środa, 10 września 2014

ustąp malankolija

i już, zaczęło się, te dziwne wieczory z chłodem i lekkim zrezygnowaniem. w tym roku nagle tak inne, i bardziej samotne, i jednocześnie niesamotne zupełnie, choćbym nie wiem, jak bardzo chciała uciec. hymn wieczorów miejskich zmienił się w leniwą, do bólu powtarzalną kołysankę okolic podmiejskich, a mgły w bezsenne noce są jakąś dziwną egzotyką, która nadal nie może mi się jakoś spójnie połączyć z resztą jesiennej układanki.
i wciąż jakoś nie potrafię w pełni przestawić się na nowy tryb, uwierzyć, że teraz już zawsze wszystko będzie inaczej.

piątek, 15 sierpnia 2014

nowy wspaniały świat

jeszcze nie zdążyłam się dobrze umościć w tym naszym nowym potrójnym byciu, jeszcze nadal zaskakuje mnie okołodzieciowa codzienność, a już nasza dobra znajoma, huncwotka fotruna znów ma nowe prezenty. not according to the book oczywiście, jak zawsze.

ojciec żywiciel (i to dosłownie, za mój zasiłek mogę wyżywić chyba jeno dziecia piersią własną) dawno temu, sam jeszcze dziecięciem będąc, mieszkał jedną przecznicę od grobu nieznanego żołnierza, a na trasie z pałacu prezydenckiego. poskutkowało to miłością wielką do żołnierzy zmieniających wartę co godzinę, a o dwunastej w południe - dodatkowo uroczyście. dziecko się napatrzyło, po domu maszerowało stukając w wyimaginowany werbel i pełniło godzinne warty przy piaskownicy. a skutki tej pasji odezwały się właśnie teraz. [morał: uważajcie, do czego miłość deklarują wasze dzieci, bo to się może różnie skończyć]

dzisiaj, jako mężczyzna już zupełnie dorosły, z dwoma skończonymi fakultetami i nieprzeliczoną masą miejsc pracy, nasz ojciec żywiciel stwierdza, że jednak chce być żołnierzem (a to, że piszę o tym właśnie 15 sierpnia, to jest naprawdę czysty przypadek). dwa lata obchodzi i obwąchuje dokładnie temat, w końcu kilka dni temu wszystko staje się jasne - zdał egzaminy do szkoły podoficerskiej. komendy, koszary, mundury i tym podobne teraz już tylko w głowie, a nie dzienniki lekcyjne czy trasy z orkiestrą, w której biurze zresztą leży już złożone wymówienie.

ojciec żywiciel staje się żołnierzem, le tymczasem - żywicielką, i to dość marną chyba. ojciec idzie w kamasze, na pięć tygodni zaszywa się w dalekich koszarach i nosa stamtąd wytknąć nie może, a porozmawiać przez telefon tylko w niedzielę. i to z kabiny w ubikacji.
jak te pięć tygodni minie, a ja zwariuję doszczętnie z wściekłym dzieciem, zestresowanym kotem, niezapłaconymi rachunkami i całą masą innych atrakcji, ojciec wróci, choć tylko po części - może uda mu się wpadać w weekendy, może czasem na wieczór, żeby o 4 nad ranem znów uciekać i meldować się na pobudkę w jednostce, jakby nic innego nie robił, tylko tam spał. i tak mniej więcej do marca. kwietnia...?
w maju podobno mam wrócić do pracy, jednak moja wyobraźnia w ogóle nie potrafi przebrnąć psychicznej bariery najbliższych tygodni, o przyszłym roku w ogóle można zapomnieć.

a co potem? jeśli nie spełni się żaden z setki moich katastroficznych snów i coraz bardziej absurdalnych lęków, to za rok o tej samej porze, podczas telewizyjnej transmisji wojskowej defilady zobaczycie ojca żywiciela na własne oczy, jak będzie stał w pierwszym rzędzie orkiestry, z werblem, takim ubranym w czerwone chorągiewki. właśnie tam. serio serio.

trzymajcie za nas kciuki, znów.

niedziela, 3 sierpnia 2014

książki na maj, czerwiec i lipiec

ku pamięci i podsumowaniom :) [i dodatkowo - w tym zestawieniu nie ma żadnej słabej książki!]

maj
sekrety ewolucji, kochania i swawolenia
seks na wysokich obcasach alicja długołęcka, paulina reiter
każdy szczyt ma swój czubaszek artur andrus, maria czubaszek
położna. 3550 cudów narodzin jeanette kalyta
bzyk. pasjonujące zespolenie nauki i seksu mary roach
stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął jonas jonasson

czerwiec
brzoskwinie dla księdza proboszcza joanne harris
sztywniak. osobliwe życie nieboszczyków mary roach

lipiec
big mac serhij żadan
wielki gatsby francis scott fitzgerald
wanna z kolumnadą filip springer
barbarzyńca w ogrodzie zbigniew herbert
blog osławiony między niewiastami artur andrus
brzechwa nie dla dzieci mariusz urbanek
interświat neil gaiman

sobota, 14 czerwca 2014

le mamą (jakże pięknie z francuska to brzmi)

dzień dobry, jestem, żyję i w końcu przestałam mieć timelordowskie dwa serca i dwa różne DNA. martycja vel tusiek przyszła na świat już prawie cztery tygodnie temu i jutro przestanie być noworodkiem, a zacznie być niemowlakiem, zatem i ja zdecydowałam się chociaż lekko wynurzyć z tej głębokiej wody, na którą wszyscy zostaliśmy wrzuceni we wciąż nieustającym zdziwieniu.

napisałabym, że życie z małym człowiekiem z wielką głową to kosmos, ale jest przecież wręcz przeciwnie - to jest jeden wielki chaos. a jeśli kiedykolwiek mieliście zdefiniowane pojęcie swojego życiowego chaosu, to dzieć na pewno przewróci je dokumentnie, do góry nogami i jeszcze na lewą stronę.

żeby tak jednak od razu rzucić wyznaniem - cały ten instynkt macierzyński to w moim przypadku chyba tylko jakiś chwyt marketingowy. nie poczułam tej wielkiej fali miłości i czułości, nie wiem instynktownie, czego dziecku trzeba i jej płacz za każdym razem brzmi mi zupełnie tak samo. i nie spadło na mnie to cudowne olśnienie, które pozwala rodzicom rozróżniać, o co tym razem chodzi. gdy wylądowała na moim brzuchu drąc się wniebogłosy, towarzyszyło mi głównie zaintrygowanie (a, a więc tak wygląda noworodek) oraz przeświadczenie definitywnego przestawienia jakiejś życiowej zwrotnicy (ok, to teraz najbliższe dwadzieścia lat mam z głowy).
nie potrafię się jakoś przemóc, żeby do małej tiutać i tititać, jak to masowo robią jej dziadkowie, a w repertuarze śpiewanek mamy raz dwa trzy, nosowską, kayah, grechutę, starszych panów i tym podobne (m. za to stosuje pieśni legionowe).

...chociaż może jeszcze będzie ze mnie coś na kształt dobrej matki - o ile drugiej nocy w szpitalu płakałam ze swojego potwornego bólu i tego, że spałam w sumie może około 40 minut, o tyle teraz nocami płaczę dlatego, że tuśkę boli brzuszek, a ja po zastosowaniu wszystkich możliwych sposobów nie mogę zrobić dla niej nic więcej. i pal licho to, że nie śpię, a przez ostatni miesiąc nie było momentu, w którym spałabym ciągiem chociaż dwie godziny. jak widać - jakoś da się z tym żyć.

a tak w ogóle, to kot jest dziko zazdrosny, m. pracuje od rana do nocy, a ja usiłuję jakoś sobie radzić w tym całym rozgardiaszu i nie zwariować. i moje aktualne funkcjonowanie nie ma nic, ale to naprawdę nic wspólnego z wcześniejszym życiem. jest zupełnie, zupełnie inaczej i absolutnie nie dałoby się tego wcześniej wyobrazić.

i na koniec radość: młoda ma w repertuarze dźwięków cztery sylaby - le, łe, ge i gie. le było najpierwsze ;)

niedziela, 4 maja 2014

strawa na kwiecień

książki
- czytadła. gawędy o lekturach agnieszka osiecka
- w paryżu dzieci nie grymaszą pamela druckerman
- pierwsza miłość i inne opowiadania paweł huelle
- mundra sylwia szwed
- inferno dan brown

tym razem też tylko książki. nawet, jakbym bardzo chciała, to nie dam rady ukryć sama przed sobą, że jestem na etapie totalnego - zarówno fizycznego, jak i psychiczno-intelektualnego wyprania. źle jest się poruszać jakkolwiek, źle jest pozostawać w dowolnej pozycji - każda równie niewygodna, źle jest cokolwiek robić i źle jest nie robić nic. najchętniej spałabym cały dzień, gdybym tylko mogła, no i gdyby ciało (a raczej dwa) co chwila nie dawało znać, że czas coś zmienić, bo już jest niedobrze (choć przed momentem było idealnie).
całe szczęście kilka półek książek wciśniętych w kind-le  jest bardzo wygodnych w obsłudze, waży mniej niż szklanka wody, jest dosyć poręczne (więc można je sobie układać gdzie się tylko da), no i świeci w ciemności, co czasem naprawdę jest wybawieniem, gdy nie może się spać o czwartej nad ranem. albo nie daje się rady doczołgać/dosięgnąć do lampki ;)

muzycznych objawień brak, bo i specjalnie się nimi nie interesowałam, w tle wciąż płynie sobie całościowa playlista ze wszystkiego, co w zasobach komputera, więc jest tego naprawdę dużo. serialowo wykańczam sherlocka wraz z tvp, które totalnie dało ciała przez zlikwidowanie wyświetlających się dedukcyjnych literek, przez co odpadło 3/4 wszelakich smaczków i zabawy - szczególnie w trzeciej serii. ale popatrzeć na benedicta i martina zawsze jest dobrze ;)

i jeszcze - właśnie mija rok, odkąd zaczęłam wszelaką strawę zapisywać. podsumowałam tylko książki i okazało się, że przeczytałam ich 88 - a myślałam, że ledwie dociągnę do 52, w ramach założenia jedna książka - jeden tydzień. okazało się, że jednak więcej, więc może już teraz poprawiłam sobie średnią na przyszły rok - bo podejrzewam, że zarówno strawa majowa, czerwcowa, jak i wiele kolejnych mogą być bardzo ubogie...

a co do samych lektur z kwietnia:

czytadła... to jest mniej więcej to, co tu właśnie robię ;) osiecka w krótkich felietonach pisze recenzje - ale i zupełnie luźne przemyślenia - na temat przeczytanych książek. i jej dobór lektur jest (jak i mój ;) dość przypadkowy - zarówno poezja, jak i powieści, totalne czytadła - harlekiny czy też poradnik o kotach... czyta się miło i szybko, no i można się do przeczytania jakiejś lektury zainspirować.

do pawła huelle przymierzałam się już od czasów polonu, no i - wstyd się przyznać - do tej pory mi się nie udało... tzn. w końcu się udało, dzięki dostarczeniu przez kindlen pierwszej miłości..., niemniej wciąż mam ochotę (i wyrzuty sumienia) na jakąś dłuższą formę. opowiadania czytałam z tym odprężającym uczuciem, że nie muszę się denerwować stylem autora ani czekać w napięciu na różnego rodzaju płycizny, bo język tam dobry i piękny. z drugiej strony jednak zaczęłam się irytować tym, że już tak dawno nie byłam w gdańsku i że to byłoby jedyne odpowiednie miejsce do czytania tej książki ;) wrażenia ogólnie pozytywne, chociaż wielbicielką chyba nie zostanę.

inferno przyplątało się też w zasadzie dosyć przypadkowo, jako 'książka na jedno popołudnie'. i jest w nim dokładnie to, czego się można po brownie spodziewać i co znajduje się w jego przepisie na idealną powieść sensacyjną. jest langdon, któremu jak zawsze towarzyszy kobieta, jest (dość naciągane) rozwiązywanie zagadek - tym razem opartych na boskiej komedii dantego, jest uciekanie przez pół książki przed ludźmi, którzy chcą zabić biednego historyka, jest cała zgraja 'tych złych' zrzeszonych w dziwnej organizacji, no i oczywiście jest zagrożenie dla świata i ludzkości. cóż napisać więcej - podobnie jak wszystkie poprzednie produkcje dana browna literaturą wybitną toto nie jest (i raczej nigdy nie miało ambicji być), ale tak na jedno popołudnie, do pociągu czy poczekalni - jak najbardziej ;) a do kasowego zekranizowania - tym bardziej.

z kolei w paryżu dzieci nie grymaszą oraz mundra to książki okołodzieciowe, co znaczy, że prawdopodobnie mam teraz ich niezbyt neutralny odbiór, no i w sumie polecam obydwie tym, którzy choć trochę są okołodzieciowo zainteresowani. może jeszcze mundra się obroni u tych niedzieciowych, ale wydaje mi się, że też lepiej czytać tę książkę z choć lekką znajomością kontekstu ;)
mundra to zapis dziesięciu rozmów z położnymi - bardzo różnymi, od takich starej daty, które kształciły się jeszcze przed wojną, przez te w pełni zanurzone w poprzednim ustroju, do tych zupełnie współczesnych młodych, także takich, które zdobywały praktykę za granicą - i to zarówno w postępowej skandynawii, jak i wśród afrykańskich plemion. to są, proszę państwa, dobre rozmowy, wciągające i rozpracowujące pracę położnej od kuchni - i ma się wrażenie, że za każdym razem jest mowa o nieco innym zawodzie. z racji tematyki - wiadomo, że to wszystko jest maksymalnie kobiece, ale jednocześnie też po prostu bardzo ludzkie. i z czystym sumieniem polecam.
tymczasem w paryżu... jest książką z kategorii poradnikowo-popularnych, chociaż zdecydowanie nie jest typowym poradnikiem - raczej socjologiczno-psychologiczną obserwacją dwóch różnych modeli wychowania, amerykańskiego i francuskiego. czyta się bardzo przyjemnie, nie ma tego wkurzającego poradnikowego pitu-pitu, a ci, którzy mają jakiś interes w zapoznawaniu się z różnymi sposobami hodowania dzieci ;) znajdą tu sporo ciekawych wskazówek. i sporo do przemyślenia :)

i tymże akcentem kończę i szczerze się przyznaję, że nie wiem, kiedy odezwę się znów. wszystko to zależy teraz od pewnej młodej panny, która jak na razie jest jeszcze jedną wielką zagadką - a jak w końcu zechce nam się objawić, to będziemy próbować jakoś połączyć nasze totalnie odmienne zapatrywania na życie ;) zatem - po raz kolejny - trzymajcie kciuki ;)

wtorek, 22 kwietnia 2014

majajaj

wiosna, mili państwo, i nikt już nie powie, że nie. znów jakaś gorączkowość w głowie i zastanawianie się, gdzie u licha schowałam bachowskie nuty? znów wiercipęctwo, znów mnie nosi i chętnie wybyłabym gdzieś w zieleń i alternatywny czas.
tymczasem zajęta jestem czekaniem. dreptaniem w kółko, zmienianiem pozycji co pół godziny, panikowaniem co trzy-cztery, niespodziewanymi drzemkami (aż kot przychodzi i sprawdza czy oddycham) i martwieniem się na zapas. z jednej strony mam tego już serdecznie dość, z drugiej - na myśl o tym, co potem, dostaję ogólnego paraliżu i w ogóle chcę się natychmiast przesiąść do jakiegoś innego pociągu jadącego w zupełnie inną stronę.
wyobraźnię mam aż za bogatą, na istniejącą rzeczywistość nadpisuję sobie tę przyszłą - nową i siedząc gdzieś pomiędzy dostaję absolutnego splątania. i - jak zawsze - curiouser and curiouser.