piątek, 24 stycznia 2014

zima w dolinie

pusto tu i wiatr hula, ponieważ jest zima. jak powszechnie wiadomo, jak jest zima, to musi być zimno, a jak jest zimno, to len wykorzystuje każdy moment, żeby zawinąć się w koce, kołdry, poduszki, pledy, szlafroki, szale i wszystko inne, co tylko choć trochę ciepłe, i śpi. albo zastanawia się nad życiem i wcale nie ma ochoty tego uzewnętrzniać.

wszystkie trolle muminki układają się do snu zimowego gdzieś koło listopada. bardzo to rozsądne ze strony każdego, kto nie lubi zimna i zimowych ciemności.

ps zazwyczaj staram się nie zdradzać z tym, jak bardzo złym recenzentem jestem, ale tym razem to nie taka typowa recenzja, a artykuł dla rodziców (!). a przede wszystkim - o muminkach, więc jeśli mielibyście ochotę, to można spojrzeć tutaj. tytuł nie jest mój.

wtorek, 31 grudnia 2013

strawa na grudzień

1. książki
- przyślę panu list i klucz maria pruszkowska
- dracula bram stoker
- paryż na widelcu. sekretne życie miasta stephen clarke
- bezbarwny tsukuru tazaki i lata jego pielgrzymstwa haruki murakami
- dziecko dla odważnych leszek k. talko

2. serialowo
świąteczny odcinek doctora who
7 minut sherlocka ^^


3. muzyka
wounds and bruises kari

ad 1
po (wciąż trwających) zmaganiach z publicystyką, dziennikami i innymi mądrymi tekstami naszła mnie ochota na jakąś typową powieść, najlepiej jeszcze do tego niezbyt skomplikowaną ;) kind-len jako pierwszą podsunął właśnie przyślę panu list i klucz, więc stwierdziłam, że czemu nie. poczytałam sobie bardzo radośnie o mocno wyidealizowanej rodzinie pochłoniętej przez książki, mówiącej do siebie cytatami, z dziećmi bawiącymi się w sceny z powieści i ze specjalną biblioteczką zamykaną na klucz, co do której znajomym mówi się, że klucz się zgubił, a tak naprawdę, to są tam książki, których nie chce się za nic nikomu pożyczać. tacy borejkowie z literackim skrzywieniem w wersji hard ;) czytało się to bardzo przyjemnie, trochę naiwnie, trochę po marzycielsku - dla książkowych maniaków to może być coś naprawdę uroczego do połknięcia w gorszy dzień, na poprawę humoru.
ale! akcja dzieje się w latach tuż powojennych, byłam naprawdę święcie przekonana, że to powieść w miarę współczesna, tylko z odniesieniem do tamtych czasów. a po przeczytaniu okazało się, że powieść wyszła w roku 1953, co też podczas czytania warto mieć na uwadze :)

w ramach dalszych podczytywań powieściowych trafił się dracula. bo znam filmy, znam odwołania, nawiązania, konteksty, a nigdy tak naprawdę nie dotarłam do źródła. oczywiście mam świadomość, że z dokładną znajomością historii czyta się trochę inaczej, ale... na początku świetnie się bawiłam, potem powieść zaczęła być trochę męcząca i dłużyła się mocno... składa się z różnych tekstów - listów, dzienników, notatek i fonograficznych nagrań (!) różnych bohaterów powieści, co samo w sobie jest ciekawym zabiegiem i prawdopodobnie mogło być atrakcją w czasach, gdy dracula się pojawił. ponieważ jednak czytałam dla czystej radości czytania, nie zapoznałam się z całą otoczką i recepcją powieści i nic mądrego na ten temat nie napiszę ;) ogólnie mam wrażenie, że książka się po prostu trochę zestarzała i współczesny czytelnik mogłby oczekiwać czegoś już trochę innego - osobiście wywaliłabym jakąś 1/4 ;) niemniej - dla zainteresowanych tematem pozycja obowiązkowa.

nie czytałam innych książek stephena clarke, nie byłam też w paryżu, ale obie rzeczy mam zamiar w przyszłości uzupełnić. paryż na widelcu jest swego rodzaju przewodnikiem po francuskiej stolicy, ale na tyle nietypowym, że bardzo przyjemnie czyta się go nawet bez znajomości miasta :) clarke pisze o rzeczach, których ze zwykłych przewodników dowiedzieć się nie sposób - np. która ze stacji  metra jest warta uwagi, kto mieszka w poszczególnych dzielnicach, gdzie kupować bagietki lub mieszkanie oraz do której restauracji iść by dobrze zjeść, a z której będzie piękny widok. i w którym hotelu można się wyspać ;) do tego sporo informacji z historii miasta, anegdotek i ciekawych zdarzeń z życia autora, a wszystko z lekkim dystansem i ironią, jak to u anglika piszącego o francji... ;) rzeczywiście - aż chce się jechać i od razu sprawdzić, czy to wszystko prawda :)

jako miłośniczka murakamiego musiałam oczywiście doczepić się do najnowszej powieści. jako miłośniczka murakamiego mogę zatem nie być obiektywna ;) w bezbarwnym tsukuru... jest mnóstwo tego, czego zawsze po murakamim można się spodziewać - dużo spokoju, wniknięcia w życie bohatera, któremu przytrafia się coś nie do końca zwykłego, sporo przemyśleń, zaskakujących porównań, no i jak zawsze sny, seks i uszy ;) jest dobrze.
z drugiej strony - jest to powieść dla murakamiego na tyle nietypowa, że nie ma tam wyraźnej fantastyki, równoległych światów, dziwnych stworzeń i wszystkiego tego, co sprawia, że podczas czytania mózg wywraca się na lewą stronę, oczy otwierają coraz szerzej, a po skończeniu książki trudno wrócić z powrotem do przynależącej nam rzeczywistości. jest bardzo realistycznie (chociaż są sny, wiadomo), dlatego myślę, że to może być dobra pozycja dla dopiero zaczynających przygodę z murakamim - pozwala wczuć się w klimat i styl autora, a jak już się spodobają, to dopiero wtedy należy takiego początkującego czytacza zmiażdżyć murakamiową fantastyką ;) takim hard boiled wonderland na przykład, niach niach ;]

talko i jego dzieci. niedzieciatym ku przestrodze i zastanowieniu, dzieciatym ku (chyba?) wspomnieniom i ewentualnemu pocieszeniu, że inni mają gorzej. albo chociaż tak samo (bo w to, że jest jeszcze gorzej, boję się wierzyć ;). książka jest podzielona na kilka części, według upływającego czasu, przybywających dzieci i skali rodzicielskiego zaawansowania - dziecko dla początkujących, dziecko dla zaawansowanych, dziecko dla profesjonalistów i tak dalej. radosne felietony, które jednak brane zbyt serio mogą zjeżyć włosy na głowie i znacznie zmniejszyć polski przyrost naturalny ;) podczas czytania świetnie się bawiłam, ale np. m. przeczytał dwa rozdziały i stwierdził, że dla niego to jest jakiś potworny horror i chyba musi dorosnąć do tej książki. a to były dwa pierwsze, najniewinniejsze i niemowlęce! zatem, jak widać - co kto lubi i jaką ma odporność psychiczną ;)

poza tym - rozgrzebałam miłosza i stwierdziłam, że nie mam na niego nastroju, rozgrzebałam żulczyka i tak mnie odrzuciło, że chyba już tej książki w ogóle nie dotknę, rozgrzebałam klub pickwicka i mnie wkurza oraz te prosiaczka, które rozdrażnia jeszcze bardziej. i może uda mi się którąś z tych książek skończyć i wspomnieć o niej w styczniu, ale czuję, że to wcale nie jest takie oczywiste.

ad 2
doctor regenerował! matt smith nie podbił mojego serca, więc nie pogrążyłam się we łzach, za to nadchodzący peter capaldi sprawia wrażenie niesamowicie interesującego i takiego, który może naprawdę namieszać w roli doctora - mocno charakterny i przede wszystkim już nie taki najmłodszy. dlatego z niecierpliwością czekam na nowe odcinki.

...a na odcinek sherlocka czekam tak niecierpliwie, że już bardziej się nie da. siedmiominutowy miniodcinek tylko przypomniał, jak strasznie uwielbiam ten serial i jak bardzo jest fantastyczny. i jak strasznie jestem fangirl ^^"
(to już jutro!)

ad 3
a na koniec będzie jeszcze historia z życia.
kari amirian poznałam... w jej mieszkaniu, kiedy szykowałyśmy wieczór panieński dla naszej wspólnej znajomej. podczas tych kilku(nastu) godzin wspólnej zabawy od razu zaliczyłam kari do kategorii ludzi, którzy są nie dość, że piękni, dobrzy i mądrzy, to jeszcze cudownie sympatyczni, no i dodatkowo zostali obdarowani wielkim bagażem talentów. jakiś czas później okazało się, że kari nagrywa płytę, w czym kibicowałam jej strasznie mocno. płyta ukazała się w zeszłym roku, a w dodatku okazała się cudowna na tyle, że bez absolutnie żadnych wyrzutów sumienia (że po znajomości... ;) polecałam ją i zarażałam jej muzyką rodzinę i znajomych.
teraz kari (po prostu, już bez nazwiska) wydała drugą płytę. i pomimo tego, że podkreśla, jak wiele się u niej i w niej zmieniło, to płyta - choć rzeczywiście nieco inna od poprzedniej - jest rewelacyjna. jak napiszę, że bogatsza, dojrzalsza i tak dalej, to zabrzmi banalnie, ale tak jest w rzeczywistości. fenomenalna dźwiękowo, przestrzenna, wciągająca. słyszę tam zarówno sigur ros, jak i dźwięki z dawnych nagrań legendarnej wytwórni 4ad, ale przede wszystkim słyszę kari, o której jest w świecie coraz głośniej. i bardzo dobrze!

z "zewnętrznych" w tym miesiącu byłam na uroczym (bo w końcu z barokowo-klasycznym programem) koncercie iuve w kościele na pl. małachowskiego [bardzo przyjemnie przedświątecznie].
i... na teatrze w kinie - samorząd doktorantów uw i kino atlantic sprawili, że projekt londyńskiego national theatre live pojawił się także w warszawie. i za to im dzięki stokrotne - frankenstein z benedictem w roli monstrum zachwycił nie tylko fangirlową mnie, ale i towarzyszącego mi m.. a chodzą słuchy, że już można kupować bilety na makbeta z tegoż samego cyklu - projekcja będzie jakoś w połowie stycznia. szczerze polecam!


poniedziałek, 9 grudnia 2013

fortune

niektórzy z moich przodków mieli falowane włosy blond i błękitne oczy. oczywiście poza tymi, którzy ze strachem w zupełnie czarnych tęczówkach w czasie wojny kurczowo trzymali się swojego absolutnie polskiego pochodzenia, bo ich wygląd mówił coś zupełnie innego. z kolei jeszcze inni - choć zupełnie nie wskazywała na to ich skłonna do pesymizmu osobowość - pieczołowicie przekazywali z pokolenia na pokolenie geny bladej piegowatej cery, zielonych oczu, rudych i kręconych włosów, niekoniecznie w komplecie.
niezależnie od powierzchowności, mam wrażenie, że większość z nich siedzi gdzieś tam w górze. i wszelakim siłom sprawczym podszeptuje tak interesujące zwroty akcji w mojej osobistej historii, na które nie wpadłby nikt inny, kto nie miałby ze mną wspólnych choć kilka kropli krwi.

po tych wszystkich wydarzeniach, z którymi spotykam się co krok, chyba w końcu nauczyłam się już na zawsze, że planowanie czegokolwiek nie ma najmniejszego sensu. po głowie coraz częściej plącze mi się piosenka fortune presents gifts not according to the book, choć tę prawdę znam już bardzo dawna. jednak mimo wszystkich dziwnych przypadków i już do znudzenia wytartego curiouser and curiouser zawsze była jakaś nadzieja, że może tym razem w końcu uda się tak, jak sobie wymyśliłam, że będzie.
nie uda się.
kolejny prztyczek w nos, kolejny przewrót majowy, grudniowy, wszystko jedno, i ktoś bardzo, ale to bardzo wyraźnie daje mi do zrozumienia, że wszystkie moje plany można w jednej chwili zdmuchnąć, bo i tak będzie inaczej.
...więc proszę bardzo. już nic nie wymyślam, już nic nie chcę, poddaję się nurtowi - ale nie ze zrezygnowaniem, a raczej z ahoj przygodo!. a co.

when you expect whistles, it's flutes
when you expect flutes, it's whistles.

czwartek, 28 listopada 2013

strawa na listopad

1. książki
- kiełbasa i sznurek jerzy bralczyk, michał ogórek
- płeć mózgu anne moir, david jessel
- dym i lustra neil gaiman
- dziennik  i drugi dziennik jerzy pilch

2. serialowo
jubileuszowy odcinek doctora who

ad 1
mam słabość do profesora bralczyka. mam też słabość do pana ogórka. połączenie tych dwóch słabości dało mi dużą porcję radości, gdy czytałam kiełbasę i sznurek, dlatego chyba nie potrafię tu być obiektywna ;) cała książka jest zapisem długiej i niesamowicie wielowątkowej rozmowy dwóch panów, dodatkowo urozmaiconej rysunkami. w rozmowie pojawiają się tematy językowe, antropologiczne, socjologiczne, trochę biograficzne i ogólnie - taki lekki groch z kapustą, nawet pomimo podzielenia książki na tematyczne rozdziały - tematy zmieniają się za szybko, żeby je jakkolwiek grupować. ogólnie - czytało się bardzo dobrze - w końcu panowie manewrowanie słowami mają nieźle opanowane - i osobiście dostarczyło mi dużo uciechy. jeśli ktoś nie ma takich dziwacznych słabości jak len może nie będzie tak mocno uradowany, niemniej - dużo ciekawostek, styl mocno felietonowy, język taki, jaki się czytać powinno (w odróżnieniu od książek, które napisane językiem nieczytalnym) i raczej lekko i przyjemnie. w wolnej chwili - polecam jak najbardziej.

jakiś czas temu czytałam książkę, która w tytule miała coś o tym, że kobiety nie potrafią czytać map, a mężczyźni cośtam. teraz wiem, na czym wzorowali się autorzy - słynna płeć mózgu została przez nich przepisana i uzupełniona wieloma przykładami tak, żeby każdy mniej rozgarnięty czytelnik, który jednak czuje się kobietą lub mężczyzną, mógł się z tematyką zapoznać. a tymczasem źródło, czyli płeć mózgu to nic innego, jak zbiór wyników wszelakich badań, które mówią o czysto fizjologicznych różnicach w mózgach kobiet i mężczyzn, które kształtują się jeszcze przed urodzeniem, a które powodują późniejsze wspomniane problemy z wyobraźnią przestrzenną (kobiety) czy różne testosteronozależne zachowania mężczyzn, które kobiety nie do końca mogą zrozumieć, a z którymi dzielnie męczą się pod hasłem bo to taki typowy facet. i tak dalej ;) jest naukowo, ale też nieco przepisane, żeby było w miarę przystępnie i zrozumiale dla przeciętnego czytelnika. jeśli ktoś chciałby zagłębiać się w tematykę, to płeć mózgu jako ta biblia i podstawa jest dobrym początkiem. a poza tym - można się dowiedzieć wielu mocno interesujących faktów, które zapewne mogą ułatwić damsko-męskie życie (piszę, że zapewne, ponieważ może gdybym ich wcześniej nie znała i nagle oświeciłoby mnie po przeczytaniu książki, to zapewne życie mogłoby stać się łatwiejsze. ale ponieważ o większości wiem od dawna, a damsko-męskie życie w przypadku len. nigdy nie było trudne, to nie za bardzo jest jak ułatwiać jeszcze bardziej. ale gdyby ktoś tak napisał o próbie ułatwienia życia damsko-damskiego, to przeczytałabym chętnie ;)

dym i lustra to moja kolejna pozycja w eksplorowaniu gaimana (tak, wiem, jak to brzmi). tym razem - zupełnie pomieszanie z poplątaniem. opowiadania, na które pomysły przyszły kiedyś, opowiadania pisane do antologii i gazet, wiersze i różne inne formy literackie. niektóre świetne, inne takie sobie, dobre na krótkie trasy autobusowe, gdy często trzeba się odrywać lektury. i - co mi podobało się najbardziej - wszystko z komentarzem autora, który wyjaśnia, jak dany utwór powstał, skąd się wziął pomysł albo jak bardzo trzeba się na czymś zafiksować, żeby napisać coś takiego ;)

z dziennikami pilcha mam problem. a konkretnie z bardzo świeżym drugim dziennikiem. ale o tym za moment. jestem po tej stronie mocy, która pilcha uwielbia i uważa za mistrza, a podczas czytania niektórych z jego książek zachwyca się co drugim zdaniem i chce je notować w pamięci (oczywiście potem za chwilę zapomina, ale mimo wszystko). dobór słów, styl, ironia, celność spostrzeżeń - po prostu pilchowe love, jakkolwiek to nie zabrzmi. jakiś czas temu pilch wydał swój dziennik, gdzie nareszcie nie fikcja - choćby nie wiem jak autobiograficzna - tylko sama prawda, przemyślenia, codzienne wydarzenia, mistrz (niemalże dosłownie) od kuchni. i pierwszy dziennik jest pilchowski bardzo, recenzje książek, listy od przyjaciół, podróże, komentarze do bieżących wydarzeń - wszystko w standardowym pilchowskim stylu, może trochę więcej chaosu i brak fabuły, ale z czytania przyjemność wielka.
na dniach ukaże się ciąg dalszy - drugi dziennik, który - choć pilchowski nadal, to jednak już zupełnie inny. mistrz kontra choroba, metafizyka, filozofia i wspomnienia. pilchowski styl, ale i nieco smuga cienia, ciszej, bliżej, spokojniej, choć wściekłość też się zdarza. ze względu na wypisy i cytaty na chorobowe i okołozdrowotne tematy jest mi to w jakiś sposób (perwersyjnie?) bliskie, niemniej - trochę boli. po przeczytaniu mam bardzo mieszane uczucia, szczególnie, że oczywiście czytałam obydwa dzienniki  jednocześnie. i bardzo, ale to bardzo widać różnicę - nie w stylu, nie w inteligencji, nie w celności, bo to wszystko takie same, ale raczej w tonacji i wymowie. jest smutniej.

ad 2
nadszedł wielce oczekiwany niesamowity dzień pięćdziesiątej rocznicy wyemitowania pierwszego odcinka doctora who. wyspy brytyjskie szalały na ten temat już od dawna (nawet podczas naszego czerwcowego londynu szaleństwo było już zauważalne), u nas raczej nie obiło się to jakimś szerokim echem, ale jednak pojawiło się parę sympatycznych akcentów. tymczasem mam wrażenie, że z neofitki powoli przekształciłam się w whomanistkę pełną gębą i zdecydowanie udzieliła mi się ta wyjątkowa atmosfera. nad samym odcinkiem nie będę się rozwodzić, ale jednak podczas oglądania miałam wrażenie uczestnictwa w czymś raczej niepowtarzalnym. zresztą - podczas tej emisji podobno został pobity rekord, ponieważ jednocześnie na doktorów patrzyło ponad 77 milionów (!!!) ludzi na całym świecie. albo więcej, a ja mam nieaktualne dane ;)

nadal czekają na nas trzy odcinki masters of sex, ale ponieważ oglądamy razem, to w tym miesiącu zabrakło czasu na beztroskie godzinne lenistwa, na które możemy sobie pozwolić jednocześnie z m. (bo że trafiają nam się osobno, to inna sprawa ;)

a w święta będzie świąteczny odcinek doctora. z regeneracją!
i najgorsze i najlepsze to, że będzie też cała trzecia seria sherlocka, na którego czeka się od lat. radość ogromna, bo wreszcie, strach, że coś przekombinują i się odkocham (ale to niemożliwe) i rozpacz, że właśnie w święta, czyli wtedy, kiedy na imprezach rodzinnych o wszystko będzie łatwiej niż o stream bbc... ale jakoś dam radę. znajdę gdzieś, spiracę, wepchnę się komuś do domu, nie wiem, zrobię cokolwiek, bo mnie niecierpliwość rozniesie ;)

co do muzyki w tym miesiącu, to jakoś bardzo mało muzycznie. tym razem wolę ciszę, wyłączam dźwięk w komputerze, wyłączam włączany przez m. telewizor, ciszy i spokoju mi się chce - w końcu to czas na sen zimowy...

a imprezy na zewnątrz... na zewnątrz to jest teraz mokro i zimno i wcale nie chcę tam być. miałam uczestniczyć we wszelakich koncertach jubileuszowych maestro pendereckiego, odczytach, bankietach i innych -ach (laudacjach! serio serio! :). ale jednak antysocjalna leśność zwyciężyła i zamiast czterogodzinnych (!) ciągów muzyki i im podobnych zwijałam się na kanapie z kocem, książką, kotem i herbatą. i mam niejasne i dość prymitywne uczucie, że chyba lepiej na tym wyszłam :P

a przed nami grudzień, który oznacza szaleństwo w mojej pracy takie, jakie tylko w grudniu zdarzyć się może. ale mam już na stanie całe mnóstwo nowych książek, na które ogromny apetyt, a gwiazdka oznacza kolejne mnóstwo nowych książek, więc zamierzam tonąć w książkach i nie przejmować się zimą. i ogląać sherlocka. i jakoś dotrwać do tego nowego roku ;)

niedziela, 17 listopada 2013

noc listopadowa

i już, zaczęło się - szarość, mokrość, psiakość. liść opadł, mgły opadać nie chcą, senność jak na złość minęła jak ręką odjął, a melancholia udziela się nawet mojemu czajnikowi. ucieczka uczucia zasypiania na stojąco pozostawiła za sobą niestety pustkę nie do wypełnienia - od kilku dni budzę się co noc dokładnie w tym momencie, żeby wprost z poduszki spojrzeć w środek księżyca - a ten moment wcale nie trwa długo. zazwyczaj wtedy kot wygrzebuje się ze swojej kryjówki w szafie i przyczepia się włochatym ogonem do moich stóp, a ja grzeję się jego nadprogramowym ciepłem i myślę o rozluźnianiu mięśni karku.
i nie myślę wcale o przyszłości, bo wydaje mi się, że wszyscy wokół starają się to doskonale robić za mnie, nie myślę o tym, że (znacząco) większe wydatki nieczęsto idą w zgodnej parze ze (znacząco) mniejszą sumą pieniędzy do rozdysponowania, a jednak zadziwiająco często spotyka się ten fakt w przyrodzie. i że ludzie jednak potrafią przejść nad tym faktem zupełnie lekko, więc ja też będę potrafiła. i jakoś nie chce mi się też myśleć o tym, że czas mniej lub bardziej beztroskich ucieczek sam uciekł już gdzieś daleko, a że pomimo tego w zamyśleniach odpływam w jakieś tak odległe rejony, że nawet nie zauważam, że zjadłam budyń z gruszkami - a nie lubię ani budyniu, ani gruszek.
nie patrzę w sufit, bo to bez sensu leżeć tak z otwartymi oczami, kot przemiaukuje jakieś swoje sny, m. - też przez sen - niespokojnie bębni palcami w prześcieradło, w rurach spływa woda, ktoś za ścianą kaszle, odzywa się winda, cały kalejdoskop zdarzeń wciąż się porusza, przesypują się te wszystkie szkiełka i nawet księżyc już zniknął niedomknięcia rolety, teraz czas na czyjeś inne bezsenności, już nie moje.

wtorek, 29 października 2013

strawa na październik

1. książki
- śmierć w amazonii artur domosławski
- kamienna tratwa jose saramago
- igły. polskie agentki, które zmieniły historię marek łuszczyna
- sprawiedliwość owiec leonie swann

2. serialowo
doctor who - seria 7
broadchurch - już do końca
masters of sex - 3 pierwsze odcinki

3. muzyka
missa papae marcelli giovanni pierluigi da palestrina

4. na zewnątrz
koncert symfoniczny sinfonia iuventus - grieg i mussorgski

w tym miesiącu miej niż zazwyczaj, bo - jak już pisałam - ciągle śpię. w nocy śpię, rano śpię, jak tylko wrócę do domu z pracy - śpię i nawet takie domowe banały jak pranie czekają na lepsze czasy... w autobusach śpię, nie śpię tylko w pracy, ale tu z kolei nie bardzo wypada mi czytać (chociaż czasem się udaje ;) ). dlatego mniej - tyle zdołałam, ale za to bardzo ciekawych rzeczy. do tego trochę serialowania, bo w łóżku w przerwach od spania seriale wchodzą łatwiej niż literki ;)))

ad 1
ambitnie zabrałam się za domosławskiego, ale niestety gorączka latynoamerykańska pokonała mnie na całej linii i gdzieś w 1/3 zarzuciłam jej czytanie i odłożyłam na lepsze czasy. całe szczęście śmierć w amazonii okazała się o wiele łatwiejsza do przyswojenia, choć niestety dosyć przykra w odbiorze... trzy obszerne reportaże, w każdym terror i groza, czyta się trochę jak powieść kryminalną, a potem z gęsią skórką uświadamia się sobie, że to jednak wszystko prawda. ogólnie - jest o walce zwykłych ludzi z ogromnymi korporacjami, które potwornie dewastują amazońskie środowisko, a co za tym idzie - niepowtarzalne ekosystemy, zatruwają wodę, od skażeń giną ludzie, a ci, którzy są niewygodni i protestują, są dyskretnie usuwani... brr, zmusza do wielu niewesołych przemyśleń, ale przeczytać warto, bo śmierć... otwiera oczy na rzeczy, o których zazwyczaj nie ma się pojęcia.

kamienna tratwa to książka dziwna i intrygująca. na początku było mi z nią trudno, a potem się zachwyciłam :) sama fabuła jest niesamowita i nieco absurdalna - oto od europy odrywa się półwysep iberyjski i zaczyna sobie swobodnie dryfować (w różne strony ;). światowe rządy nie bardzo wiedzą, co z tym zrobić, władze hiszpanii i portugalii - tym bardziej. tymczasem niektórym z mieszkańców pływającego półwyspu też przytrafiają się dość dziwne rzeczy - ktoś ciągle czuje drżenie ziemi, ktoś zaczyna pruć skarpetkę, a wełna ciągnie się w nieskończoność, za kimś lata stado szpaków... realizm magiczny i ogromna radość, bo uwielbiam takie historie.
przede wszystkim jednak - styl. to jest pierwsza powieść saramago, z jaką się spotkałam, ale po poszperaniu wyczytałam, że styl należy jednak do autora ogólnie, a nie do tej konkretnej jego książki. styl jest... wyjątkowy. bardzo długie zdania, wtrącenia do wtrąceń, ciągi myśli, dialogów, przysłów, powiedzeń, powtórzeń, nawiązań... a wszystko to z alternatywną interpunkcją. i nie tylko ;) podczas czytania na początku zwracałam uwagę głównie na styl, później wciągnęła mnie fabuła i styl przestał przeszkadzać, aż w końcu doceniłam to, że to głównie styl tworzy niezwykłość tej historii, a reszta jest tylko dodatkami. i jeszcze zaspoileruję, że zakończenie wcale nie jest mocne, zamykające i zakończeniowe, o. i jedna część mnie nie wie, co tak naprawdę o tej książce myśleć, a druga - jest zachwycona.

igły trafiły do mnie w zasadzie przypadkiem i nie byłam do tej książki przekonana, bo wszelakie biografizowanie, a w dodatku jeszcze wojenne i o szpiegach to zdecydowanie nie jest to, co interesuje len. ale... okazało się, że książkę czyta się naprawdę świetnie. dziesięć historii, a każda jak osobna powieść czy opowiadanie, z punktu widzenia bohaterki, z dialogami, z szybką akcją... bez przynudzania i historyzownia-histeryzowania. sensacyjne wydarzenia plus świadomość, że są to historie prawdziwe, oparte na dziennikach, notatkach, aktach z archiwów i tak dalej. jak wam kiedyś wpadnie w ręce, to przeczytajcie.

sprawiedliwość owiec to też bardziej przypadek niż mój świadomy wybór, ale i tym razem trafiło mi się coś ciekawego ;) kryminał, historia zbrodni, a wszystko opowiedziane z perspektywy stada owiec, z próbą oddania ich toku myślenia i innych właściwości. owce, którym pasterz dużo czytał (wniosek - czytajcie swoim zwierzętom!), postanawiają same rozwiązać zagadkę. i nawet w pewnym stopniu im się to udaje... może nie jest to jakaś wybitna literatura, ale pomysł intrygujący, na podróż czy poczekalnię w sam raz ;)

ad 2
jak wspomniałam, gdy się leży z kotem i kocem, seriale wchodzą nieco łatwiej niż książki. dlatego udało nam się dooglądać do końca broadchurch (specyficzny, ale dobry!), zakończyłam też moją odyseję z doctorem - teraz pozostały już tylko aktualne odcinki (na które nie mogę się doczekać) oraz... odcinki klasyczne, czyli dobre kilkadziesiąt lat serialu. jest co oglądać ;)
zaczęliśmy też masters of sex, serial, który jest emitowany aktualnie (jak na razie - 4 odcinki). lata '50, jeden z wybitnych lekarzy postanawia zająć się ludzką seksualnością z medycznego punktu widzenia, co jest dość rewolucyjnym pomysłem, bo nikt wcześniej nie podejmował tego tematu. szpital nie chce finansować badań, bo uważa je za nieprzyzwoite, ale doktor masters jest bardzo zdeterminowany... jest ciekawie + przepiękne stroje i scenografia. i kadry. i to, że z historii medycyny wiadomo, że jednak mu się udało ;)

ad 3
mszę szczerze uwielbiam od pierwszego wysłuchania gdzieś w okolicach muzycznej podstawówki. jest absolutnie przepiękna, można się przy niej idealnie wyciszyć i zrelaksować, pomyśleć, medytować, spać ;), zasłuchać się zupełnie. zdenerwowanym na uspokojenie, zestresowanym na relaks, wszystkim innym w każdej innej sytuacji - polecam bardzo!

...i tyle, jeśli chodzi o październik. być może listopad będzie bardziej owocny, chociaż nie gwarantuję - sezon zimowego snu dopiero się powoli rozpoczyna...