czwartek, 20 lipca 2017

dwie pory

a wiosna tego roku była bardzo dziwna. na niebie i ziemi oraz w przestrzeni wirtualnej ukazywały się znaki, które przekręcały mnie wielokrotnie ze strony prawej na lewą i z lewej na prawą. powietrze gęstniało od magii, niektóre gesty pozostawiały za sobą iskrzący ślad, inne - gęsią skórkę przez wiele godzin potem. słowa znów nabierały znaczeń i smaków, których nie miały już dawno, zapachy jak nigdy uderzały do głowy i - jak ostatnio próbowałam opisać ten czas - kilka (w większości legalnych) katalizatorów uruchomiło procesy, których przebieg kazał coraz szerzej (coraz szczerzej) otwierać oczy.
wiosna minęła w tej nieprzytomności zupełnej, z impetem wpadła w letnią toń z nocnych łez i półuśmiechów pozbieranych z całkowicie roztrzaskanych odłamków. wynurzyłam się po tym skoku i teraz starannie wygładzam drobne zmarszczki na wodzie, myślach i prześcieradle, chociaż to nie są jedyne, z których obrazem w myślach usypiam co drugi, trzeci dzień.
zanim nastanie sierpień, ułożymy się w tej wciąż nowej rzeczywistości, a po tylu miesiącach wrażenie pierwszego szoku i wszystkiego, co się wydarzyło lub mogło, spadnie nam nawet już z opuszek palców i końcówek włosów.
a w tych najkrótszych momentach, gdy tęczówki w zupełnie niedającym się określić kolorze, tak bardzo chcę, żeby już więcej nie działo się nic i nie stało się nic aż do końca.


piątek, 17 marca 2017

marzec

raz na jakiś czas trafia się takie przedwiośnie. niezbyt często, teraz już trudno mi umieścić w czasie to ostatnie podobne.
przedwiośnia, kiedy chodzę z rękami w kieszeniach i głową w okolicach chmur. gdy powietrze się kłębi i szumi w odcieniach grafitu, a czasem ma szklisty połysk na wysokich tonach. i bywa, że trudno jest oddychać, spacer po mieście jest wspinaniem się na stromą górę. gdy wolę milczeć zamiast mówić. gdy codziennie budzę się o trzeciej albo czwartej w nocy i już nie śpię, żeby o świcie chwiejną ręką wsypywać herbatę do kubka, patrzeć na mgliste światło i siłą woli uspokajać krew w żyłach. i jeszcze śpiewam piosenki w tramwajach. o piątej rano.

i bardzo wiem, dlaczego tak jest. i bardzo powoli sobie to przepracowuję, po kolei, każdą komórką ciała. to długie i trudne, ale wiem, co robić. co prawda organizm zachowuje mi się, jakby to wszystko działo się pierwszy raz i lekko histerycznie funduje mi dziwne niespodzianki, co czasem dają w głowę obuchem. śmieję się, sama z siebie. oby do lata i dalej.

piątek, 24 lutego 2017

dzienność

pamięć to jest jednak dziwne zwierzę. dzisiaj zupełnie nagle uderzyła mnie tymi dniami zawieszonymi gdzieś pomiędzy przedwiośniem a gorączką, bardzo dawno temu. szkolna sala miała wysokie okna, widok z nich na szarorude dachy, mokry beton podwórka i zupełnie białe niebo. pachniało kurzem, pastą do podłóg i wnętrzem fortepianu, a we mnie toczyła się wewnętrzna walka, czy włączyć drgające na niebiesko świetlówki, czy może zwinąć się w kłębek na podłodze i iść dalej spać. gdy patrzę na to z perspektywy kilkunastu lat, to to był tak bardzo dziwny czas, gdy nawet wysokość słońca na niebie miała znaczenie. a jednocześnie wcale nie był dziwniejszy od innych czasów, które cierpliwie nawlekam na sznurek.
*
tymczasem w piątek po południu zaczął padać śnieg. zatem, przy wyjściu z pracy, właśnie do niej wróciłam. niemniej - o tym, że zjawi się o 16, wiedziałam od wczoraj, a wcześniej dyskutowaliśmy o tym już od dwóch dni. co z tego, skoro spośród pogodowych pogan nikt mi nie wierzył.
gdy w powietrzu pojawiły się pierwsze płatki, przez chwilę poczułam się przynajmniej jak noe.

środa, 28 grudnia 2016

zima na ramiona moje spadła

...a ja jeszcze nigdy takiej zimy nie miałam. żadnych szans na sen, ciasteczka pogryzane w biegu i ukradkiem, nieprzytomne poranki i zbyt wczesne noce. kalejdoskop telefonów, liter, zdjęć i głosów, spraw do zapamiętania, przygryzania palców i ratowania sytuacji. duża odpowiedzialność, coraz mniejsza poczytalność, dyskalkulia, rozsypane szkiełka i piasek pod powiekami. wieczór w klubie, gdy nie wiadomo, czy raczej zamykać oczy, czy jeszcze szerzej je otwierać. na każdym kroku iluminacje, te świąteczne i te mniej, mokre jezdnie stają się powodem do radości i niepokoju, a gdy odbijają się w nich neony, czuję w głowie znów te głupie siedemnaście lat. wsiąkam w miasto, wiatr zwiewa mi czapkę i chociaż wiem, że jeszcze długo zimno, zło i mrok, to czasem już oddycham wiosną.

sobota, 5 listopada 2016

zachmurzenie umiarkowane

jesienią życie w parkach nieco usypia, po zachwycaniu się wrzosami pozostaje tylko grabienie liści i układanie ich w zgrabne kopczyki dla jeży. dlatego etatowe kalosze odstawiłam do szafy i zaczęłam babrać się w innej, jakże bliskiej mi dziedzinie. pogodzie.
pochylam się nad magicznymi tabelkami i wykresami i próbuję wywróżyć temperaturę, wiatr, szadź i szron. oprócz mnie robią to też inni, a od większości płynie cicha modlitwa niech tylko nie spadnie śnieg. kolega przyznał mi się po cichu, że czasem ma wrażenie, że to my kontrolujemy pogodę w tym mieście. i wcale bym się nie zdziwiła, codzienny głos tylu wyznawców nie może pozostać bez śladu.

oczywiście pogoda to tylko ułamek tego, z czym codziennie mam do czynienia. dziwności i ciągłe wyskakiwanie daleko poza swoje ograniczenia. introwertykiem i socjopatą mogę sobie być najwyżej w nocy, choć jeśli rzeczywiście spadnie śnieg (majaczy w okolicach środy), to nawet i nie to. coś czuję, że tegoroczny sen zimowy muszę sobie darować.

czwartek, 13 października 2016

półrocznicowo

gdy pół roku temu rzucałam się do tej pracy głową w dół, nawet przez myśl mi nie przeszło, że:
zostanę dozorcą parku, będę brodzić po kostki w błocie i po grzywkę w tulipanach, będę wiedziała, jak robi się rezonans drzewom, zaliczę przejażdżkę pługiem śnieżnym, kilka razy w tygodniu będę gadać do radia (i mi to zupełnie spowszednieje), niemalże codziennie będę dzwonić do obcych ludzi i prosić o najdziwniejsze rzeczy, zdam egzamin na urzędnika, będę chodzić po dnie stawu w ogrodzie saskim (i kilku innych), będę wdawać się w niezobowiązujące rozmowy z masą przypadkowo spotkanych osób, na legalu będę wchodzić na środkowe pasy zieleni najruchliwszych ulic i dorobię się własnej odblaskowej kamizelki.
i wielu innych.
a to dopiero pół roku.

i po raz tysięczny fortuna, co to daje prezenty. not according to the book.

(dochodzę do wniosku, że wraz z curiouser and curiouser to moje życiowe motto).