszczędnie... ale może właśnie dlatego książka uznawana jest za tak dobrą i ważną, a gdyby cokolwiek do niej dopisać, kompozycja i świetność rozsypałyby się w drobny mak.

gwiezdny pył to kolejne nadrabianie gaimana. tym razem jest pełnowymiarowa baśń, zresztą - bardzo magiczna i piękna, i... bardzo gaimanowska. czyta się lekko i z uśmiechem (czego nie da się powiedzieć o niektórych innych gaimanowskich...), więc polecam na jesienną pochmurność. i eksploruję autora dalej.

na jesienność chciałam sobie zaserwować małą pigułkę z aghaty christie, ale niestety tajemnica lorda listerdale'a  nie była dobrym wyborem. okazało się, że jest to zbiór opowiadań, mniej lub bardziej kryminalno-miłosnych historyjek, jakby szkiców do większych dzieł lub wprawek, w których łatwo doszukać się podobnych pomysłów i motywów. czytanie owszem - jak to u christie - szybkie i bezbolesne, ale tym razem potrzebowałam tej staroświeckiej angielskości z krwi i kości, intrygi i charakterów, a dostałam jedynie ołówkowe szkice. (no dobrze, słowo londyn pojawia się tam parę razy i to już wystarcza, żeby mnie ucieszyć, ale niedosyt jest. bardzo dużo niedosytu. w zasadzie sam niedosyt.)

trafny wybór - uwaga, książka zawiera przemoc, narkotyki, depresję, dużo przekleństw, małomiasteczkowość, seks, samookaleczanie, śmierć, hipokryzję, oszczerstwa, zdrady i ogólną beznadzieję. ponadto - świetne charakterystyki postaci, przepiękne posplatanie wątków i to, że wciąga. co prawda sama fabuła nie porwała mnie jakoś bardzo, a niektóre rzeczy wręcz przewidziałam zanim się wydarzyły, to jednak bardzo podobał mi się kunszt żonglerki wszystkimi bohaterami - a jest ich naprawdę dużo i są zdecydowanie trudniejsi do polubienia niż ci znani ze świata magii. niemniej - nie czytajcie tej książki w taką jesienną szarą deszczowość, bo można stracić chęć, ochotę i siłę na cokolwiek.

po tych wszystkich ponurościach postanowiłam przeczytać coś, co będzie pogodne i przyjemne. w ramach postanowienia nadrabiamy klasykę wzięłam się za małe kobietki. i... zalała mnie fala słodyczy, niewinności i dydaktyzmu, i pomyślałam, że bez gorzkiej herbaty i innej książki do przegryzania w międzyczasie nie dam rady. i że jestem już zdecydowanie za stara na takie lektury, ale... potem szło już całkiem nieźle i udało mi się skończyć przed zasłodzeniem całkowitym. niemniej - jako książka przyjemna i pogodna w szaroburość za oknem sprawdziło się w sam raz.

w ramach małej odskoczni w jedno popołudnie połknęłam też dlaczego?... i dowiedziałam się przy tej okazji kilku całkiem interesujących faktów. niektóre pytania były naprawdę dziwaczne i wydawało się, że autor zadaje je tylko po to, żeby pochwalić się jeszcze dziwniejszą odpowiedzią. niektóre rzeczywiście były ciekawe, niektóre oczywiste, a niektóre całkowicie z gatunku wiedzy bezużytecznej. jeśli więc lubicie wiedzę bezużyteczną lub czasopisma jak focus, to książka będzie ok, w innym przypadku - można sobie darować.

ostatnio tak bardzo siedzę w czasoprzestrzennych podróżach, że postanowiłam poczytać sobie trochę o tym z tej zupełnie naukowej strony, jak to jest naprawdę... krótka historia czasu miała być tym, co taki zupełny (i mocno humanistyczny) laik jak len zrozumie.
...i szczerze się przyznaję, że nawet to naprawdę jest dla mnie magią absolutnie czarną (niczym czarne dziury), fantastyką taką samą, jak wszystkie teorie przedstawiane w książkach, filmach i serialach. usiłowałam zrozumieć rozszerzanie się wszechświata, kwarki, białe karły, teorię strun, antygrawitację, początki i końce kosmosu, i określenie dziesięciu, a nie jedynie czterech wymiarów. mam wrażenie, że trochę mi się rozjaśniło w głowie, a jednocześnie zaplątało jeszcze bardziej - najwidoczniej mój umysł jest zupełnie odporny na fizykę i jej wszystkie kwantowe i astronomiczne odmiany. i nawet, jeśli teraz już mniej więcej wiem, jak to jest z tym czasem i przestrzenią, to nie jestem tego w stanie objąć swoim pojmowaniem, wszystko to brzmi dla mnie jak kolejna z opowiadanych fikcyjnych fabuł i historii. bajka o czasie. i gdybyście poprosili mnie o jakiekolwiek streszczenie tego, co wyczytałam i czym jest czas i przestrzeń, to mogłabym jedynie powtórzyć za doktorem - big ball of wibbily wobbly timey wimey stuff. i tyle.

mama muminków to wielka księga, pięknie wydana, z masą zdjęć, rysunków, reprintów listów i tym podobnych. opowiada o tove, która - wbrew pozorom - była przede wszystkim malarką, a pisarką została zupełnie przy okazji, co się później na niej zemściło - w pewnym momencie miała już zdecydowanie dość muminków, które zmieniły ją w autorkę dla dzieci. można poczytać o zmaganiach w malarskich akademiach, o stosunkach rodzinnych, marzeniach o własnej wyspie, muminkowych genezach, lepszych i gorszych czasach, a także o wszelkich miłościach tove. można powiedzieć, że to dzieło dość monumentalne, więc na czytanie trzeba poświęcić trochę czasu i uwagi, a i tak najlepiej dozować sobie ten tekst co jakiś czas. dla mnie - zafascynowanej światem stworzonym przez tove, ale także jej ilustracjami z alicji w krainie czarów czy hobbita była to bardzo interesująca lektura, a tove okazała się jeszcze bardziej taka, za jaką ją miałam ;) jeśli chcecie pogłębić swoją wiedzę o muminkach lub ich mamie - polecam.

ad 2
myśliwiecka trafiła do naszego samochodowego odtwarzacza podczas podróży po nigdziebądź i... już tam została :) i zastanawiamy się, jak to się stało, że trafiła tam tak późno. muzycznie świetna, tekstowo - bardzo andrusowo, wokalnie... cóż, również andrusowo :) piosenkę o zakładaniu chórów m. podśpiewuje już niemalże podświadomie, a to, że gołąbki same się poduszą śpiewamy obydwoje :)

ad 3
z jedenastym doctorem miałam na początku problem, ale już się przyzwyczaiłam i serialowość idzie dalej, szczególnie, że w tych seriach zdjęcia są absolutnie przepiękne, kompozycje kadrów mile łaskoczą moje najgłębsze poczucie estetyki... ale to jednak nie dziesiąty doktor...
...niemniej - żeby za bardzo się z tennantem nie rozstawać, zaczęliśmy oglądać broadchurch. oczywiście pan wspominany występuje tu w roli bardzo innej, ale też jest pięknie. powolna, nieco zamglona narracja świetnie oddaje klimat sennego nadmorskiego miasteczka, kadry i gra światłem również są przepiękne i pomimo niezbyt przyjemnego tematu ogląda mi się to bardzo przyjemnie.
m. też się wkręcił i oglądamy razem :)

ad 4
jakby kiedyś rzuciło wam się w oczy żyrardowskie uderzenie (nazwa powstała ot tak, może trochę przez prasę, proszę nie ciskać gromów, nikt konkretny nie jest za nią odpowiedzialny ;) - to wiedzcie, że zawsze polecam. dzieciaki (mocno nastoletnie) bardzo się już wyrobiły, pracują ciężko, perkusyjnie wymiatają rewelacyjnie. a poza tym, to są fajni ;)

a szalone dni muzyki jak zawsze zmuszają do chwilowego zamieszkania (i zamieszania) w operze, ale to są bardzo przyjemne dni. uwielbiam ten klimat, ten rozgardiasz, to, że można biegać z koncertową rozpiską i posłuchać tyle dobrej muzyki przez dwa dni, że wystarczy przynajmniej na połowę burej i deszczowej jesieni.

tradycyjnie jeszcze zapowiedź: 10 października, czwartek, studio s1 polskiego radia, godzina 18. sinfonia iuventus gra koncert fortepianowy griega i obrazki z wystawy. będzie fajnie :)


niedziela, 22 września 2013

blur

jesienne szarości od rana rozmywają krajobraz za oknem, a mi powoli zaczyna rozmywać się rzeczywistość.

nagle siedem tabletek zamiast zwyczajowo trzech. i pierwszy raz zdarza mi się, żeby tuż po wybiegnięciu z przychodniowej sterylności dzwonić do lekarza, który - na moją monotonną recytację liczb z laboratoryjnej kartki zakrzyknie (jakże adekwatnie) o choroba! i każe natychmiast udać się do apteki, choć na pewno nie biegiem.

godzinami siedzę w pracy zupełnie sama. jest przeraźliwie zimno i muszę odbierać wszystkie telefony. po tygodniu już nawet zapominam się przy tym stresować.

odbieramy z lotniska rodziców m., którzy wrócili z ciepłych krajów. opaleni, lekko zdezorientowani kurtkami i zimnym wiatrem. nasza wspólna kolacja powoli zamienia się w alicjową herbatkę - oni w czasie opowieści otrząsają się z resztek podróżnego niepokoju, mój niepokój wzrasta i podchodzi do gardła, na wypadek, gdyby trzeba było nagle odpowiedzieć na pytanie a co u was?

zresztą - pytanie co tam u ciebie? we wszystkich swoich możliwych wariantach budzi teraz we mnie największe przerażenie - nie chcę na nie odpowiadać, nie chcę nic wymyślać, a jeszcze nie potrafię uczepić się skrawków obojętnej nieokreśloności, z której mogłabym wysnuć jakąkolwiek historię.

poniedziałek, 9 września 2013

są takie średnie miasta

kilka dziwnych dni w kliku niedużych miastach, praktycznie identycznych, mijanych po kolei wzdłuż każdej z tras. rynek z kościołem i pomnikiem papieża bądź marszałka, parterowe domy - w czasach świetności kolorowe, w gorszych czasach brudnoszare, w naszych - urągające pojęciu architektury. czasem dom kultury, mały supermarket na wjeździe, stacja benzynowa na wyjeździe. albo odwrotnie.
nadto wymalowane kobiety, nieco wymięci mężczyźni, grube i głośne dzieci. chłopaki z papierosami zgromadzeni wokół samochodów, przyglądające im się nieco z ukosa i z dystansu dziewczyny. wszystko i wszyscy jako idealne ucieleśnienie stereotypów, w które nadal nie chce mi się wierzyć.

i dużo, dużo myślenia, czy oglądane codziennie od dziecka budynki i twarze w jakikolwiek sposób determinują to, co dalej? a jeśli tak, to jak bardzo? len jest od zawsze z ogromnego miasta, chociaż bardziej w klimacie ocalałych przedwojennych przedmieść i podlasów. teraz w samym środku, i choć nad jeziorem, to jednak wielkomiejskość zewsząd, wielkomiejskością się oddycha. i dobrze z tym.
kim byłaby len z małego miasteczka?

a na obrazku miasteczko z lekka weselsze

wtorek, 27 sierpnia 2013

strawa na sierpień

1. książki
- opowieść olivera erich segal
- cmentarz w pradze umberto eco
- paranormalność richard wiseman
- gottland mariusz szczygieł
- zrób sobie raj mariusz szczygieł 
- laska nebeska mariusz szczygieł
- kapryśne lato vladislav vančura
- kobieta trzydziestoletnia honore de balzac
- kościół dla średnio zaawansowanych szymon hołownia
- nigdziebądź neil gaiman
- nothing hill richard curtis
- noc w bibliotece aghata christie
- czarna kawa aghata christie
- doktor jekyll i pan hyde robert louis stevenson
- zapachy miast dawid rosenbaum

2. muzyka
- ponownie jordi savall - armenian spirit 
- oraz balkan spirit tegoż
- memoryhouse

3. serialowo
- doctor who - serie 3 i 4 (z 10 doktorem)
 
ad. 1

jakoś tak wyszło, że w tym miesiącu sporo lektur. i przyznam się, że mam rozpoczęte jeszcze trzy inne książki, ale o nich wspomnę już we wrześniu ;)
 
 
opowieść olivera jest kontynuacją love story, więc po połknięciu pierwszej opowiastki sięgnęłam po kolejną - szczególnie, że miała format odpowiedni do przeczytania na jednorazowej trasie jezioro - koniec świata - jezioro. przeczytałam i... cóż, jest to historia znacznie gorsza niż love story, brakuje jej świeżości pierwszej części, brakuje jej jakiegoś głębszego spojrzenia na wszystko - bohaterów, świat, samą fabułę, brakuje jej języka... dużo jej brakuje. a to, co w love story dało się przełknąć, tutaj już niestety trochę razi, dlatego nawet nie wiem, czy mogę zaliczyć tę książkę do literatury ogródkowej. dałabym jej kategorię plażowej - kiedy z gorąca nie chce się myśleć i trzeba czegoś bardzo lekkiego. albo poczekalniowej - w kolejce do dentysty, gdy stres i odgłosy z gabinetu nieco zaburzają przyswajanie treści ;)

spiski, jezuici, żydzi, masoneria, nieustanne szpiegowanie i knucie, satanizm, objawienia, zabójstwa, problemy z tożsamością, zaniki pamięci... składniki niemalże idealne do stworzenia zagmatwanej i intrygującej powieści. cmentarz w pradze zagmatwany owszem, jest, ale nie wiem, czy określiłabym tę książkę jako intrygującą... eco pisze bardzo intelektualnie i erudycyjnie, co sprawia, że trzeba nieźle nagimnastykować się umysłem, aby podążać za fabułą, intrygą, wszystkimi nazwiskami i wydarzeniami. (zresztą - autor jest tego świadomy, bo na końcu mamy odpowiednią tabelkę z gatunku podumowująco-komparara ;) na pewno nie jest to literatura ogródkowa, łatwa, lekka i przyjemna, niemniej - przy odpowiedniej dozie koncentracji wciąga i okazuje się być interesująca. bo jak inaczej określić przyglądanie się całemu zasupłanemu procesowi, który sprawił, że nawet współcześnie są tacy, co za wszystko winią żydów i masonów?

wśród moich lektur oczywiście i teraz nie mogło zabraknąć książki o mózgu i jego funkcjonowaniu - tym razem w kontekście zjawisk paranormalnych. jak to naprawdę jest z tymi duchami, telekinezą, telepatią, przewidywaniem przeszłości i tak dalej? oczywiście wszystko siedzi w nas samych (jak zawsze :). książkę czyta się świetnie i szczerze ją wam polecam - przytoczone jest dużo przykładów i autentycznych historii, mnóstwo naukowych badań i analiz, ale przede wszystkim są zabawy i eksperymenty, które można przeprowadzić na sobie podczas czytania, a także szczegółowe instrukcje jak np. wywoływać duchy, wróżyć z ręki i wychodzić poza ciało. podczas czytania rewelacyjnie się bawiłam i zamierzam poszukać innych książek autora paranormalności, bo okazuje się, że jest ich sporo (traktujących o wielu innych intrygujących tematach i zjawiskach). znów też dowiedziałam się też co nieco o psychologii, działaniu mózgu i innych dziwnych ludzkich mechanizmach (chociaż to, że wahadełko huśtające się i kręcące się jak szalone w moich dłoniach mocno ściemnia, zauważyłam sama już dawno ;) i naprawdę chciałabym kiedyś zorganizować seans z chodzącym stolikiem :)

będzie niesprawiedliwie i uogólniająco - przyznaję się bez bicia, że brytyjczyków uważam za nieco dziwnych. jednak jest to dziwność cudowna, urocza i szalenie sympatyczna, w odróżnieniu np. od wyczuwanej przeze mnie dziwności-inności szwedów, której się boję i z którą nie potrafię sobie poradzić w bezpośrednich kontaktach z wspomnianymi. tymczasem trzy reportażowe książki mariusza szczygła odkrywają całe bogactwo dziwności czeskiej, która - przynajmniej dla mnie - okazuje się dziwnością oswojoną, radosną, bardzo specyficzną, ale i w jakiś sposób pokrewną mojemu postrzeganiu świata. czesi są inni. czesi są... tak bardzo czescy :) ta czeskość jest pewnego rodzaju fenomenem, który szczygieł fenomenalnie prezentuje, przedstawia, w który się zagłębia, ale którego nie próbuje wyjaśniać, bo nic tu do wyjaśniania nie ma - czesi są czescy i już.
reportaże z gottlandu i zrób sobie raj czyta się świetnie, wciągają, fascynują i wciąż chce się więcej. trzecia książka - laska nebeska - jest zbiorem felietonów, wstępów do kolejnych tomów w serii dzieł literatury czeskiej wydawanej kiedyś przez gazetę wyborczą - dany utwór jest jednak zawsze tylko pretekstem, trampoliną, od której można się odbić i poszybować w czeskość. wszystkie trzy tomy bardzo polecam, a polecenie z laski nebeskiej poskutkowało tym, że przeczytałam kapryśne lato...

...a kapryśne lato to wolno snująca się opowiastka o małym, nieco sennym czeskim miasteczku krokove vary [:D], do którego pewnego dnia przyjeżdża wóz z dwójką cyrkowców... historyjka jest krótka, ale rewelacyjnie się ją powoli smakuje, zdania typu miasto o architekturze wątpliwej wartości i dobrej zdrowotności albo ten rodzaj lata [...] wydaje mi się nieco niefortunny zdarzają się tu co chwilę i bardzo cieszą. i książka jest niesamowicie sympatyczna, jeśli potraktuje się ją właśnie jako taką bombonierkę z różnorodnymi cukierkami, które trzeba powoli smakować - czytanie jednym ciągiem dla fabuły czy akcji skutecznie tę przyjemność tu zabije i sprawi, że - jak to określiła jedna ze znajomych mojego brata - będzie to tylko bardzo pseudointelektualne pitolenie bądź też pitolenie bardzo wzniośle poetyckim językiem o pierdołach ;)
i jeszcze - w moim wydaniu tłumacz we wstępie mówi, że bardzo przeprasza, i że on starał się, jak tylko mógł, ale ta pozycja jest nieprzetłumaczalna :]

kobieta trzydziestoletnia... postanowiłam przeczytać, bo wiecie, hm, powoli zaczynam coraz bardziej pasować... i tak sobie przez tego balzaca płynę i rozczula mnie zupełnie. towarzyszymy pewnej kobiecie od nastoletniości aż po starość (czyli nie tylko w momencie jej trzydziestki), a po drodze trafia się jej wszystko, co się tylko może przydarzyć (oczywiście z zastrzeżeniem, że małżeństwo to jedno z najgorszych, w co się mogła wpakować, a mąż jest burak i do tego kretyn ;). i jest i młody (niedoszły) kochanek, i macierzyński dramat, i choroby, i śmierci, jest nawet napad i są piraci (!!!). dla biednej, niezrozumianej i siedzącej samej w domu kobiety trzydziestoletniej za czasów balzaca - balsam dla duszy.
i jeszcze warto zwrócić uwagę, że w powieściowych czasach kobieta trzydziestoletnia to jest ta, która nie jest młoda (a wręcz jest już stara), kawał życia przeżyła, doświadczyła mnóstwa rzeczy, jest (nieszczęśliwą) żona i matką i w ogóle już chce umrzeć. ot co.

gaimana przeczytałam do tej pory mało i właśnie nadrabiam. i za każdym razem czytam, uznaję, że to jest straszne, okropne i w ogóle nie lubię takiej literatury, po czym czytam dalej. po czym nie mogę się oderwać. po czym stwierdzam, że jak to, już się skończyło?
zgodnie z tym schematem nigdziebądź z londynem pod i jego wszelakimi okropnościami jest straszne (w mnogim tego słowa znaczeniu) i wciąga (tylko nie dajcie się wciągnąć za bardzo. i uważajcie na drzwi).
[a to, że jestem dość na świeżo z londyńskim metrem, tylko pogłębiało radość z historii. i grozę.]

nothing hill.. scenariusz zapisany w formie książki. obejrzyjcie film i zapomnijcie, że na jego temat zostało stworzone cokolwiek papierowego, dobrze wam radzę ;)
[a dlaczego w ogóle się za to wzięłam? otóż pewnego dnia m. wstał o jakiejś barbarzyńskiej godzinie i oczywiście mnie obudził, a jak w okolicach 6 rano stało się dla mnie jasne, że nadziei na spanie nie mam już żadnych, zrobiłam sobie sojowe latte i zasiadłam oglądać kolejny odcinek doctora who. traf chciał, że był to odcinek totalnie rozwalający emocjonalnie, dlatego potem, w drodze do pracy, potrzebowałam czegoś lekkiego do autobusu, co pozwoliłoby mi się poskładać z powrotem. i rzeczywiście było lekkie, ale proszę - nie bierzcie papierowego nothing hill do ręki.]

z kolei po obejrzeniu doktorowego the unicorn and the wasp (swoją drogą - bardzo mi ten odcinek przypadł do gustu :) nabrałam ochoty na aghatę christie i złapałam się za to, co akurat miałam pod ręką. noc w bibliotece jest z serii z panną marple, czarna kawa - z herkulesem poirot. zawsze wolałam te z herculesem... i wśród tych dwóch kawa... jest zdecydowanie lepsza. a christie jak to christie, są poplątania, jest dużo szczegółów, jest coś, o czym nie wiemy i jest dużo mojej ulubionej angielskości. absolutnie nie są to arcydzieła literatury, ale przecież o to tu chodzi, że wcale być nie muszą ;)

zapachy miast... z tą książką mam trochę problem. z jednej strony wszystko jest w porządku i w dodatku bardzo moje - podróże, dużo nowych miejsc, a wszystko opisywane przez pryzmat zapachów, smaków i kolorów. i w dodatku krótkimi tekstami, luźno powiązanymi refleksjami i zapisami wrażeń. z moim nadwrażliwym węchem doskonale rozumiem autora i czuję z nim niemalże jakieś siostrzano-braterskie porozumienie w tej zapachowej przypadłości (która przecież w jakiś sposób wpływa na jakość życia), a długość i styl tekstów też są mi dziwnie bliskie. w związku z tym powinnam książka się zachwycić i przyjąć jako jedną z bardzo moich, zrozumieć w pełni i tak dalej... a niestety nic takiego się nie stało. co prawda czytałam z zainteresowaniem, ale nie porwało mnie to w żaden sposób. ot, taki sobie blog, który radośnie czytałabym przy porannej herbacie, ale jako książka widzi mi się to już o wiele mniej.
(z drugiej strony - wobec własnych tekstów skrobanych gdzieś w ukryciu mam zdecydowanie, oj, zdecydowanie! gorsze odczucia, więc w tej naszej naprędce skonstruowanej wspólnocie rosenbaum wychodzi jednak o wiele wiele lepiej :P)

doktor jekyll i pan hyde to świetna nowelka, która idealnie nadaje się do czytania w poczekalni u lekarza (chociaż z innych względów niż wspominana na początku wpisu literatura poczekalniowa). historię na pewno znacie, ale warto zapoznać się ze źródłem - dobrze napisane, jest zima, jest groza, byłe prosektorium i tajemnice, no i londyn... ^^ i połkniecie w czasie jednego czekania (a że lekarzy wam wcale nie życzę, to dodam, że książka nadaje się również do czytania w każdym innym miejscu :)

ad.2
armenian spirit znów, bo to taka dobra muzyka... a do kolekcji dołączył balkan spirit, który jest mniej melancholijny, a bardziej dziki i świetnie taneczny, chociaż i tam nie brakuje pięknych lirycznych momentów. polecam bardzo, zresztą - jordiego i hesperionów polecam wszystko jak leci, w ciemno ;)
a memoryhouse właśnie podrzucił mi brat. i nie wiem o nich jeszcze nic poza tym, że to jest bardzo, bardzo dobra muzyka na wczesną jesień.

ad.3
doctor. DOCTOR. wpadłam po uszy, zakochałam się w tym wcieleniu doktora (i przy okazji w tennancie), obejrzałam wszystkie dodatki z wszystkich dvd, a na koniec wpadłam w mentalną żałobę po dziesiątym, którą muszę sobie spokojnie przedumać, zanim zacznę oglądać kolejne serie z jedenastym. cóż, przecież wiedziałam, że to się tak skończy... poza tym - dużo różnych przemyśleń, o których już wspominałam, samotność, małość, ale i różne dziwne strachy. i nieustanny podziw dla wyobraźni scenarzystów ;)
(+ tennant. i perspektywa broadchurch, blackpool oraz innych. a także jeszcze innych z panem cumberbumber. coś czuję, że to może być najbardziej serialowa jesień i zima w moim życiu).

ad.4, którego nie było
tym razem, pomimo wszelkiej sierpniowej obfitości wydarzeń moje na zewnątrz ograniczyło się do spotkań czysto towarzyskich (choć oczywiście również bardzo kulturalnych ;), leśnych, ogniskowych i rodzinnych. jednak tradycyjnie już zapowiem dobre rzeczy w przyszłym miesiącu:
6 września w centrum kultury w rawie mazowieckiej m. gra ze swoimi dziećmi muzykę filmową oraz utwory na pudełka, zapalniczki, łyżki i tym podobne - bardzo to sympatyczne i serdecznie zapraszam.
a od 27 do 29 września trwają szalone dni muzyki i to już traktujcie jako pozycję obowiązkową (!!!). w ciągu tych trzech dni w operze narodowej będzie mnóstwo koncertów w świetnych wykonaniach, koncerty krótkie - tak po 40 minut, a maksymalnie trochę ponad godzinę, można spokojnie pójść na kilka jednego dnia, bo będą od rana do wieczora nieustannie. jakby tego było mało, to w tym roku jest naprawdę rewelacyjny repertuar - muzyka francuska i hiszpańska (same chwytliwe kawałki ;), a bilety w cenach 5, 7 i 10 zł. szczegółowy program pojawi się na zalinkowanej stronie lada dzień (a jak ktoś jest bardzo dociekliwy, to już jest, tylko trzeba trochę pogrzebać), rezerwacja biletów od 1 września, zatem - zerkać, zamawiać i do kultury marsz! :)
[a mnie spotkacie tam na pewno na wszystkich - chyba trzech - koncertach granych przez iuve oraz być może na różnych innych :)]