sobota, 19 września 2015

siedemnastu lat już nie będzie.

jak zdarzy się, że sen zdzieli mnie przez łeb obuchem nastoletnich wspomnień, to mam przeogromną ochotę zapakować cały tamten czas w pudło, szczelnie okleić i opisać 'nie dotykać'. nawet długim patykiem. bo może to nie były czasy złe ani jakoś specjalnie traumatyczne, na pewno zdarzyło się tam wiele z tego, dzięki czemu jestem jaka jestem teraz, ale litości i bogowie, już zupełnie nie chcę mieć z tym nic a nic do czynienia. i wcale nie tęsknię, a wręcz wzdrygam się na myśl coraz bardziej. i już absolutnie nie chcę mieć znowu tych cholernych siedemnastu lat.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

wiadomo co.

znowu nadchodzi właśnie ta pora roku. nawet pomimo pogodowego terroryzmu, który skutecznie bunkruje mnie w mieszkaniu, czuję ją każdym możliwym zmysłem. w przeciągach ją czuję, w kolorze światła na ścianie, w pasującej mi muzyce i w chęciach na dobrze przyprawione jedzenie. jestem cała ze spalonego lata, powtarzałam to już tysiąc razy i nadal będę. leśność. wiatr w grzywce.
i jak zawsze o tej porze włącza mi się szaleństwo, nieco inne gatunkowo niż to wiosenne, ale nie wiem, czy nie bardziej odczuwalne w kościach. zaczyna mi się chcieć, ale zawsze chcieć nie to, co muszę, tylko to, co mi się błąka gdzieś po snach i czego nigdy nie potrafię, nie mogę, nie powinnam. zdjęcia. pisanie. pianino. podróże gdzieś daleko. opowieści. ogniska. zrobić coś ze swoim życiem w końcu.
tymczasem siedzę. na miejscu, na kanapie, na podłodze. przed komputerem, w okularach. w cyferkach dłubię, zabieram telefon przed dekonstrukcyjnymi zapędami dzieć. udaję pieska, kotek sam się udaje. słucham upiornego remontu za oknem, kolejny miesiąc. kocyk zabiera kot, herbatę wylewa dzieć, a ja potykam się o nuty, buty podkute szanownego współmałżonka i kolorowe kubeczki, kółka, piłki i klocki.
i tak. i tylko trochę smutno.

czwartek, 13 sierpnia 2015

zgodnie z zapowiedzią

zgodnie z zeszłoroczną zapowiedzią - jeśli ktoś zamierza oglądać w sobotę tegoroczną defiladę - lub transmisję z tejże - śmiało może patrzeć na pierwszy rząd orkiestry i zlokalizować ojca żywiciela. jedyne, co niezbyt zgodne z tym, co pisałam rok temu to to, że nie będzie grał na werblu. będzie na samym środku ukrywał się za (jak dla mnie) jednym z najbardziej kuriozalnych instrumentów ever. ale co kto lubi.

i każdemu, naprawdę każdemu życzę, żeby mógł tak spełniać swoje marzenia, jak to robi mój mąż. zazdr.

środa, 29 lipca 2015

bo psia gwiazda

lipiec, jak wiadomo, nie należy do moich ulubionych - gorąc, deszcze, ciężkie powietrze i niespokojne sny, teraz jednak nieco mniej odczuwam jego dokuczliwość. kiedyś, gdy leżakowanie na huśtawce, książki w ogrodzie w duchocie przed burzą, bieganie w deszczu po kocich łbach i przez parki, to się w głowie mieszało że hoho, ciągłe niepokoje, strachy na przyszłość, nieodpowiedni mężczyźni w nieodpowiednich momentach i w ogóle miszmasz.
w tym momencie największe upały przesiaduję w zaciemnionej sypialni (urządziłam sobie prowizoryczne biuro w łóżku, czy to nie brzmi dobrze?) i pracuję mrówczo i przenudno (i nawet nie wiem, co szefostwo na to, bo się od dwóch miesięcy nie odzywają, może ja już wcale tam nie pracuję?). od czasu do czasu rozwieszę pranie czy pokroję warzywa na zupę dla dzieć, popołudniowo czasem wyprowadzę dzieć spacerem nad jezioro, popatrzę na siatkówkę plażową i stoliki na molo. i mam namiastkę kurortu. i w tym znużeniu i powtarzalności jakoś nie ma momentu, żeby sobie zajmować myśli jaskółczymi niepokojami i innymi ulotnościami.

tymczasem dzieć rośnie bardzo i zaczęła sama biegać oraz sensownie się do nas wypowiadać. i nie wiem, czy rozumiecie grozę sytuacji - nie dość, że uciekanie z dzikim chichotem po sprytnym zwinięciu matce ostatniego ciastka/ojcu garści chipsów, to jeszcze pełne stanowczości 'nie!', gdy wspinasz się na wyżyny udawania poważnego rodzica i wygłaszasz przemowę umoralniającą.
i z każdym takim nowym etapem wzdychamy sobie z m. ciężko i po raz stopięćdziesiąty stwierdzamy, że teraz to się dopiero zacznie. i mimo wszystko robimy się coraz grubsi, a szczęście paruje znad głów przy co wyższych temperaturach.

piątek, 15 maja 2015

świat piękny i różny

podobno naukowcy udowodnili, że bycie meteopatą ma dużo wspólnego z byciem psychopatą, a mianowicie - że większość tej usterki jest powodowana przez mózg li tylko. mój umysł musi zatem mieć wielką moc sprawczą, ponieważ bezradni lekarze od brzucha usiłowali mi wmówić, że noce bezsenne z bólu też tylko sobie wymyślam (może zacznę myśleć o wygranej w totolotka..?)

...ponieważ, mili państwo, nie jestem meteopatą. jestem jedną wielką meteopatologią. gdy ciśnienie leci w dół na łeb, mój łeb leci na stół, biurko czy co tam akurat mam pod twarzą. pielęgniarka mierząca mi ciśnienie mówi, że powinnam pełzać a nie chodzić (może to jest jakaś myśl?), lekarz ze zdumieniem patrzy na wyniki pomiarów i stwierdza, że zadziwiająco dobrze się trzymam, jak na coś takiego.
gdy zbliżają się chłody i deszcze, moje stawy wysyłają alarmujące ostrzeżenia o grożącej nam klęsce żywiołowej w postaci monsunów i zlodowaceń, a jednocześnie drwiąco przypominają, że gdyby kózka nie skakała przez te siedem lat, to może by nie miała teraz problemów z przejściem z pokoju do kuchni (a co za tym idzie, nie była zagrożona wizją śmierci głodowej w porze obiadowej).
dodatkowo zupełnie obezwładniają mnie upały. i mrozy.
i czasem jeszcze słowa, dziś na przykład pan cogito dla kobiecych pism po raz kolejny zmienił mnie w małą kupkę resztek-po-lenku (choć to przecież wcale nie moje pierwsze samotne dni w domu nad jeziorem ani nawet nie jesień).

czwartek, 30 kwietnia 2015

zbyt rzadko się przeciągam, tak myślę.

coraz więcej gadam do siebie. to znaczy teoretycznie do dzieć, a ona nawet zaczyna odpowiadać (i szeroko opowiadać) w tym swoim mandaryńskim uproszczonym, niemniej - nadal trudno mówić mi do niej inaczej niż do kota. zatem to, co gadam, jest jednak do siebie.
cośtam w głowie mówi, że w takim razie lepiej pisać, a cośtam innego powiedziało, że przecież blog. ach, no tak, zdążyłam zapomnieć. serio serio, nadal jak trafi mi się noc z siedmioma godzinami snu, to te siedem godzin będzie miało przynajmniej dziesięć przerw, więc czasem trochę mi się rzeczywistość plącze, świat, ludzie, cała reszta. tymczasem trauma powrotu do pracy coraz bardziej daje o sobie znać i w końcu wypadałoby jednak wrócić do językowej sprawności, jakkolwiek to nie zabrzmi. i czas przestać usprawiedliwiać słów niepotraf odpieluszkowym zapaleniem mózgu, bo chociaż dzieć wcale nie jest mniej wymagająca niż ten już-prawie-rok temu, to jednak oczekiwania świata wobec lenka zdecydowanie wzrosły.
tymczasem znów śni mi się polon z całym dobrodziejstwem inwentarza i dochodzę do wniosku, że przecież raczej nie powiedziałabym, że to był najfajniejszy czas tak w ogóle. a zaczynam tak myśleć. i nie wiem, czy przez sny, czy przez czasowe oddalenie, czy po prostu tak było, o.