ku pamięci i podsumowaniom :) [i dodatkowo - w tym zestawieniu nie ma żadnej słabej książki!]
maj
sekrety ewolucji, kochania i swawolenia
seks na wysokich obcasach alicja długołęcka, paulina reiter
każdy szczyt ma swój czubaszek artur andrus, maria czubaszek
położna. 3550 cudów narodzin jeanette kalyta
bzyk. pasjonujące zespolenie nauki i seksu mary roach
stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął jonas jonasson
czerwiec
brzoskwinie dla księdza proboszcza joanne harris
sztywniak. osobliwe życie nieboszczyków mary roach
lipiec
big mac serhij żadan
wielki gatsby francis scott fitzgerald
wanna z kolumnadą filip springer
barbarzyńca w ogrodzie zbigniew herbert
blog osławiony między niewiastami artur andrus
brzechwa nie dla dzieci mariusz urbanek
interświat neil gaiman
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kult-ura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kult-ura. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 3 sierpnia 2014
czwartek, 3 kwietnia 2014
strawa na marzec
tak się ociągam straszliwie z tym marcowym podsumowaniem, bo w zasadzie nie ma czego podsumowywać... przeczytałam tylko dwie książki - w tym tę drugą właśnie wykańczam, muzycznie znów wszystko i nic, serialowo po raz kolejny sherlock - tym razem sponsorowany przez tvp. niemniej - podsumowanie musi być, a po kwietniowym będę mogła zrobić strawę statystyczno-zbiorczą z całego roku :)
zatem:
książki
zatem:
książki
- książka twarzy marek bieńczyk
- znaki szczególne paulina wilk
książkę twarzy powoli kończę, bo wcale nie jest to lektura łatwa (choć nikt nie mówi, że nieprzyjemna). eseje, szkice, wszystko napisane takim językiem, do jakiego zwichrowani po polonie są przyzwyczajeni, ale innym może być trudniej (nie wiem, pomimo ogólnego, postępującego głupienia, jednak niektóre rzeczy z polonu wciąż we mnie tkwią i się czasem odzywają, i nie wiem, czy wdrukowały się już na zawsze, czy po prostu jeszcze są za mocno zakorzenione i potrzeba jeszcze chwili, żeby wyleciały mi z głowy).
niektóre z tekstów są lepsze, inne gorsze, niektóre bardzo przypominają wykłady z teorii literatury (łohoho), inne są po prostu swobodnymi refleksjo-wspomnieniami. trudno jest mi jednoznacznie ocenić całość - esej o podróży absurdalnej jest idealnie z mojego świata, ale były też takie, z którymi wytrzymywałam do końca jedynie dla przyzwoitości. książka na pewno dobra (wszak nike nie przyznają byle czemu), ale chyba nie dla wszystkich, bo jednak wymaga porcji zmagań z tekstem (a nie zawsze ma się na to ochotę).
tymczasem.. znaki szczególne, które są premierą-dopiero-co... książka, na którą jestem zła, że zmarnowała mi czas ;) teraz jej wszędzie pełno, ukazują się wywiady z panią wilk i recenzje, w większości pozytywne - że to taki manifest pokolenia trzydziestolatków, że wreszcie ktoś napisał o przełomie z innej perspektywy, że w końcu odezwało się to pokolenie, które dorastało w czasie największych przemian i tak dalej. absolutnie nie rozumiem tych wszystkich ochów i achów.
wspomnienia owszem, są, ale jakichkolwiek wniosków i konkluzji brak. w tej książce NIC NIE MA. wszelakie refleksje są oczywistościami. styl jest zupełnie zwykły i nijaki. treść - każdy z nas, tzn. naszego pokolenia okołotrzydziestolatków mógłby usiąść i opowiedzieć dokładnie to samo. naprawdę - może się nie znam, nie doceniam, nie widzę oczywistych walorów, ale - jestem na tę książkę wkurzona, bo zamiast niej mogłam przeczytać coś zupełnie innego. i byłoby mi przyjemniej, i może nie musiałabym przewracać kartek z nadzieją, że ale teraz to już musi się coś wydarzyć / muszą się trafić jakieś wnioski, refleksje, sens, COKOLWIEK. no brr. niepolecam.
oprócz tego wszystkiego, to byłam na dorocznym koncercie m. i dzieci, czyli żyrardowskiego uderzenia - oni się naprawdę rozkręcają i zobaczycie, jeszcze będzie o nich głośno :) 1 czerwca grają na koncertach dla dzieci w filharmonii narodowej, oczywiście nieustająco zapraszam.
byłam też na kolejnym spektaklu/seansie z serii national theatre live, tym razem na koriolanie. serię wyświetla kino atlantic, niedawno dołączyła też sieć multikino. naprawdę bardzo, bardzo mocno polecam, bo spektakle są świetne, często to jedyna okazja, żeby w ogóle móc je zobaczyć (i nadal nie wierzę, że frankenstein z benedictem nie jest wydany na dvd. to było wy-bi-tne!).
oraz - mogę wam opowiedzieć wszystko o nowej generacji pieluch wielorazowych. przynajmniej teoretycznie ;)
książkę twarzy powoli kończę, bo wcale nie jest to lektura łatwa (choć nikt nie mówi, że nieprzyjemna). eseje, szkice, wszystko napisane takim językiem, do jakiego zwichrowani po polonie są przyzwyczajeni, ale innym może być trudniej (nie wiem, pomimo ogólnego, postępującego głupienia, jednak niektóre rzeczy z polonu wciąż we mnie tkwią i się czasem odzywają, i nie wiem, czy wdrukowały się już na zawsze, czy po prostu jeszcze są za mocno zakorzenione i potrzeba jeszcze chwili, żeby wyleciały mi z głowy).
niektóre z tekstów są lepsze, inne gorsze, niektóre bardzo przypominają wykłady z teorii literatury (łohoho), inne są po prostu swobodnymi refleksjo-wspomnieniami. trudno jest mi jednoznacznie ocenić całość - esej o podróży absurdalnej jest idealnie z mojego świata, ale były też takie, z którymi wytrzymywałam do końca jedynie dla przyzwoitości. książka na pewno dobra (wszak nike nie przyznają byle czemu), ale chyba nie dla wszystkich, bo jednak wymaga porcji zmagań z tekstem (a nie zawsze ma się na to ochotę).
tymczasem.. znaki szczególne, które są premierą-dopiero-co... książka, na którą jestem zła, że zmarnowała mi czas ;) teraz jej wszędzie pełno, ukazują się wywiady z panią wilk i recenzje, w większości pozytywne - że to taki manifest pokolenia trzydziestolatków, że wreszcie ktoś napisał o przełomie z innej perspektywy, że w końcu odezwało się to pokolenie, które dorastało w czasie największych przemian i tak dalej. absolutnie nie rozumiem tych wszystkich ochów i achów.
wspomnienia owszem, są, ale jakichkolwiek wniosków i konkluzji brak. w tej książce NIC NIE MA. wszelakie refleksje są oczywistościami. styl jest zupełnie zwykły i nijaki. treść - każdy z nas, tzn. naszego pokolenia okołotrzydziestolatków mógłby usiąść i opowiedzieć dokładnie to samo. naprawdę - może się nie znam, nie doceniam, nie widzę oczywistych walorów, ale - jestem na tę książkę wkurzona, bo zamiast niej mogłam przeczytać coś zupełnie innego. i byłoby mi przyjemniej, i może nie musiałabym przewracać kartek z nadzieją, że ale teraz to już musi się coś wydarzyć / muszą się trafić jakieś wnioski, refleksje, sens, COKOLWIEK. no brr. niepolecam.
oprócz tego wszystkiego, to byłam na dorocznym koncercie m. i dzieci, czyli żyrardowskiego uderzenia - oni się naprawdę rozkręcają i zobaczycie, jeszcze będzie o nich głośno :) 1 czerwca grają na koncertach dla dzieci w filharmonii narodowej, oczywiście nieustająco zapraszam.
byłam też na kolejnym spektaklu/seansie z serii national theatre live, tym razem na koriolanie. serię wyświetla kino atlantic, niedawno dołączyła też sieć multikino. naprawdę bardzo, bardzo mocno polecam, bo spektakle są świetne, często to jedyna okazja, żeby w ogóle móc je zobaczyć (i nadal nie wierzę, że frankenstein z benedictem nie jest wydany na dvd. to było wy-bi-tne!).
oraz - mogę wam opowiedzieć wszystko o nowej generacji pieluch wielorazowych. przynajmniej teoretycznie ;)
poniedziałek, 3 marca 2014
strawa na luty
1. książki
- rublowka walerij paniuszkin
- nie ma ekspresów przy żółtych drogach andrzej stasiuk
- zatańcz ze mną ostatni walc zelda fitzgerald
- recepta na miłość barbara o'neal
2. muzyka
koncert na dwa fortepiany i orkiestrę d-moll francis poulenc
w lutym zupełnie mniej, ale i luty sam z siebie nieco krótszy, a i len trochę nie w formie (z ciśnieniem 88/47 i liczbą czerwonych krwinek, przy jakiej normalny człowiek wolałby się czołgać niż chodzić).
[a w którejś z reklam cudownych pastylek pojawia się stwierdzenie, że są dla osób o anemicznym wyglądzie. za każdym razem zastanawiamy się z m., czy się kwalifikuję - bo powinnam - i czym w takim razie różnię się od reszty społeczeństwa]
i jeszcze to, że luty to jeden z tych trzech najbardziej nieulubionych, w dodatku srogi, choć w tym roku w wyjątkowo łagodny sposób.
ad 1
na początek dwie bardzo dobre rzeczy, które szczęśliwie wpadły mi w ręce - rublowka i nie ma ekspresów przy żółtych drogach. na artykuł o rublowce (książce) trafiłam jakiś czas temu bodajże w wysokich obcasach i bardzo zachciało mi się przeczytać całość. i to był dobry pomysł :)
rublowka jest reportażem o rublowce właśnie, czyli najbogatszej dzielnicy moskwy. o tych wszystkich niesamowitych domach i ich wyposażeniu, o sklepach i knajpach, o dzikim bogactwie, które aż trudno sobie wyobrazić, o panujących tam zwyczajach i rytuałach, o ludziach, ale przede wszystkim o tym, na czym polega dziwna gra funkcjonowania w tamtejszej rzeczywistości. jak wiadomo, rosja to (odmienny) stan umysłu, ale rublowka to dla mnie już tak niesamowita egzotyka i kosmos, że czytałam totalnie wciągnięta i zafascynowana, jak najlepszą powieść. najmniej ciekawa okazała się część końcowa, gdzie bardzo szczegółowo tłumaczone są reguły rublowskiej gry, a co za tym idzie - jest bardzo dużo polityki, która już tak nie zachwyca. niemniej - polecam :)
i stasiuk, czyli najlepsze, co mi się w lutym trafiło :) stasiuka ogólnie lubię bardzo, oczywiście zdarzały mu się rzeczy lepsze i gorsze, ale należę do tych czytaczy, które zdecydowaną większość uważają za dobre. a nie ma ekspresów... jest bardzo dobra. zbiór felietonów mocno stasiukowych, wcześniej publikowanych w różnych dziwnych miejscach, teraz zebranych w książce. felietony są zarówno podróżnicze (z dalekich krajów), jak i domowe-beskidzkie oraz takie, które dotyczą polski i polskiej mentalności w ogóle. i te ostatnie podobają mi się najbardziej, a rozdział marzec o przeżywaniu początków wiosny w naszej strefie klimatycznej powinien być gdzieś odgórnie nakazaną lekturą obowiązkową :] bardzo leży mi spokojny stasiukowy styl, wielbię jego konstrukcje zdań, słownictwo i sposób postrzegania świata, a w ekspresach... to wszystko świetnie wychodzi, pozbawione konieczności trzymania się fabuły i tych wszystkich technicznych problemów, które trzeba brać pod uwagę przy budowaniu długich narracji. tu jest po kawałku, dobrze, a przy okazji bardo ciekawie. tak tak tak.
i stasiuk, czyli najlepsze, co mi się w lutym trafiło :) stasiuka ogólnie lubię bardzo, oczywiście zdarzały mu się rzeczy lepsze i gorsze, ale należę do tych czytaczy, które zdecydowaną większość uważają za dobre. a nie ma ekspresów... jest bardzo dobra. zbiór felietonów mocno stasiukowych, wcześniej publikowanych w różnych dziwnych miejscach, teraz zebranych w książce. felietony są zarówno podróżnicze (z dalekich krajów), jak i domowe-beskidzkie oraz takie, które dotyczą polski i polskiej mentalności w ogóle. i te ostatnie podobają mi się najbardziej, a rozdział marzec o przeżywaniu początków wiosny w naszej strefie klimatycznej powinien być gdzieś odgórnie nakazaną lekturą obowiązkową :] bardzo leży mi spokojny stasiukowy styl, wielbię jego konstrukcje zdań, słownictwo i sposób postrzegania świata, a w ekspresach... to wszystko świetnie wychodzi, pozbawione konieczności trzymania się fabuły i tych wszystkich technicznych problemów, które trzeba brać pod uwagę przy budowaniu długich narracji. tu jest po kawałku, dobrze, a przy okazji bardo ciekawie. tak tak tak.
zelda... sama w sobie była postacią niemalże legendarną, a zatańcz ze mną... jest jej jedyną wydaną książką (chociaż podejrzewa się, że niektóre teksty scotta pisała razem z nim). wokół tej zdecydowanie autobiograficznej powieści krąży kilka ciekawych historyjek (nie wspominając nawet o historyjkach krążących o samej zeldzie) i ostatnio na temat tej książki popełniłam nawet jakiś mały tekst, ale nie mam pojęcia, gdzie i czy w ogóle się pokaże. w razie czego - wkleję tu link, a o samej książce mogę napisać tyle, że jest fascynująco zła ;) tzn. trochę kuleje pod względem formy, ale styl - nawet, jeśli weźmiemy poprawkę na czas powstania (lata '30) i panujące wtedy tendencje - jest zabójczy. trochę chichotałam, miałam nieco dzikiej radości, ale na dłuższą metę to jednak męczy. próbka: brązowe kulki na smętnych krzakach mirtu na końcu
ogrodu wybuchły lawendowymi muślinowymi kwiatami. na japońskich śliwkach
na dachu kurnika pojawiły się ciężkie sakiewki lata.
...i tak dalej, trololo ;) w charakterze dokumentu epoki - jak najbardziej, przy wgłębianiu się w zawiłości psychiki i osobowości zeldy - proszę bardzo, jako książka do przyjemnego poczytania - cóż, co kto lubi...
a na koniec czytadło, o które nawet sama bym się nie podejrzewała ;) len co jakiś czas startuje w konkursach gastronautów i co jakiś czas coś tam skutecznie wygrywa (najbardziej podobają mi się bony do restauracji ^^). tym razem konkurs był książkowy, do wygrania były różne świetne książki kucharskie i im podobne oraz czytadła. len oczywiście trafiła na czytadło o wdzięcznym tytule recepta na miłość. a jak dają, to już przeczytam... książka gruba, całe szczęście na lekkim papierze ;), sama w sobie leciutka i w modnym nurcie krążenia wokół jedzenia, gotowania i pieczenia, które uzdrawia wszystko i jest rozwiązaniem wszelakich problemów, oczywiście - przez żołądek do serca i tak dalej. rekomendować raczej specjalnie nie będę, ale jeśli ktoś potrzebuje czegoś do kawy albo na poprawę humoru, to można sobie z nią spędzić te dwa wieczory... ;) a, no i zawiera przepisy na chleb i insze pieczywo.
ad 2
tak naprawdę, to muzycznie jest nie tylko poulenc, ale wszystko, bo wyjątkowo intensywnie używam mojej ogólniej playlisty czerpiącej ze wszystkich plików muzycznych obecnych na komputerze. niemniej - koncert na dwa fortepiany poulenca jest najnowszym odkryciem.
w czasie mojej całej (nawet nieco przedłużonej) edukacji muzycznej jakoś nigdy na ten utwór nie trafiłam. jakiś czas temu słyszałam go na żywo na koncercie, ale to jeszcze nie było to usłyszenie. trafiło mnie w momencie, kiedy na mezzo (czyli jednej z najczęściej oglądanych u nas stacji tv) była transmisja koncertu, na którym tenże koncert wykonywano. i zakochałam się, i przepadłam, i słucham w kółko. dla mniej zorientowanych - sam koncert jest w stylu neoklasycznym (który jest jednym z moich ulubionych), czyli - jest klasycznie na tyle, że obecne są wyraźne aluzje do muzyki okresu klasycyzmu (wiecie, mozart i te sprawy), ale właśnie jako aluzje, mrugnięcie okiem, nawiązania wszelakie i tak dalej. a ogólnie, jest to muzyka już zupełnie współczesna, ze współczesnymi harmoniami (pięknymi!), instrumentacją itp.
z trzeciej strony - jest neoklasycznie, czyli formalnie klasycznie bardzo, są piękne melodie, jest orkiestra i fortepiany i nie trzeba się bać dziwnych odgłosów, chaotycznych dźwięków, zgrzytów i innych tego typu, z jakimi kojarzą się utwory z warszawskiej jesieni ;)
[i jeszcze zachwyca ta niesamowita radość i poczucie humoru, a jak jeszcze w dodatku wykonawcy się dobrze bawią, to już w ogóle cudo :)]
a w charakterze podsumowania stwierdzam, że jednak muszę pisać częściej. bo głupieję.
...i tak dalej, trololo ;) w charakterze dokumentu epoki - jak najbardziej, przy wgłębianiu się w zawiłości psychiki i osobowości zeldy - proszę bardzo, jako książka do przyjemnego poczytania - cóż, co kto lubi...
a na koniec czytadło, o które nawet sama bym się nie podejrzewała ;) len co jakiś czas startuje w konkursach gastronautów i co jakiś czas coś tam skutecznie wygrywa (najbardziej podobają mi się bony do restauracji ^^). tym razem konkurs był książkowy, do wygrania były różne świetne książki kucharskie i im podobne oraz czytadła. len oczywiście trafiła na czytadło o wdzięcznym tytule recepta na miłość. a jak dają, to już przeczytam... książka gruba, całe szczęście na lekkim papierze ;), sama w sobie leciutka i w modnym nurcie krążenia wokół jedzenia, gotowania i pieczenia, które uzdrawia wszystko i jest rozwiązaniem wszelakich problemów, oczywiście - przez żołądek do serca i tak dalej. rekomendować raczej specjalnie nie będę, ale jeśli ktoś potrzebuje czegoś do kawy albo na poprawę humoru, to można sobie z nią spędzić te dwa wieczory... ;) a, no i zawiera przepisy na chleb i insze pieczywo.
ad 2
tak naprawdę, to muzycznie jest nie tylko poulenc, ale wszystko, bo wyjątkowo intensywnie używam mojej ogólniej playlisty czerpiącej ze wszystkich plików muzycznych obecnych na komputerze. niemniej - koncert na dwa fortepiany poulenca jest najnowszym odkryciem.
w czasie mojej całej (nawet nieco przedłużonej) edukacji muzycznej jakoś nigdy na ten utwór nie trafiłam. jakiś czas temu słyszałam go na żywo na koncercie, ale to jeszcze nie było to usłyszenie. trafiło mnie w momencie, kiedy na mezzo (czyli jednej z najczęściej oglądanych u nas stacji tv) była transmisja koncertu, na którym tenże koncert wykonywano. i zakochałam się, i przepadłam, i słucham w kółko. dla mniej zorientowanych - sam koncert jest w stylu neoklasycznym (który jest jednym z moich ulubionych), czyli - jest klasycznie na tyle, że obecne są wyraźne aluzje do muzyki okresu klasycyzmu (wiecie, mozart i te sprawy), ale właśnie jako aluzje, mrugnięcie okiem, nawiązania wszelakie i tak dalej. a ogólnie, jest to muzyka już zupełnie współczesna, ze współczesnymi harmoniami (pięknymi!), instrumentacją itp.
z trzeciej strony - jest neoklasycznie, czyli formalnie klasycznie bardzo, są piękne melodie, jest orkiestra i fortepiany i nie trzeba się bać dziwnych odgłosów, chaotycznych dźwięków, zgrzytów i innych tego typu, z jakimi kojarzą się utwory z warszawskiej jesieni ;)
[i jeszcze zachwyca ta niesamowita radość i poczucie humoru, a jak jeszcze w dodatku wykonawcy się dobrze bawią, to już w ogóle cudo :)]
a w charakterze podsumowania stwierdzam, że jednak muszę pisać częściej. bo głupieję.
niedziela, 2 lutego 2014
strawa na styczeń
1. książki
- kurtyna aghata christie
- kometa nad doliną muminków
- w dolinie muminków
- lato w dolinie muminków
- zima w dolinie muminków
- opowiadania z doliny muminków
- dolina muminków w listopadzie tove jansson
- sherlock holmes. nieautoryzowana biografia nick rennison
2. serialowo
sherlock 3 sezon
3. muzyka
sherlock: music from series 3 (a także 1 i 2) david arnold & michael price
regina spector
ad 1
- kurtyna aghata christie
- kometa nad doliną muminków
- w dolinie muminków
- lato w dolinie muminków
- zima w dolinie muminków
- opowiadania z doliny muminków
- dolina muminków w listopadzie tove jansson
- sherlock holmes. nieautoryzowana biografia nick rennison
2. serialowo
sherlock 3 sezon
3. muzyka
sherlock: music from series 3 (a także 1 i 2) david arnold & michael price
regina spector
ad 1
książek w sumie w tym miesiącu niezbyt dużo, ponieważ temperatura skutecznie uniemożliwiała czytanie w autobusach oraz sprawiała, że po dotoczeniu się przez zaspy do domu jak najszybciej chciałam znaleźć się w łóżku. a tam - jedzenie (ostatnio stałam się specem od jedzenia w łóżku, co raczej nigdy nie mogło się zdarzyć w domu rodzinnym, jak to czasem dobrze mieszkać samemu ;), komputer (jestę burżuję i dostałam osobny komputer łóżkowy - mój standardowy i mocno wysłużony staruszek o wadze wielkiego utuczonego kota już się lekko rozsypuje, ale jeszcze dycha, więc mam teraz duży komputer do użytkowania w salonie oraz malutki, lekki i cieniutki ultra-lenbook do łóżka, noszenia pod pachą i w ogóle lansu :P) i inne głupoty, a książek tak tylko troszkę.
potrzeba fikcji trzymała się mnie mocno, i to fikcji łatwej, lekkiej i przyjemnej, jednym słowem - starego kryminału. złapałam za nieczytaną jeszcze kurtynę i okazało się, że jest to ostatni kryminał aghaty christie, wydany już po śmierci autorki. jednocześnie jest to ostatnia książka z herculesem poirot, który [spoiler], coby ładnie wszystko podomykać, na koniec umiera :>
z jednej strony jest to typowy kryminał w stylu "znajdź zabójcę spośród osób z pensjonatu", z drugiej - nieco nietypowy, bo narracja nie jest prowadzona z perspektywy (niedołężnego już) herculesa p., tylko kogoś zupełnie innego. intryga nie powala, ale czyta się jak zawsze, czyli szybko i lekko. wśród kryminałów christie jest cała masa dużo, dużo lepszych, ale z drugiej strony ten taki trochę inny... no i ostatni.
co do muminków, to od zawsze i powszechnie wiadomo, że jestem stamtąd, wyjęta prosto ze świata stworzonego przez panią tove - a na dowód wklejam mimblę, co jest dokładnie taka, jak len, ewentualnie len jest dokładnie taka, jak ta mimbla - zgadza się nawet kubek z herbatą i różowa kiecka (tak!).
do muminków tym razem wróciłam na potrzeby tekstu, co go linkowałam w poprzedniej notce i w zasadzie niech on posłuży za moje kilka słów o muminkach (bo - dajcie spokój, przecież nie będę pisać, czy mi się podobało... ;)
[i nie, tak w ogóle, to nie pisuję do edziecka, to był wyjątek i w zasadzie przypadek, gdy nagle i na szybko był potrzebny ktoś, kto napisze o muminkach i nie będzie wymagał na to dwóch tygodni i dostarczenia wszystkich książek :P]
a na koniec sherlock w dość nietypowej formie. mania sherlockowa trzyma się mnie mocno, w tym miesiącu oczywiście wzmocniona w końcu wyemitowaną trzecią serialową serią ;) w nieautoryzowanej biografii autor (z lekkim przymrużeniem oka oczywiście, chociaż podczas czytania miałam wrażenie, że niekiedy z bardzo małym przymrużeniem...) przyjmuje założenie, że sherlock i waston istnieli naprawdę, a sir conan doyle był jedynie ich agentem literackim. i mamy tu w najdrobniejszych szczegółach rozpracowane życie sherlocka (i częściowo także watsona), od samego początku do samego (już ostatecznego) końca, dokładnie umiejscowione w historycznych realiach, w czasie, przestrzeni, z pełnią dowodów i dokumentów na rzeczywiste istnienie detektywa. dla tych, co są zasherlockowani [spoiler? ;)], jest to pozycja bardzo przyjemna do czytania, w końcu nie jest niczym innym, jak jedną wielką deklaracją i believe in sherlock holmes ;)
ad 2
...czyli płynne przejście, ponieważ styczeń serialowo upłynął oczywiście pod znakiem sherlocka w wersji bbc. w tej kwestii jestem bardzo nieobiektywna, więc nie będę szczegółowo analizować rzuconych na pastwę fanów całych trzech kolejnych odcinków... ;)
mogę tylko stwierdzić, że bardzo dobrze rozumiem, dlaczego pierwszy był, jaki był, i że trzeci podobał mi się najbardziej, bo był w końcu w dobrym, starym sherlockowym stylu. a ogólnie, to jestem nastoletnią fangirl i tyle ;)
a teraz ważna informacja dla wszystkich, co jeszcze sherlocka nie znają, chcieliby poznać, a nie po drodze im z internetowym streamem czy dvd - od początku marca, bodajże w niedziele wieczorem, tvp2 będzie emitować sherlocka właśnie. i to od razu trzy sezony (czyli całe 9 odcinków), więc można przejść przez całość w miarę bezboleśnie, np. bez dwuletniej przerwy między kolejnymi odcinkami ;)
dla tych, co obejrzą odcinek początkowy i będą sceptyczni - daję tylko znać, że len wzięło tak zupełnie i absolutnie dopiero po pierwszym odcinku drugiej serii. przez pierwsze trzy to był tylko fajny serial ze świetną realizacją i doskonałymi pomysłami, po odcinku czwartym przepadłam na amen i nie potrafię wykrzesać z siebie ani drobiny krytycyzmu, pomimo świadomości tego, że pewnie jak każda produkcja ma jakieś niedostatki...
ad 3
oczywiście jak serial, to i muzyka - pisałam już kiedyś, że sherlockowy soundtrack jest świetny, szczególnie, jeśli kojarzy się już konkretne motywy przypisane konkretnym postaciom i sytuacjom. mogę go słuchać w kółko (co niniejszym czyniłam...), a że na dniach pojawił się także ten z trzeciej serii (do zapoznania się np. na yt), to moja playlista się właśnie wydłużyła. i tyle ;)
...a żeby nie było tak maksymalnie sherlockowo, to jeszcze słucham reginy. regina jest odkryciem z bardzo zamierzchłych czasów początkowostudiowych i ochota na nią pojawia mi się raz na jakiś czas. i z tego, co mi mignęło gdzieś na fejsbuce, nie tylko mi regina pasuje do zimowych pejzaży :)
potrzeba fikcji trzymała się mnie mocno, i to fikcji łatwej, lekkiej i przyjemnej, jednym słowem - starego kryminału. złapałam za nieczytaną jeszcze kurtynę i okazało się, że jest to ostatni kryminał aghaty christie, wydany już po śmierci autorki. jednocześnie jest to ostatnia książka z herculesem poirot, który [spoiler], coby ładnie wszystko podomykać, na koniec umiera :>
z jednej strony jest to typowy kryminał w stylu "znajdź zabójcę spośród osób z pensjonatu", z drugiej - nieco nietypowy, bo narracja nie jest prowadzona z perspektywy (niedołężnego już) herculesa p., tylko kogoś zupełnie innego. intryga nie powala, ale czyta się jak zawsze, czyli szybko i lekko. wśród kryminałów christie jest cała masa dużo, dużo lepszych, ale z drugiej strony ten taki trochę inny... no i ostatni.
co do muminków, to od zawsze i powszechnie wiadomo, że jestem stamtąd, wyjęta prosto ze świata stworzonego przez panią tove - a na dowód wklejam mimblę, co jest dokładnie taka, jak len, ewentualnie len jest dokładnie taka, jak ta mimbla - zgadza się nawet kubek z herbatą i różowa kiecka (tak!).
do muminków tym razem wróciłam na potrzeby tekstu, co go linkowałam w poprzedniej notce i w zasadzie niech on posłuży za moje kilka słów o muminkach (bo - dajcie spokój, przecież nie będę pisać, czy mi się podobało... ;)
[i nie, tak w ogóle, to nie pisuję do edziecka, to był wyjątek i w zasadzie przypadek, gdy nagle i na szybko był potrzebny ktoś, kto napisze o muminkach i nie będzie wymagał na to dwóch tygodni i dostarczenia wszystkich książek :P]
a na koniec sherlock w dość nietypowej formie. mania sherlockowa trzyma się mnie mocno, w tym miesiącu oczywiście wzmocniona w końcu wyemitowaną trzecią serialową serią ;) w nieautoryzowanej biografii autor (z lekkim przymrużeniem oka oczywiście, chociaż podczas czytania miałam wrażenie, że niekiedy z bardzo małym przymrużeniem...) przyjmuje założenie, że sherlock i waston istnieli naprawdę, a sir conan doyle był jedynie ich agentem literackim. i mamy tu w najdrobniejszych szczegółach rozpracowane życie sherlocka (i częściowo także watsona), od samego początku do samego (już ostatecznego) końca, dokładnie umiejscowione w historycznych realiach, w czasie, przestrzeni, z pełnią dowodów i dokumentów na rzeczywiste istnienie detektywa. dla tych, co są zasherlockowani [spoiler? ;)], jest to pozycja bardzo przyjemna do czytania, w końcu nie jest niczym innym, jak jedną wielką deklaracją i believe in sherlock holmes ;)
ad 2
...czyli płynne przejście, ponieważ styczeń serialowo upłynął oczywiście pod znakiem sherlocka w wersji bbc. w tej kwestii jestem bardzo nieobiektywna, więc nie będę szczegółowo analizować rzuconych na pastwę fanów całych trzech kolejnych odcinków... ;)
mogę tylko stwierdzić, że bardzo dobrze rozumiem, dlaczego pierwszy był, jaki był, i że trzeci podobał mi się najbardziej, bo był w końcu w dobrym, starym sherlockowym stylu. a ogólnie, to jestem nastoletnią fangirl i tyle ;)
a teraz ważna informacja dla wszystkich, co jeszcze sherlocka nie znają, chcieliby poznać, a nie po drodze im z internetowym streamem czy dvd - od początku marca, bodajże w niedziele wieczorem, tvp2 będzie emitować sherlocka właśnie. i to od razu trzy sezony (czyli całe 9 odcinków), więc można przejść przez całość w miarę bezboleśnie, np. bez dwuletniej przerwy między kolejnymi odcinkami ;)
dla tych, co obejrzą odcinek początkowy i będą sceptyczni - daję tylko znać, że len wzięło tak zupełnie i absolutnie dopiero po pierwszym odcinku drugiej serii. przez pierwsze trzy to był tylko fajny serial ze świetną realizacją i doskonałymi pomysłami, po odcinku czwartym przepadłam na amen i nie potrafię wykrzesać z siebie ani drobiny krytycyzmu, pomimo świadomości tego, że pewnie jak każda produkcja ma jakieś niedostatki...
ad 3
oczywiście jak serial, to i muzyka - pisałam już kiedyś, że sherlockowy soundtrack jest świetny, szczególnie, jeśli kojarzy się już konkretne motywy przypisane konkretnym postaciom i sytuacjom. mogę go słuchać w kółko (co niniejszym czyniłam...), a że na dniach pojawił się także ten z trzeciej serii (do zapoznania się np. na yt), to moja playlista się właśnie wydłużyła. i tyle ;)
...a żeby nie było tak maksymalnie sherlockowo, to jeszcze słucham reginy. regina jest odkryciem z bardzo zamierzchłych czasów początkowostudiowych i ochota na nią pojawia mi się raz na jakiś czas. i z tego, co mi mignęło gdzieś na fejsbuce, nie tylko mi regina pasuje do zimowych pejzaży :)
piątek, 24 stycznia 2014
zima w dolinie
pusto tu i wiatr hula, ponieważ jest zima. jak powszechnie wiadomo, jak jest zima, to musi być zimno, a jak jest zimno, to len wykorzystuje każdy moment, żeby zawinąć się w koce, kołdry, poduszki, pledy, szlafroki, szale i wszystko inne, co tylko choć trochę ciepłe, i śpi. albo zastanawia się nad życiem i wcale nie ma ochoty tego uzewnętrzniać.
wszystkie trolle muminki układają się do snu zimowego gdzieś koło listopada. bardzo to rozsądne ze strony każdego, kto nie lubi zimna i zimowych ciemności.
ps zazwyczaj staram się nie zdradzać z tym, jak bardzo złym recenzentem jestem, ale tym razem to nie taka typowa recenzja, a artykuł dla rodziców (!). a przede wszystkim - o muminkach, więc jeśli mielibyście ochotę, to można spojrzeć tutaj. tytuł nie jest mój.
wtorek, 31 grudnia 2013
strawa na grudzień
1. książki
- przyślę panu list i klucz maria pruszkowska
- dracula bram stoker
- paryż na widelcu. sekretne życie miasta stephen clarke
- bezbarwny tsukuru tazaki i lata jego pielgrzymstwa haruki murakami
- dziecko dla odważnych leszek k. talko
2. serialowo
świąteczny odcinek doctora who
7 minut sherlocka ^^
3. muzyka
wounds and bruises kari
ad 1
po (wciąż trwających) zmaganiach z publicystyką, dziennikami i innymi mądrymi tekstami naszła mnie ochota na jakąś typową powieść, najlepiej jeszcze do tego niezbyt skomplikowaną ;) kind-len jako pierwszą podsunął właśnie przyślę panu list i klucz, więc stwierdziłam, że czemu nie. poczytałam sobie bardzo radośnie o mocno wyidealizowanej rodzinie pochłoniętej przez książki, mówiącej do siebie cytatami, z dziećmi bawiącymi się w sceny z powieści i ze specjalną biblioteczką zamykaną na klucz, co do której znajomym mówi się, że klucz się zgubił, a tak naprawdę, to są tam książki, których nie chce się za nic nikomu pożyczać. tacy borejkowie z literackim skrzywieniem w wersji hard ;) czytało się to bardzo przyjemnie, trochę naiwnie, trochę po marzycielsku - dla książkowych maniaków to może być coś naprawdę uroczego do połknięcia w gorszy dzień, na poprawę humoru.
ale! akcja dzieje się w latach tuż powojennych, byłam naprawdę święcie przekonana, że to powieść w miarę współczesna, tylko z odniesieniem do tamtych czasów. a po przeczytaniu okazało się, że powieść wyszła w roku 1953, co też podczas czytania warto mieć na uwadze :)
w ramach dalszych podczytywań powieściowych trafił się dracula. bo znam filmy, znam odwołania, nawiązania, konteksty, a nigdy tak naprawdę nie dotarłam do źródła. oczywiście mam świadomość, że z dokładną znajomością historii czyta się trochę inaczej, ale... na początku świetnie się bawiłam, potem powieść zaczęła być trochę męcząca i dłużyła się mocno... składa się z różnych tekstów - listów, dzienników, notatek i fonograficznych nagrań (!) różnych bohaterów powieści, co samo w sobie jest ciekawym zabiegiem i prawdopodobnie mogło być atrakcją w czasach, gdy dracula się pojawił. ponieważ jednak czytałam dla czystej radości czytania, nie zapoznałam się z całą otoczką i recepcją powieści i nic mądrego na ten temat nie napiszę ;) ogólnie mam wrażenie, że książka się po prostu trochę zestarzała i współczesny czytelnik mogłby oczekiwać czegoś już trochę innego - osobiście wywaliłabym jakąś 1/4 ;) niemniej - dla zainteresowanych tematem pozycja obowiązkowa.
nie czytałam innych książek stephena clarke, nie byłam też w paryżu, ale obie rzeczy mam zamiar w przyszłości uzupełnić. paryż na widelcu jest swego rodzaju przewodnikiem po francuskiej stolicy, ale na tyle nietypowym, że bardzo przyjemnie czyta się go nawet bez znajomości miasta :) clarke pisze o rzeczach, których ze zwykłych przewodników dowiedzieć się nie sposób - np. która ze stacji metra jest warta uwagi, kto mieszka w poszczególnych dzielnicach, gdzie kupować bagietki lub mieszkanie oraz do której restauracji iść by dobrze zjeść, a z której będzie piękny widok. i w którym hotelu można się wyspać ;) do tego sporo informacji z historii miasta, anegdotek i ciekawych zdarzeń z życia autora, a wszystko z lekkim dystansem i ironią, jak to u anglika piszącego o francji... ;) rzeczywiście - aż chce się jechać i od razu sprawdzić, czy to wszystko prawda :)
jako miłośniczka murakamiego musiałam oczywiście doczepić się do najnowszej powieści. jako miłośniczka murakamiego mogę zatem nie być obiektywna ;) w bezbarwnym tsukuru... jest mnóstwo tego, czego zawsze po murakamim można się spodziewać - dużo spokoju, wniknięcia w życie bohatera, któremu przytrafia się coś nie do końca zwykłego, sporo przemyśleń, zaskakujących porównań, no i jak zawsze sny, seks i uszy ;) jest dobrze.
z drugiej strony - jest to powieść dla murakamiego na tyle nietypowa, że nie ma tam wyraźnej fantastyki, równoległych światów, dziwnych stworzeń i wszystkiego tego, co sprawia, że podczas czytania mózg wywraca się na lewą stronę, oczy otwierają coraz szerzej, a po skończeniu książki trudno wrócić z powrotem do przynależącej nam rzeczywistości. jest bardzo realistycznie (chociaż są sny, wiadomo), dlatego myślę, że to może być dobra pozycja dla dopiero zaczynających przygodę z murakamim - pozwala wczuć się w klimat i styl autora, a jak już się spodobają, to dopiero wtedy należy takiego początkującego czytacza zmiażdżyć murakamiową fantastyką ;) takim hard boiled wonderland na przykład, niach niach ;]
talko i jego dzieci. niedzieciatym ku przestrodze i zastanowieniu, dzieciatym ku (chyba?) wspomnieniom i ewentualnemu pocieszeniu, że inni mają gorzej. albo chociaż tak samo (bo w to, że jest jeszcze gorzej, boję się wierzyć ;). książka jest podzielona na kilka części, według upływającego czasu, przybywających dzieci i skali rodzicielskiego zaawansowania - dziecko dla początkujących, dziecko dla zaawansowanych, dziecko dla profesjonalistów i tak dalej. radosne felietony, które jednak brane zbyt serio mogą zjeżyć włosy na głowie i znacznie zmniejszyć polski przyrost naturalny ;) podczas czytania świetnie się bawiłam, ale np. m. przeczytał dwa rozdziały i stwierdził, że dla niego to jest jakiś potworny horror i chyba musi dorosnąć do tej książki. a to były dwa pierwsze, najniewinniejsze i niemowlęce! zatem, jak widać - co kto lubi i jaką ma odporność psychiczną ;)
poza tym - rozgrzebałam miłosza i stwierdziłam, że nie mam na niego nastroju, rozgrzebałam żulczyka i tak mnie odrzuciło, że chyba już tej książki w ogóle nie dotknę, rozgrzebałam klub pickwicka i mnie wkurza oraz te prosiaczka, które rozdrażnia jeszcze bardziej. i może uda mi się którąś z tych książek skończyć i wspomnieć o niej w styczniu, ale czuję, że to wcale nie jest takie oczywiste.
ad 2
doctor regenerował! matt smith nie podbił mojego serca, więc nie pogrążyłam się we łzach, za to nadchodzący peter capaldi sprawia wrażenie niesamowicie interesującego i takiego, który może naprawdę namieszać w roli doctora - mocno charakterny i przede wszystkim już nie taki najmłodszy. dlatego z niecierpliwością czekam na nowe odcinki.
...a na odcinek sherlocka czekam tak niecierpliwie, że już bardziej się nie da. siedmiominutowy miniodcinek tylko przypomniał, jak strasznie uwielbiam ten serial i jak bardzo jest fantastyczny. i jak strasznie jestem fangirl ^^"
(to już jutro!)
ad 3
a na koniec będzie jeszcze historia z życia.
kari amirian poznałam... w jej mieszkaniu, kiedy szykowałyśmy wieczór panieński dla naszej wspólnej znajomej. podczas tych kilku(nastu) godzin wspólnej zabawy od razu zaliczyłam kari do kategorii ludzi, którzy są nie dość, że piękni, dobrzy i mądrzy, to jeszcze cudownie sympatyczni, no i dodatkowo zostali obdarowani wielkim bagażem talentów. jakiś czas później okazało się, że kari nagrywa płytę, w czym kibicowałam jej strasznie mocno. płyta ukazała się w zeszłym roku, a w dodatku okazała się cudowna na tyle, że bez absolutnie żadnych wyrzutów sumienia (że po znajomości... ;) polecałam ją i zarażałam jej muzyką rodzinę i znajomych.
teraz kari (po prostu, już bez nazwiska) wydała drugą płytę. i pomimo tego, że podkreśla, jak wiele się u niej i w niej zmieniło, to płyta - choć rzeczywiście nieco inna od poprzedniej - jest rewelacyjna. jak napiszę, że bogatsza, dojrzalsza i tak dalej, to zabrzmi banalnie, ale tak jest w rzeczywistości. fenomenalna dźwiękowo, przestrzenna, wciągająca. słyszę tam zarówno sigur ros, jak i dźwięki z dawnych nagrań legendarnej wytwórni 4ad, ale przede wszystkim słyszę kari, o której jest w świecie coraz głośniej. i bardzo dobrze!
z "zewnętrznych" w tym miesiącu byłam na uroczym (bo w końcu z barokowo-klasycznym programem) koncercie iuve w kościele na pl. małachowskiego [bardzo przyjemnie przedświątecznie].
i... na teatrze w kinie - samorząd doktorantów uw i kino atlantic sprawili, że projekt londyńskiego national theatre live pojawił się także w warszawie. i za to im dzięki stokrotne - frankenstein z benedictem w roli monstrum zachwycił nie tylko fangirlową mnie, ale i towarzyszącego mi m.. a chodzą słuchy, że już można kupować bilety na makbeta z tegoż samego cyklu - projekcja będzie jakoś w połowie stycznia. szczerze polecam!
- bezbarwny tsukuru tazaki i lata jego pielgrzymstwa haruki murakami
- dziecko dla odważnych leszek k. talko
2. serialowo
świąteczny odcinek doctora who
7 minut sherlocka ^^
3. muzyka
wounds and bruises kari
ad 1
po (wciąż trwających) zmaganiach z publicystyką, dziennikami i innymi mądrymi tekstami naszła mnie ochota na jakąś typową powieść, najlepiej jeszcze do tego niezbyt skomplikowaną ;) kind-len jako pierwszą podsunął właśnie przyślę panu list i klucz, więc stwierdziłam, że czemu nie. poczytałam sobie bardzo radośnie o mocno wyidealizowanej rodzinie pochłoniętej przez książki, mówiącej do siebie cytatami, z dziećmi bawiącymi się w sceny z powieści i ze specjalną biblioteczką zamykaną na klucz, co do której znajomym mówi się, że klucz się zgubił, a tak naprawdę, to są tam książki, których nie chce się za nic nikomu pożyczać. tacy borejkowie z literackim skrzywieniem w wersji hard ;) czytało się to bardzo przyjemnie, trochę naiwnie, trochę po marzycielsku - dla książkowych maniaków to może być coś naprawdę uroczego do połknięcia w gorszy dzień, na poprawę humoru.
ale! akcja dzieje się w latach tuż powojennych, byłam naprawdę święcie przekonana, że to powieść w miarę współczesna, tylko z odniesieniem do tamtych czasów. a po przeczytaniu okazało się, że powieść wyszła w roku 1953, co też podczas czytania warto mieć na uwadze :)
w ramach dalszych podczytywań powieściowych trafił się dracula. bo znam filmy, znam odwołania, nawiązania, konteksty, a nigdy tak naprawdę nie dotarłam do źródła. oczywiście mam świadomość, że z dokładną znajomością historii czyta się trochę inaczej, ale... na początku świetnie się bawiłam, potem powieść zaczęła być trochę męcząca i dłużyła się mocno... składa się z różnych tekstów - listów, dzienników, notatek i fonograficznych nagrań (!) różnych bohaterów powieści, co samo w sobie jest ciekawym zabiegiem i prawdopodobnie mogło być atrakcją w czasach, gdy dracula się pojawił. ponieważ jednak czytałam dla czystej radości czytania, nie zapoznałam się z całą otoczką i recepcją powieści i nic mądrego na ten temat nie napiszę ;) ogólnie mam wrażenie, że książka się po prostu trochę zestarzała i współczesny czytelnik mogłby oczekiwać czegoś już trochę innego - osobiście wywaliłabym jakąś 1/4 ;) niemniej - dla zainteresowanych tematem pozycja obowiązkowa.
nie czytałam innych książek stephena clarke, nie byłam też w paryżu, ale obie rzeczy mam zamiar w przyszłości uzupełnić. paryż na widelcu jest swego rodzaju przewodnikiem po francuskiej stolicy, ale na tyle nietypowym, że bardzo przyjemnie czyta się go nawet bez znajomości miasta :) clarke pisze o rzeczach, których ze zwykłych przewodników dowiedzieć się nie sposób - np. która ze stacji metra jest warta uwagi, kto mieszka w poszczególnych dzielnicach, gdzie kupować bagietki lub mieszkanie oraz do której restauracji iść by dobrze zjeść, a z której będzie piękny widok. i w którym hotelu można się wyspać ;) do tego sporo informacji z historii miasta, anegdotek i ciekawych zdarzeń z życia autora, a wszystko z lekkim dystansem i ironią, jak to u anglika piszącego o francji... ;) rzeczywiście - aż chce się jechać i od razu sprawdzić, czy to wszystko prawda :)
jako miłośniczka murakamiego musiałam oczywiście doczepić się do najnowszej powieści. jako miłośniczka murakamiego mogę zatem nie być obiektywna ;) w bezbarwnym tsukuru... jest mnóstwo tego, czego zawsze po murakamim można się spodziewać - dużo spokoju, wniknięcia w życie bohatera, któremu przytrafia się coś nie do końca zwykłego, sporo przemyśleń, zaskakujących porównań, no i jak zawsze sny, seks i uszy ;) jest dobrze.
z drugiej strony - jest to powieść dla murakamiego na tyle nietypowa, że nie ma tam wyraźnej fantastyki, równoległych światów, dziwnych stworzeń i wszystkiego tego, co sprawia, że podczas czytania mózg wywraca się na lewą stronę, oczy otwierają coraz szerzej, a po skończeniu książki trudno wrócić z powrotem do przynależącej nam rzeczywistości. jest bardzo realistycznie (chociaż są sny, wiadomo), dlatego myślę, że to może być dobra pozycja dla dopiero zaczynających przygodę z murakamim - pozwala wczuć się w klimat i styl autora, a jak już się spodobają, to dopiero wtedy należy takiego początkującego czytacza zmiażdżyć murakamiową fantastyką ;) takim hard boiled wonderland na przykład, niach niach ;]
talko i jego dzieci. niedzieciatym ku przestrodze i zastanowieniu, dzieciatym ku (chyba?) wspomnieniom i ewentualnemu pocieszeniu, że inni mają gorzej. albo chociaż tak samo (bo w to, że jest jeszcze gorzej, boję się wierzyć ;). książka jest podzielona na kilka części, według upływającego czasu, przybywających dzieci i skali rodzicielskiego zaawansowania - dziecko dla początkujących, dziecko dla zaawansowanych, dziecko dla profesjonalistów i tak dalej. radosne felietony, które jednak brane zbyt serio mogą zjeżyć włosy na głowie i znacznie zmniejszyć polski przyrost naturalny ;) podczas czytania świetnie się bawiłam, ale np. m. przeczytał dwa rozdziały i stwierdził, że dla niego to jest jakiś potworny horror i chyba musi dorosnąć do tej książki. a to były dwa pierwsze, najniewinniejsze i niemowlęce! zatem, jak widać - co kto lubi i jaką ma odporność psychiczną ;)
poza tym - rozgrzebałam miłosza i stwierdziłam, że nie mam na niego nastroju, rozgrzebałam żulczyka i tak mnie odrzuciło, że chyba już tej książki w ogóle nie dotknę, rozgrzebałam klub pickwicka i mnie wkurza oraz te prosiaczka, które rozdrażnia jeszcze bardziej. i może uda mi się którąś z tych książek skończyć i wspomnieć o niej w styczniu, ale czuję, że to wcale nie jest takie oczywiste.
ad 2
doctor regenerował! matt smith nie podbił mojego serca, więc nie pogrążyłam się we łzach, za to nadchodzący peter capaldi sprawia wrażenie niesamowicie interesującego i takiego, który może naprawdę namieszać w roli doctora - mocno charakterny i przede wszystkim już nie taki najmłodszy. dlatego z niecierpliwością czekam na nowe odcinki.
...a na odcinek sherlocka czekam tak niecierpliwie, że już bardziej się nie da. siedmiominutowy miniodcinek tylko przypomniał, jak strasznie uwielbiam ten serial i jak bardzo jest fantastyczny. i jak strasznie jestem fangirl ^^"
(to już jutro!)
ad 3
a na koniec będzie jeszcze historia z życia.
kari amirian poznałam... w jej mieszkaniu, kiedy szykowałyśmy wieczór panieński dla naszej wspólnej znajomej. podczas tych kilku(nastu) godzin wspólnej zabawy od razu zaliczyłam kari do kategorii ludzi, którzy są nie dość, że piękni, dobrzy i mądrzy, to jeszcze cudownie sympatyczni, no i dodatkowo zostali obdarowani wielkim bagażem talentów. jakiś czas później okazało się, że kari nagrywa płytę, w czym kibicowałam jej strasznie mocno. płyta ukazała się w zeszłym roku, a w dodatku okazała się cudowna na tyle, że bez absolutnie żadnych wyrzutów sumienia (że po znajomości... ;) polecałam ją i zarażałam jej muzyką rodzinę i znajomych.
teraz kari (po prostu, już bez nazwiska) wydała drugą płytę. i pomimo tego, że podkreśla, jak wiele się u niej i w niej zmieniło, to płyta - choć rzeczywiście nieco inna od poprzedniej - jest rewelacyjna. jak napiszę, że bogatsza, dojrzalsza i tak dalej, to zabrzmi banalnie, ale tak jest w rzeczywistości. fenomenalna dźwiękowo, przestrzenna, wciągająca. słyszę tam zarówno sigur ros, jak i dźwięki z dawnych nagrań legendarnej wytwórni 4ad, ale przede wszystkim słyszę kari, o której jest w świecie coraz głośniej. i bardzo dobrze!
z "zewnętrznych" w tym miesiącu byłam na uroczym (bo w końcu z barokowo-klasycznym programem) koncercie iuve w kościele na pl. małachowskiego [bardzo przyjemnie przedświątecznie].
i... na teatrze w kinie - samorząd doktorantów uw i kino atlantic sprawili, że projekt londyńskiego national theatre live pojawił się także w warszawie. i za to im dzięki stokrotne - frankenstein z benedictem w roli monstrum zachwycił nie tylko fangirlową mnie, ale i towarzyszącego mi m.. a chodzą słuchy, że już można kupować bilety na makbeta z tegoż samego cyklu - projekcja będzie jakoś w połowie stycznia. szczerze polecam!
czwartek, 28 listopada 2013
strawa na listopad
1. książki
- kiełbasa i sznurek jerzy bralczyk, michał ogórek
- płeć mózgu anne moir, david jessel
- dym i lustra neil gaiman
- dziennik i drugi dziennik jerzy pilch
2. serialowo
jubileuszowy odcinek doctora who
- dziennik i drugi dziennik jerzy pilch
2. serialowo
jubileuszowy odcinek doctora who
ad 1
mam słabość do profesora bralczyka. mam też słabość do pana ogórka. połączenie tych dwóch słabości dało mi dużą porcję radości, gdy czytałam kiełbasę i sznurek, dlatego chyba nie potrafię tu być obiektywna ;) cała książka jest zapisem długiej i niesamowicie wielowątkowej rozmowy dwóch panów, dodatkowo urozmaiconej rysunkami. w rozmowie pojawiają się tematy językowe, antropologiczne, socjologiczne, trochę biograficzne i ogólnie - taki lekki groch z kapustą, nawet pomimo podzielenia książki na tematyczne rozdziały - tematy zmieniają się za szybko, żeby je jakkolwiek grupować. ogólnie - czytało się bardzo dobrze - w końcu panowie manewrowanie słowami mają nieźle opanowane - i osobiście dostarczyło mi dużo uciechy. jeśli ktoś nie ma takich dziwacznych słabości jak len może nie będzie tak mocno uradowany, niemniej - dużo ciekawostek, styl mocno felietonowy, język taki, jaki się czytać powinno (w odróżnieniu od książek, które napisane językiem nieczytalnym) i raczej lekko i przyjemnie. w wolnej chwili - polecam jak najbardziej.
jakiś czas temu czytałam książkę, która w tytule miała coś o tym, że kobiety nie potrafią czytać map, a mężczyźni cośtam. teraz wiem, na czym wzorowali się autorzy - słynna płeć mózgu została przez nich przepisana i uzupełniona wieloma przykładami tak, żeby każdy mniej rozgarnięty czytelnik, który jednak czuje się kobietą lub mężczyzną, mógł się z tematyką zapoznać. a tymczasem źródło, czyli płeć mózgu to nic innego, jak zbiór wyników wszelakich badań, które mówią o czysto fizjologicznych różnicach w mózgach kobiet i mężczyzn, które kształtują się jeszcze przed urodzeniem, a które powodują późniejsze wspomniane problemy z wyobraźnią przestrzenną (kobiety) czy różne testosteronozależne zachowania mężczyzn, które kobiety nie do końca mogą zrozumieć, a z którymi dzielnie męczą się pod hasłem bo to taki typowy facet. i tak dalej ;) jest naukowo, ale też nieco przepisane, żeby było w miarę przystępnie i zrozumiale dla przeciętnego czytelnika. jeśli ktoś chciałby zagłębiać się w tematykę, to płeć mózgu jako ta biblia i podstawa jest dobrym początkiem. a poza tym - można się dowiedzieć wielu mocno interesujących faktów, które zapewne mogą ułatwić damsko-męskie życie (piszę, że zapewne, ponieważ może gdybym ich wcześniej nie znała i nagle oświeciłoby mnie po przeczytaniu książki, to zapewne życie mogłoby stać się łatwiejsze. ale ponieważ o większości wiem od dawna, a damsko-męskie życie w przypadku len. nigdy nie było trudne, to nie za bardzo jest jak ułatwiać jeszcze bardziej. ale gdyby ktoś tak napisał o próbie ułatwienia życia damsko-damskiego, to przeczytałabym chętnie ;)
dym i lustra to moja kolejna pozycja w eksplorowaniu gaimana (tak, wiem, jak to brzmi). tym razem - zupełnie pomieszanie z poplątaniem. opowiadania, na które pomysły przyszły kiedyś, opowiadania pisane do antologii i gazet, wiersze i różne inne formy literackie. niektóre świetne, inne takie sobie, dobre na krótkie trasy autobusowe, gdy często trzeba się odrywać lektury. i - co mi podobało się najbardziej - wszystko z komentarzem autora, który wyjaśnia, jak dany utwór powstał, skąd się wziął pomysł albo jak bardzo trzeba się na czymś zafiksować, żeby napisać coś takiego ;)
dym i lustra to moja kolejna pozycja w eksplorowaniu gaimana (tak, wiem, jak to brzmi). tym razem - zupełnie pomieszanie z poplątaniem. opowiadania, na które pomysły przyszły kiedyś, opowiadania pisane do antologii i gazet, wiersze i różne inne formy literackie. niektóre świetne, inne takie sobie, dobre na krótkie trasy autobusowe, gdy często trzeba się odrywać lektury. i - co mi podobało się najbardziej - wszystko z komentarzem autora, który wyjaśnia, jak dany utwór powstał, skąd się wziął pomysł albo jak bardzo trzeba się na czymś zafiksować, żeby napisać coś takiego ;)
z dziennikami pilcha mam problem. a konkretnie z bardzo świeżym drugim dziennikiem. ale o tym za moment. jestem po tej stronie mocy, która pilcha uwielbia i uważa za mistrza, a podczas czytania niektórych z jego książek zachwyca się co drugim zdaniem i chce je notować w pamięci (oczywiście potem za chwilę zapomina, ale mimo wszystko). dobór słów, styl, ironia, celność spostrzeżeń - po prostu pilchowe love, jakkolwiek to nie zabrzmi. jakiś czas temu pilch wydał swój dziennik, gdzie nareszcie nie fikcja - choćby nie wiem jak autobiograficzna - tylko sama prawda, przemyślenia, codzienne wydarzenia, mistrz (niemalże dosłownie) od kuchni. i pierwszy dziennik jest pilchowski bardzo, recenzje książek, listy od przyjaciół, podróże, komentarze do bieżących wydarzeń - wszystko w standardowym pilchowskim stylu, może trochę więcej chaosu i brak fabuły, ale z czytania przyjemność wielka.
na dniach ukaże się ciąg dalszy - drugi dziennik, który - choć pilchowski nadal, to jednak już zupełnie inny. mistrz kontra choroba, metafizyka, filozofia i wspomnienia. pilchowski styl, ale i nieco smuga cienia, ciszej, bliżej, spokojniej, choć wściekłość też się zdarza. ze względu na wypisy i cytaty na chorobowe i okołozdrowotne tematy jest mi to w jakiś sposób (perwersyjnie?) bliskie, niemniej - trochę boli. po przeczytaniu mam bardzo mieszane uczucia, szczególnie, że oczywiście czytałam obydwa dzienniki jednocześnie. i bardzo, ale to bardzo widać różnicę - nie w stylu, nie w inteligencji, nie w celności, bo to wszystko takie same, ale raczej w tonacji i wymowie. jest smutniej.
ad 2
nadszedł wielce oczekiwany niesamowity dzień pięćdziesiątej rocznicy wyemitowania pierwszego odcinka doctora who. wyspy brytyjskie szalały na ten temat już od dawna (nawet podczas naszego czerwcowego londynu szaleństwo było już zauważalne), u nas raczej nie obiło się to jakimś szerokim echem, ale jednak pojawiło się parę sympatycznych akcentów. tymczasem mam wrażenie, że z neofitki powoli przekształciłam się w whomanistkę pełną gębą i zdecydowanie udzieliła mi się ta wyjątkowa atmosfera. nad samym odcinkiem nie będę się rozwodzić, ale jednak podczas oglądania miałam wrażenie uczestnictwa w czymś raczej niepowtarzalnym. zresztą - podczas tej emisji podobno został pobity rekord, ponieważ jednocześnie na doktorów patrzyło ponad 77 milionów (!!!) ludzi na całym świecie. albo więcej, a ja mam nieaktualne dane ;)
nadal czekają na nas trzy odcinki masters of sex, ale ponieważ oglądamy razem, to w tym miesiącu zabrakło czasu na beztroskie godzinne lenistwa, na które możemy sobie pozwolić jednocześnie z m. (bo że trafiają nam się osobno, to inna sprawa ;)
a w święta będzie świąteczny odcinek doctora. z regeneracją!
i najgorsze i najlepsze to, że będzie też cała trzecia seria sherlocka, na którego czeka się od lat. radość ogromna, bo wreszcie, strach, że coś przekombinują i się odkocham (ale to niemożliwe) i rozpacz, że właśnie w święta, czyli wtedy, kiedy na imprezach rodzinnych o wszystko będzie łatwiej niż o stream bbc... ale jakoś dam radę. znajdę gdzieś, spiracę, wepchnę się komuś do domu, nie wiem, zrobię cokolwiek, bo mnie niecierpliwość rozniesie ;)
co do muzyki w tym miesiącu, to jakoś bardzo mało muzycznie. tym razem wolę ciszę, wyłączam dźwięk w komputerze, wyłączam włączany przez m. telewizor, ciszy i spokoju mi się chce - w końcu to czas na sen zimowy...
a imprezy na zewnątrz... na zewnątrz to jest teraz mokro i zimno i wcale nie chcę tam być. miałam uczestniczyć we wszelakich koncertach jubileuszowych maestro pendereckiego, odczytach, bankietach i innych -ach (laudacjach! serio serio! :). ale jednak antysocjalna leśność zwyciężyła i zamiast czterogodzinnych (!) ciągów muzyki i im podobnych zwijałam się na kanapie z kocem, książką, kotem i herbatą. i mam niejasne i dość prymitywne uczucie, że chyba lepiej na tym wyszłam :P
a przed nami grudzień, który oznacza szaleństwo w mojej pracy takie, jakie tylko w grudniu zdarzyć się może. ale mam już na stanie całe mnóstwo nowych książek, na które ogromny apetyt, a gwiazdka oznacza kolejne mnóstwo nowych książek, więc zamierzam tonąć w książkach i nie przejmować się zimą. i ogląać sherlocka. i jakoś dotrwać do tego nowego roku ;)
na dniach ukaże się ciąg dalszy - drugi dziennik, który - choć pilchowski nadal, to jednak już zupełnie inny. mistrz kontra choroba, metafizyka, filozofia i wspomnienia. pilchowski styl, ale i nieco smuga cienia, ciszej, bliżej, spokojniej, choć wściekłość też się zdarza. ze względu na wypisy i cytaty na chorobowe i okołozdrowotne tematy jest mi to w jakiś sposób (perwersyjnie?) bliskie, niemniej - trochę boli. po przeczytaniu mam bardzo mieszane uczucia, szczególnie, że oczywiście czytałam obydwa dzienniki jednocześnie. i bardzo, ale to bardzo widać różnicę - nie w stylu, nie w inteligencji, nie w celności, bo to wszystko takie same, ale raczej w tonacji i wymowie. jest smutniej.
ad 2
nadszedł wielce oczekiwany niesamowity dzień pięćdziesiątej rocznicy wyemitowania pierwszego odcinka doctora who. wyspy brytyjskie szalały na ten temat już od dawna (nawet podczas naszego czerwcowego londynu szaleństwo było już zauważalne), u nas raczej nie obiło się to jakimś szerokim echem, ale jednak pojawiło się parę sympatycznych akcentów. tymczasem mam wrażenie, że z neofitki powoli przekształciłam się w whomanistkę pełną gębą i zdecydowanie udzieliła mi się ta wyjątkowa atmosfera. nad samym odcinkiem nie będę się rozwodzić, ale jednak podczas oglądania miałam wrażenie uczestnictwa w czymś raczej niepowtarzalnym. zresztą - podczas tej emisji podobno został pobity rekord, ponieważ jednocześnie na doktorów patrzyło ponad 77 milionów (!!!) ludzi na całym świecie. albo więcej, a ja mam nieaktualne dane ;)
nadal czekają na nas trzy odcinki masters of sex, ale ponieważ oglądamy razem, to w tym miesiącu zabrakło czasu na beztroskie godzinne lenistwa, na które możemy sobie pozwolić jednocześnie z m. (bo że trafiają nam się osobno, to inna sprawa ;)
a w święta będzie świąteczny odcinek doctora. z regeneracją!
i najgorsze i najlepsze to, że będzie też cała trzecia seria sherlocka, na którego czeka się od lat. radość ogromna, bo wreszcie, strach, że coś przekombinują i się odkocham (ale to niemożliwe) i rozpacz, że właśnie w święta, czyli wtedy, kiedy na imprezach rodzinnych o wszystko będzie łatwiej niż o stream bbc... ale jakoś dam radę. znajdę gdzieś, spiracę, wepchnę się komuś do domu, nie wiem, zrobię cokolwiek, bo mnie niecierpliwość rozniesie ;)
co do muzyki w tym miesiącu, to jakoś bardzo mało muzycznie. tym razem wolę ciszę, wyłączam dźwięk w komputerze, wyłączam włączany przez m. telewizor, ciszy i spokoju mi się chce - w końcu to czas na sen zimowy...
a imprezy na zewnątrz... na zewnątrz to jest teraz mokro i zimno i wcale nie chcę tam być. miałam uczestniczyć we wszelakich koncertach jubileuszowych maestro pendereckiego, odczytach, bankietach i innych -ach (laudacjach! serio serio! :). ale jednak antysocjalna leśność zwyciężyła i zamiast czterogodzinnych (!) ciągów muzyki i im podobnych zwijałam się na kanapie z kocem, książką, kotem i herbatą. i mam niejasne i dość prymitywne uczucie, że chyba lepiej na tym wyszłam :P
a przed nami grudzień, który oznacza szaleństwo w mojej pracy takie, jakie tylko w grudniu zdarzyć się może. ale mam już na stanie całe mnóstwo nowych książek, na które ogromny apetyt, a gwiazdka oznacza kolejne mnóstwo nowych książek, więc zamierzam tonąć w książkach i nie przejmować się zimą. i ogląać sherlocka. i jakoś dotrwać do tego nowego roku ;)
wtorek, 29 października 2013
strawa na październik
1. książki
- śmierć w amazonii artur domosławski
- kamienna tratwa jose saramago
- igły. polskie agentki, które zmieniły historię marek łuszczyna
- sprawiedliwość owiec leonie swann
2. serialowo
doctor who - seria 7
broadchurch - już do końca
masters of sex - 3 pierwsze odcinki
3. muzyka
missa papae marcelli giovanni pierluigi da palestrina
4. na zewnątrz
koncert symfoniczny sinfonia iuventus - grieg i mussorgski
w tym miesiącu miej niż zazwyczaj, bo - jak już pisałam - ciągle śpię. w nocy śpię, rano śpię, jak tylko wrócę do domu z pracy - śpię i nawet takie domowe banały jak pranie czekają na lepsze czasy... w autobusach śpię, nie śpię tylko w pracy, ale tu z kolei nie bardzo wypada mi czytać (chociaż czasem się udaje ;) ). dlatego mniej - tyle zdołałam, ale za to bardzo ciekawych rzeczy. do tego trochę serialowania, bo w łóżku w przerwach od spania seriale wchodzą łatwiej niż literki ;)))
ad 1
ambitnie zabrałam się za domosławskiego, ale niestety gorączka latynoamerykańska pokonała mnie na całej linii i gdzieś w 1/3 zarzuciłam jej czytanie i odłożyłam na lepsze czasy. całe szczęście śmierć w amazonii okazała się o wiele łatwiejsza do przyswojenia, choć niestety dosyć przykra w odbiorze... trzy obszerne reportaże, w każdym terror i groza, czyta się trochę jak powieść kryminalną, a potem z gęsią skórką uświadamia się sobie, że to jednak wszystko prawda. ogólnie - jest o walce zwykłych ludzi z ogromnymi korporacjami, które potwornie dewastują amazońskie środowisko, a co za tym idzie - niepowtarzalne ekosystemy, zatruwają wodę, od skażeń giną ludzie, a ci, którzy są niewygodni i protestują, są dyskretnie usuwani... brr, zmusza do wielu niewesołych przemyśleń, ale przeczytać warto, bo śmierć... otwiera oczy na rzeczy, o których zazwyczaj nie ma się pojęcia.
kamienna tratwa to książka dziwna i intrygująca. na początku było mi z nią trudno, a potem się zachwyciłam :) sama fabuła jest niesamowita i nieco absurdalna - oto od europy odrywa się półwysep iberyjski i zaczyna sobie swobodnie dryfować (w różne strony ;). światowe rządy nie bardzo wiedzą, co z tym zrobić, władze hiszpanii i portugalii - tym bardziej. tymczasem niektórym z mieszkańców pływającego półwyspu też przytrafiają się dość dziwne rzeczy - ktoś ciągle czuje drżenie ziemi, ktoś zaczyna pruć skarpetkę, a wełna ciągnie się w nieskończoność, za kimś lata stado szpaków... realizm magiczny i ogromna radość, bo uwielbiam takie historie.
przede wszystkim jednak - styl. to jest pierwsza powieść saramago, z jaką się spotkałam, ale po poszperaniu wyczytałam, że styl należy jednak do autora ogólnie, a nie do tej konkretnej jego książki. styl jest... wyjątkowy. bardzo długie zdania, wtrącenia do wtrąceń, ciągi myśli, dialogów, przysłów, powiedzeń, powtórzeń, nawiązań... a wszystko to z alternatywną interpunkcją. i nie tylko ;) podczas czytania na początku zwracałam uwagę głównie na styl, później wciągnęła mnie fabuła i styl przestał przeszkadzać, aż w końcu doceniłam to, że to głównie styl tworzy niezwykłość tej historii, a reszta jest tylko dodatkami. i jeszcze zaspoileruję, że zakończenie wcale nie jest mocne, zamykające i zakończeniowe, o. i jedna część mnie nie wie, co tak naprawdę o tej książce myśleć, a druga - jest zachwycona.
igły trafiły do mnie w zasadzie przypadkiem i nie byłam do tej książki przekonana, bo wszelakie biografizowanie, a w dodatku jeszcze wojenne i o szpiegach to zdecydowanie nie jest to, co interesuje len. ale... okazało się, że książkę czyta się naprawdę świetnie. dziesięć historii, a każda jak osobna powieść czy opowiadanie, z punktu widzenia bohaterki, z dialogami, z szybką akcją... bez przynudzania i historyzownia-histeryzowania. sensacyjne wydarzenia plus świadomość, że są to historie prawdziwe, oparte na dziennikach, notatkach, aktach z archiwów i tak dalej. jak wam kiedyś wpadnie w ręce, to przeczytajcie.
sprawiedliwość owiec to też bardziej przypadek niż mój świadomy wybór, ale i tym razem trafiło mi się coś ciekawego ;) kryminał, historia zbrodni, a wszystko opowiedziane z perspektywy stada owiec, z próbą oddania ich toku myślenia i innych właściwości. owce, którym pasterz dużo czytał (wniosek - czytajcie swoim zwierzętom!), postanawiają same rozwiązać zagadkę. i nawet w pewnym stopniu im się to udaje... może nie jest to jakaś wybitna literatura, ale pomysł intrygujący, na podróż czy poczekalnię w sam raz ;)
ad 2
jak wspomniałam, gdy się leży z kotem i kocem, seriale wchodzą nieco łatwiej niż książki. dlatego udało nam się dooglądać do końca broadchurch (specyficzny, ale dobry!), zakończyłam też moją odyseję z doctorem - teraz pozostały już tylko aktualne odcinki (na które nie mogę się doczekać) oraz... odcinki klasyczne, czyli dobre kilkadziesiąt lat serialu. jest co oglądać ;)
zaczęliśmy też masters of sex, serial, który jest emitowany aktualnie (jak na razie - 4 odcinki). lata '50, jeden z wybitnych lekarzy postanawia zająć się ludzką seksualnością z medycznego punktu widzenia, co jest dość rewolucyjnym pomysłem, bo nikt wcześniej nie podejmował tego tematu. szpital nie chce finansować badań, bo uważa je za nieprzyzwoite, ale doktor masters jest bardzo zdeterminowany... jest ciekawie + przepiękne stroje i scenografia. i kadry. i to, że z historii medycyny wiadomo, że jednak mu się udało ;)
ad 3
mszę szczerze uwielbiam od pierwszego wysłuchania gdzieś w okolicach muzycznej podstawówki. jest absolutnie przepiękna, można się przy niej idealnie wyciszyć i zrelaksować, pomyśleć, medytować, spać ;), zasłuchać się zupełnie. zdenerwowanym na uspokojenie, zestresowanym na relaks, wszystkim innym w każdej innej sytuacji - polecam bardzo!
...i tyle, jeśli chodzi o październik. być może listopad będzie bardziej owocny, chociaż nie gwarantuję - sezon zimowego snu dopiero się powoli rozpoczyna...
- śmierć w amazonii artur domosławski
- kamienna tratwa jose saramago
- igły. polskie agentki, które zmieniły historię marek łuszczyna
- sprawiedliwość owiec leonie swann
2. serialowo
doctor who - seria 7
broadchurch - już do końca
masters of sex - 3 pierwsze odcinki
3. muzyka
missa papae marcelli giovanni pierluigi da palestrina
4. na zewnątrz
koncert symfoniczny sinfonia iuventus - grieg i mussorgski
w tym miesiącu miej niż zazwyczaj, bo - jak już pisałam - ciągle śpię. w nocy śpię, rano śpię, jak tylko wrócę do domu z pracy - śpię i nawet takie domowe banały jak pranie czekają na lepsze czasy... w autobusach śpię, nie śpię tylko w pracy, ale tu z kolei nie bardzo wypada mi czytać (chociaż czasem się udaje ;) ). dlatego mniej - tyle zdołałam, ale za to bardzo ciekawych rzeczy. do tego trochę serialowania, bo w łóżku w przerwach od spania seriale wchodzą łatwiej niż literki ;)))
ad 1
ambitnie zabrałam się za domosławskiego, ale niestety gorączka latynoamerykańska pokonała mnie na całej linii i gdzieś w 1/3 zarzuciłam jej czytanie i odłożyłam na lepsze czasy. całe szczęście śmierć w amazonii okazała się o wiele łatwiejsza do przyswojenia, choć niestety dosyć przykra w odbiorze... trzy obszerne reportaże, w każdym terror i groza, czyta się trochę jak powieść kryminalną, a potem z gęsią skórką uświadamia się sobie, że to jednak wszystko prawda. ogólnie - jest o walce zwykłych ludzi z ogromnymi korporacjami, które potwornie dewastują amazońskie środowisko, a co za tym idzie - niepowtarzalne ekosystemy, zatruwają wodę, od skażeń giną ludzie, a ci, którzy są niewygodni i protestują, są dyskretnie usuwani... brr, zmusza do wielu niewesołych przemyśleń, ale przeczytać warto, bo śmierć... otwiera oczy na rzeczy, o których zazwyczaj nie ma się pojęcia.
kamienna tratwa to książka dziwna i intrygująca. na początku było mi z nią trudno, a potem się zachwyciłam :) sama fabuła jest niesamowita i nieco absurdalna - oto od europy odrywa się półwysep iberyjski i zaczyna sobie swobodnie dryfować (w różne strony ;). światowe rządy nie bardzo wiedzą, co z tym zrobić, władze hiszpanii i portugalii - tym bardziej. tymczasem niektórym z mieszkańców pływającego półwyspu też przytrafiają się dość dziwne rzeczy - ktoś ciągle czuje drżenie ziemi, ktoś zaczyna pruć skarpetkę, a wełna ciągnie się w nieskończoność, za kimś lata stado szpaków... realizm magiczny i ogromna radość, bo uwielbiam takie historie.
przede wszystkim jednak - styl. to jest pierwsza powieść saramago, z jaką się spotkałam, ale po poszperaniu wyczytałam, że styl należy jednak do autora ogólnie, a nie do tej konkretnej jego książki. styl jest... wyjątkowy. bardzo długie zdania, wtrącenia do wtrąceń, ciągi myśli, dialogów, przysłów, powiedzeń, powtórzeń, nawiązań... a wszystko to z alternatywną interpunkcją. i nie tylko ;) podczas czytania na początku zwracałam uwagę głównie na styl, później wciągnęła mnie fabuła i styl przestał przeszkadzać, aż w końcu doceniłam to, że to głównie styl tworzy niezwykłość tej historii, a reszta jest tylko dodatkami. i jeszcze zaspoileruję, że zakończenie wcale nie jest mocne, zamykające i zakończeniowe, o. i jedna część mnie nie wie, co tak naprawdę o tej książce myśleć, a druga - jest zachwycona.
igły trafiły do mnie w zasadzie przypadkiem i nie byłam do tej książki przekonana, bo wszelakie biografizowanie, a w dodatku jeszcze wojenne i o szpiegach to zdecydowanie nie jest to, co interesuje len. ale... okazało się, że książkę czyta się naprawdę świetnie. dziesięć historii, a każda jak osobna powieść czy opowiadanie, z punktu widzenia bohaterki, z dialogami, z szybką akcją... bez przynudzania i historyzownia-histeryzowania. sensacyjne wydarzenia plus świadomość, że są to historie prawdziwe, oparte na dziennikach, notatkach, aktach z archiwów i tak dalej. jak wam kiedyś wpadnie w ręce, to przeczytajcie.
sprawiedliwość owiec to też bardziej przypadek niż mój świadomy wybór, ale i tym razem trafiło mi się coś ciekawego ;) kryminał, historia zbrodni, a wszystko opowiedziane z perspektywy stada owiec, z próbą oddania ich toku myślenia i innych właściwości. owce, którym pasterz dużo czytał (wniosek - czytajcie swoim zwierzętom!), postanawiają same rozwiązać zagadkę. i nawet w pewnym stopniu im się to udaje... może nie jest to jakaś wybitna literatura, ale pomysł intrygujący, na podróż czy poczekalnię w sam raz ;)
ad 2
jak wspomniałam, gdy się leży z kotem i kocem, seriale wchodzą nieco łatwiej niż książki. dlatego udało nam się dooglądać do końca broadchurch (specyficzny, ale dobry!), zakończyłam też moją odyseję z doctorem - teraz pozostały już tylko aktualne odcinki (na które nie mogę się doczekać) oraz... odcinki klasyczne, czyli dobre kilkadziesiąt lat serialu. jest co oglądać ;)
zaczęliśmy też masters of sex, serial, który jest emitowany aktualnie (jak na razie - 4 odcinki). lata '50, jeden z wybitnych lekarzy postanawia zająć się ludzką seksualnością z medycznego punktu widzenia, co jest dość rewolucyjnym pomysłem, bo nikt wcześniej nie podejmował tego tematu. szpital nie chce finansować badań, bo uważa je za nieprzyzwoite, ale doktor masters jest bardzo zdeterminowany... jest ciekawie + przepiękne stroje i scenografia. i kadry. i to, że z historii medycyny wiadomo, że jednak mu się udało ;)
ad 3
mszę szczerze uwielbiam od pierwszego wysłuchania gdzieś w okolicach muzycznej podstawówki. jest absolutnie przepiękna, można się przy niej idealnie wyciszyć i zrelaksować, pomyśleć, medytować, spać ;), zasłuchać się zupełnie. zdenerwowanym na uspokojenie, zestresowanym na relaks, wszystkim innym w każdej innej sytuacji - polecam bardzo!
...i tyle, jeśli chodzi o październik. być może listopad będzie bardziej owocny, chociaż nie gwarantuję - sezon zimowego snu dopiero się powoli rozpoczyna...
poniedziałek, 30 września 2013
strawa na wrzesień
1. książki:
- śmierć pięknych saren pavel ota
- kocia kołyska kurt vonnegut
- gwiezdny pył neil gaiman
- tajemnica lorda listerdale'a aghata christie
- trafny wybór joanne kathleen rowling
- małe kobietki louisa alcott
- dlaczego? dlaczego? dlaczego? 111 zaskakujących pytań i odpowiedzi martin fritz
- krótka historia czasu stephen hawking
- tove jansson: mama muminków boel westin
2. muzyka:
- trafny wybór joanne kathleen rowling
- małe kobietki louisa alcott
- dlaczego? dlaczego? dlaczego? 111 zaskakujących pytań i odpowiedzi martin fritz
- krótka historia czasu stephen hawking
- tove jansson: mama muminków boel westin
2. muzyka:
myśliwiecka artur andrus
3. serialowo:
doctor who - seria 5 i połowa 6 (z 11 doctorem)
broadchurch
4. na zewnątrz:
m. + dzieci :) - którzy aktualnie zaczęli działać pod szyldem żyrardowskie uderzenie
szalone dni muzyki
3. serialowo:
doctor who - seria 5 i połowa 6 (z 11 doctorem)
broadchurch
4. na zewnątrz:
m. + dzieci :) - którzy aktualnie zaczęli działać pod szyldem żyrardowskie uderzenie
szalone dni muzyki
ad 1
śmierć pięknych saren to kolejna z książek polecanych przez mariusza szczygła. opowieść o takim-sobie-zwyczajnym życiu pewnej rodziny czeskich żydów. i o łowieniu ryb. zaczyna się w czasach przedwojennych, kończy na powojennych, a to, że w międzyczasie wojna, holocaust i tak dalej... niby jest. naprawdę jest - są obozy koncentracyjne i cała groza, ale... jakby obok. jakby trzeba się było z tym pogodzić i po czesku żyć dalej, najintensywniej, jak się tylko da. i łowić ryby. jest nieco hrabalowsko, jest tatuś komiwojażer, są dokuczający bracia, są wujowie (łowiący ryby).
książka była pewną formą terapii dla autora, który w pewnym momencie wylądował w szpitalu dla psychicznie chorych, ale nijak nie da się w niej wyczuć jakiejkolwiek depresji - czeskość, czeskość po stokroć! (i łowienie ryb).
z kolei kocia kołyska to klasyka, którą znać trzeba, więc postanowiłam nadrobić braki. i... zostałam zaskoczona. nigdy wcześniej nie wnikałam w fabułę i czytałam z poziomu spoiler-free - i stąd te zaskoczenia, powieść zaczyna się zupełnie zwyczajnie, aż tu nagle, krótkimi, perfekcyjnymi rozdziałami najpierw staje się fantastyką lekko naukową, żeby później rozpętać totalny kataklizm. czytało się świetnie, rozdziałowe poszatkowanie wcale nie przeszkadzało - a wręcz pomagało w nadaniu tempa historii. niemniej - czuję pewien niedosyt i mam wrażenie, że mogło się w tej książce znaleźć jeszcze dużo więcej tego, co gdzieś ledwie muśnięte, zasygnalizowane lub opisane bardzo oszczędnie... ale może właśnie dlatego książka uznawana jest za tak dobrą i ważną, a gdyby cokolwiek do niej dopisać, kompozycja i świetność rozsypałyby się w drobny mak.
gwiezdny pył to kolejne nadrabianie gaimana. tym razem jest pełnowymiarowa baśń, zresztą - bardzo magiczna i piękna, i... bardzo gaimanowska. czyta się lekko i z uśmiechem (czego nie da się powiedzieć o niektórych innych gaimanowskich...), więc polecam na jesienną pochmurność. i eksploruję autora dalej.
na jesienność chciałam sobie zaserwować małą pigułkę z aghaty christie, ale niestety tajemnica lorda listerdale'a nie była dobrym wyborem. okazało się, że jest to zbiór opowiadań, mniej lub bardziej kryminalno-miłosnych historyjek, jakby szkiców do większych dzieł lub wprawek, w których łatwo doszukać się podobnych pomysłów i motywów. czytanie owszem - jak to u christie - szybkie i bezbolesne, ale tym razem potrzebowałam tej staroświeckiej angielskości z krwi i kości, intrygi i charakterów, a dostałam jedynie ołówkowe szkice. (no dobrze, słowo londyn pojawia się tam parę razy i to już wystarcza, żeby mnie ucieszyć, ale niedosyt jest. bardzo dużo niedosytu. w zasadzie sam niedosyt.)
trafny wybór - uwaga, książka zawiera przemoc, narkotyki, depresję, dużo przekleństw, małomiasteczkowość, seks, samookaleczanie, śmierć, hipokryzję, oszczerstwa, zdrady i ogólną beznadzieję. ponadto - świetne charakterystyki postaci, przepiękne posplatanie wątków i to, że wciąga. co prawda sama fabuła nie porwała mnie jakoś bardzo, a niektóre rzeczy wręcz przewidziałam zanim się wydarzyły, to jednak bardzo podobał mi się kunszt żonglerki wszystkimi bohaterami - a jest ich naprawdę dużo i są zdecydowanie trudniejsi do polubienia niż ci znani ze świata magii. niemniej - nie czytajcie tej książki w taką jesienną szarą deszczowość, bo można stracić chęć, ochotę i siłę na cokolwiek.
po tych wszystkich ponurościach postanowiłam przeczytać coś, co będzie pogodne i przyjemne. w ramach postanowienia nadrabiamy klasykę wzięłam się za małe kobietki. i... zalała mnie fala słodyczy, niewinności i dydaktyzmu, i pomyślałam, że bez gorzkiej herbaty i innej książki do przegryzania w międzyczasie nie dam rady. i że jestem już zdecydowanie za stara na takie lektury, ale... potem szło już całkiem nieźle i udało mi się skończyć przed zasłodzeniem całkowitym. niemniej - jako książka przyjemna i pogodna w szaroburość za oknem sprawdziło się w sam raz.
w ramach małej odskoczni w jedno popołudnie połknęłam też dlaczego?... i dowiedziałam się przy tej okazji kilku całkiem interesujących faktów. niektóre pytania były naprawdę dziwaczne i wydawało się, że autor zadaje je tylko po to, żeby pochwalić się jeszcze dziwniejszą odpowiedzią. niektóre rzeczywiście były ciekawe, niektóre oczywiste, a niektóre całkowicie z gatunku wiedzy bezużytecznej. jeśli więc lubicie wiedzę bezużyteczną lub czasopisma jak focus, to książka będzie ok, w innym przypadku - można sobie darować.
ostatnio tak bardzo siedzę w czasoprzestrzennych podróżach, że postanowiłam poczytać sobie trochę o tym z tej zupełnie naukowej strony, jak to jest naprawdę... krótka historia czasu miała być tym, co taki zupełny (i mocno humanistyczny) laik jak len zrozumie.
...i szczerze się przyznaję, że nawet to naprawdę jest dla mnie magią absolutnie czarną (niczym czarne dziury), fantastyką taką samą, jak wszystkie teorie przedstawiane w książkach, filmach i serialach. usiłowałam zrozumieć rozszerzanie się wszechświata, kwarki, białe karły, teorię strun, antygrawitację, początki i końce kosmosu, i określenie dziesięciu, a nie jedynie czterech wymiarów. mam wrażenie, że trochę mi się rozjaśniło w głowie, a jednocześnie zaplątało jeszcze bardziej - najwidoczniej mój umysł jest zupełnie odporny na fizykę i jej wszystkie kwantowe i astronomiczne odmiany. i nawet, jeśli teraz już mniej więcej wiem, jak to jest z tym czasem i przestrzenią, to nie jestem tego w stanie objąć swoim pojmowaniem, wszystko to brzmi dla mnie jak kolejna z opowiadanych fikcyjnych fabuł i historii. bajka o czasie. i gdybyście poprosili mnie o jakiekolwiek streszczenie tego, co wyczytałam i czym jest czas i przestrzeń, to mogłabym jedynie powtórzyć za doktorem - big ball of wibbily wobbly timey wimey stuff. i tyle.
mama muminków to wielka księga, pięknie wydana, z masą zdjęć, rysunków, reprintów listów i tym podobnych. opowiada o tove, która - wbrew pozorom - była przede wszystkim malarką, a pisarką została zupełnie przy okazji, co się później na niej zemściło - w pewnym momencie miała już zdecydowanie dość muminków, które zmieniły ją w autorkę dla dzieci. można poczytać o zmaganiach w malarskich akademiach, o stosunkach rodzinnych, marzeniach o własnej wyspie, muminkowych genezach, lepszych i gorszych czasach, a także o wszelkich miłościach tove. można powiedzieć, że to dzieło dość monumentalne, więc na czytanie trzeba poświęcić trochę czasu i uwagi, a i tak najlepiej dozować sobie ten tekst co jakiś czas. dla mnie - zafascynowanej światem stworzonym przez tove, ale także jej ilustracjami z alicji w krainie czarów czy hobbita była to bardzo interesująca lektura, a tove okazała się jeszcze bardziej taka, za jaką ją miałam ;) jeśli chcecie pogłębić swoją wiedzę o muminkach lub ich mamie - polecam.
ad 2
myśliwiecka trafiła do naszego samochodowego odtwarzacza podczas podróży po nigdziebądź i... już tam została :) i zastanawiamy się, jak to się stało, że trafiła tam tak późno. muzycznie świetna, tekstowo - bardzo andrusowo, wokalnie... cóż, również andrusowo :) piosenkę o zakładaniu chórów m. podśpiewuje już niemalże podświadomie, a to, że gołąbki same się poduszą śpiewamy obydwoje :)
ad 3
z jedenastym doctorem miałam na początku problem, ale już się przyzwyczaiłam i serialowość idzie dalej, szczególnie, że w tych seriach zdjęcia są absolutnie przepiękne, kompozycje kadrów mile łaskoczą moje najgłębsze poczucie estetyki... ale to jednak nie dziesiąty doktor...
...niemniej - żeby za bardzo się z tennantem nie rozstawać, zaczęliśmy oglądać broadchurch. oczywiście pan wspominany występuje tu w roli bardzo innej, ale też jest pięknie. powolna, nieco zamglona narracja świetnie oddaje klimat sennego nadmorskiego miasteczka, kadry i gra światłem również są przepiękne i pomimo niezbyt przyjemnego tematu ogląda mi się to bardzo przyjemnie.
m. też się wkręcił i oglądamy razem :)
ad 4
jakby kiedyś rzuciło wam się w oczy żyrardowskie uderzenie (nazwa powstała ot tak, może trochę przez prasę, proszę nie ciskać gromów, nikt konkretny nie jest za nią odpowiedzialny ;) - to wiedzcie, że zawsze polecam. dzieciaki (mocno nastoletnie) bardzo się już wyrobiły, pracują ciężko, perkusyjnie wymiatają rewelacyjnie. a poza tym, to są fajni ;)
a szalone dni muzyki jak zawsze zmuszają do chwilowego zamieszkania (i zamieszania) w operze, ale to są bardzo przyjemne dni. uwielbiam ten klimat, ten rozgardiasz, to, że można biegać z koncertową rozpiską i posłuchać tyle dobrej muzyki przez dwa dni, że wystarczy przynajmniej na połowę burej i deszczowej jesieni.
tradycyjnie jeszcze zapowiedź: 10 października, czwartek, studio s1 polskiego radia, godzina 18. sinfonia iuventus gra koncert fortepianowy griega i obrazki z wystawy. będzie fajnie :)
gwiezdny pył to kolejne nadrabianie gaimana. tym razem jest pełnowymiarowa baśń, zresztą - bardzo magiczna i piękna, i... bardzo gaimanowska. czyta się lekko i z uśmiechem (czego nie da się powiedzieć o niektórych innych gaimanowskich...), więc polecam na jesienną pochmurność. i eksploruję autora dalej.
na jesienność chciałam sobie zaserwować małą pigułkę z aghaty christie, ale niestety tajemnica lorda listerdale'a nie była dobrym wyborem. okazało się, że jest to zbiór opowiadań, mniej lub bardziej kryminalno-miłosnych historyjek, jakby szkiców do większych dzieł lub wprawek, w których łatwo doszukać się podobnych pomysłów i motywów. czytanie owszem - jak to u christie - szybkie i bezbolesne, ale tym razem potrzebowałam tej staroświeckiej angielskości z krwi i kości, intrygi i charakterów, a dostałam jedynie ołówkowe szkice. (no dobrze, słowo londyn pojawia się tam parę razy i to już wystarcza, żeby mnie ucieszyć, ale niedosyt jest. bardzo dużo niedosytu. w zasadzie sam niedosyt.)
trafny wybór - uwaga, książka zawiera przemoc, narkotyki, depresję, dużo przekleństw, małomiasteczkowość, seks, samookaleczanie, śmierć, hipokryzję, oszczerstwa, zdrady i ogólną beznadzieję. ponadto - świetne charakterystyki postaci, przepiękne posplatanie wątków i to, że wciąga. co prawda sama fabuła nie porwała mnie jakoś bardzo, a niektóre rzeczy wręcz przewidziałam zanim się wydarzyły, to jednak bardzo podobał mi się kunszt żonglerki wszystkimi bohaterami - a jest ich naprawdę dużo i są zdecydowanie trudniejsi do polubienia niż ci znani ze świata magii. niemniej - nie czytajcie tej książki w taką jesienną szarą deszczowość, bo można stracić chęć, ochotę i siłę na cokolwiek.
po tych wszystkich ponurościach postanowiłam przeczytać coś, co będzie pogodne i przyjemne. w ramach postanowienia nadrabiamy klasykę wzięłam się za małe kobietki. i... zalała mnie fala słodyczy, niewinności i dydaktyzmu, i pomyślałam, że bez gorzkiej herbaty i innej książki do przegryzania w międzyczasie nie dam rady. i że jestem już zdecydowanie za stara na takie lektury, ale... potem szło już całkiem nieźle i udało mi się skończyć przed zasłodzeniem całkowitym. niemniej - jako książka przyjemna i pogodna w szaroburość za oknem sprawdziło się w sam raz.
w ramach małej odskoczni w jedno popołudnie połknęłam też dlaczego?... i dowiedziałam się przy tej okazji kilku całkiem interesujących faktów. niektóre pytania były naprawdę dziwaczne i wydawało się, że autor zadaje je tylko po to, żeby pochwalić się jeszcze dziwniejszą odpowiedzią. niektóre rzeczywiście były ciekawe, niektóre oczywiste, a niektóre całkowicie z gatunku wiedzy bezużytecznej. jeśli więc lubicie wiedzę bezużyteczną lub czasopisma jak focus, to książka będzie ok, w innym przypadku - można sobie darować.
ostatnio tak bardzo siedzę w czasoprzestrzennych podróżach, że postanowiłam poczytać sobie trochę o tym z tej zupełnie naukowej strony, jak to jest naprawdę... krótka historia czasu miała być tym, co taki zupełny (i mocno humanistyczny) laik jak len zrozumie.
...i szczerze się przyznaję, że nawet to naprawdę jest dla mnie magią absolutnie czarną (niczym czarne dziury), fantastyką taką samą, jak wszystkie teorie przedstawiane w książkach, filmach i serialach. usiłowałam zrozumieć rozszerzanie się wszechświata, kwarki, białe karły, teorię strun, antygrawitację, początki i końce kosmosu, i określenie dziesięciu, a nie jedynie czterech wymiarów. mam wrażenie, że trochę mi się rozjaśniło w głowie, a jednocześnie zaplątało jeszcze bardziej - najwidoczniej mój umysł jest zupełnie odporny na fizykę i jej wszystkie kwantowe i astronomiczne odmiany. i nawet, jeśli teraz już mniej więcej wiem, jak to jest z tym czasem i przestrzenią, to nie jestem tego w stanie objąć swoim pojmowaniem, wszystko to brzmi dla mnie jak kolejna z opowiadanych fikcyjnych fabuł i historii. bajka o czasie. i gdybyście poprosili mnie o jakiekolwiek streszczenie tego, co wyczytałam i czym jest czas i przestrzeń, to mogłabym jedynie powtórzyć za doktorem - big ball of wibbily wobbly timey wimey stuff. i tyle.
mama muminków to wielka księga, pięknie wydana, z masą zdjęć, rysunków, reprintów listów i tym podobnych. opowiada o tove, która - wbrew pozorom - była przede wszystkim malarką, a pisarką została zupełnie przy okazji, co się później na niej zemściło - w pewnym momencie miała już zdecydowanie dość muminków, które zmieniły ją w autorkę dla dzieci. można poczytać o zmaganiach w malarskich akademiach, o stosunkach rodzinnych, marzeniach o własnej wyspie, muminkowych genezach, lepszych i gorszych czasach, a także o wszelkich miłościach tove. można powiedzieć, że to dzieło dość monumentalne, więc na czytanie trzeba poświęcić trochę czasu i uwagi, a i tak najlepiej dozować sobie ten tekst co jakiś czas. dla mnie - zafascynowanej światem stworzonym przez tove, ale także jej ilustracjami z alicji w krainie czarów czy hobbita była to bardzo interesująca lektura, a tove okazała się jeszcze bardziej taka, za jaką ją miałam ;) jeśli chcecie pogłębić swoją wiedzę o muminkach lub ich mamie - polecam.
ad 2
myśliwiecka trafiła do naszego samochodowego odtwarzacza podczas podróży po nigdziebądź i... już tam została :) i zastanawiamy się, jak to się stało, że trafiła tam tak późno. muzycznie świetna, tekstowo - bardzo andrusowo, wokalnie... cóż, również andrusowo :) piosenkę o zakładaniu chórów m. podśpiewuje już niemalże podświadomie, a to, że gołąbki same się poduszą śpiewamy obydwoje :)
ad 3
z jedenastym doctorem miałam na początku problem, ale już się przyzwyczaiłam i serialowość idzie dalej, szczególnie, że w tych seriach zdjęcia są absolutnie przepiękne, kompozycje kadrów mile łaskoczą moje najgłębsze poczucie estetyki... ale to jednak nie dziesiąty doktor...
...niemniej - żeby za bardzo się z tennantem nie rozstawać, zaczęliśmy oglądać broadchurch. oczywiście pan wspominany występuje tu w roli bardzo innej, ale też jest pięknie. powolna, nieco zamglona narracja świetnie oddaje klimat sennego nadmorskiego miasteczka, kadry i gra światłem również są przepiękne i pomimo niezbyt przyjemnego tematu ogląda mi się to bardzo przyjemnie.
m. też się wkręcił i oglądamy razem :)
ad 4
jakby kiedyś rzuciło wam się w oczy żyrardowskie uderzenie (nazwa powstała ot tak, może trochę przez prasę, proszę nie ciskać gromów, nikt konkretny nie jest za nią odpowiedzialny ;) - to wiedzcie, że zawsze polecam. dzieciaki (mocno nastoletnie) bardzo się już wyrobiły, pracują ciężko, perkusyjnie wymiatają rewelacyjnie. a poza tym, to są fajni ;)
a szalone dni muzyki jak zawsze zmuszają do chwilowego zamieszkania (i zamieszania) w operze, ale to są bardzo przyjemne dni. uwielbiam ten klimat, ten rozgardiasz, to, że można biegać z koncertową rozpiską i posłuchać tyle dobrej muzyki przez dwa dni, że wystarczy przynajmniej na połowę burej i deszczowej jesieni.
tradycyjnie jeszcze zapowiedź: 10 października, czwartek, studio s1 polskiego radia, godzina 18. sinfonia iuventus gra koncert fortepianowy griega i obrazki z wystawy. będzie fajnie :)
wtorek, 27 sierpnia 2013
strawa na sierpień
1. książki
- opowieść olivera erich segal
- cmentarz w pradze umberto eco
- paranormalność richard wiseman
- cmentarz w pradze umberto eco
- paranormalność richard wiseman
- gottland mariusz szczygieł
- zrób sobie raj mariusz szczygieł
- zrób sobie raj mariusz szczygieł
- laska nebeska mariusz szczygieł
- kapryśne lato vladislav vančura
- kobieta trzydziestoletnia honore de balzac
- kościół dla średnio zaawansowanych szymon hołownia
- nigdziebądź neil gaiman
- nothing hill richard curtis
- noc w bibliotece aghata christie
- czarna kawa aghata christie
- doktor jekyll i pan hyde robert louis stevenson
- zapachy miast dawid rosenbaum
2. muzyka
- ponownie jordi savall - armenian spirit
- oraz balkan spirit tegoż
- memoryhouse
3. serialowo
- doctor who - serie 3 i 4 (z 10 doktorem)
- kobieta trzydziestoletnia honore de balzac
- kościół dla średnio zaawansowanych szymon hołownia
- nigdziebądź neil gaiman
- nothing hill richard curtis
- noc w bibliotece aghata christie
- czarna kawa aghata christie
- doktor jekyll i pan hyde robert louis stevenson
- zapachy miast dawid rosenbaum
2. muzyka
- ponownie jordi savall - armenian spirit
- oraz balkan spirit tegoż
- memoryhouse
3. serialowo
- doctor who - serie 3 i 4 (z 10 doktorem)
ad. 1
jakoś tak wyszło, że w tym miesiącu sporo lektur. i przyznam się, że mam rozpoczęte jeszcze trzy inne książki, ale o nich wspomnę już we wrześniu ;)
jakoś tak wyszło, że w tym miesiącu sporo lektur. i przyznam się, że mam rozpoczęte jeszcze trzy inne książki, ale o nich wspomnę już we wrześniu ;)
opowieść olivera jest kontynuacją love story, więc po połknięciu
pierwszej opowiastki sięgnęłam po kolejną - szczególnie, że miała format
odpowiedni do przeczytania na jednorazowej trasie jezioro - koniec
świata - jezioro. przeczytałam i... cóż, jest to historia znacznie
gorsza niż love story, brakuje jej świeżości pierwszej części, brakuje
jej jakiegoś głębszego spojrzenia na wszystko - bohaterów, świat, samą
fabułę, brakuje jej języka... dużo jej brakuje. a to, co w love story
dało się przełknąć, tutaj już niestety trochę razi, dlatego nawet nie wiem,
czy mogę zaliczyć tę książkę do literatury ogródkowej. dałabym jej
kategorię plażowej - kiedy z gorąca nie chce się myśleć i trzeba czegoś
bardzo lekkiego. albo poczekalniowej - w kolejce do dentysty, gdy stres
i odgłosy z gabinetu nieco zaburzają przyswajanie treści ;)
spiski, jezuici, żydzi, masoneria, nieustanne szpiegowanie i knucie, satanizm, objawienia, zabójstwa, problemy z tożsamością, zaniki pamięci... składniki niemalże idealne do stworzenia zagmatwanej i intrygującej powieści. cmentarz w pradze zagmatwany owszem, jest, ale nie wiem, czy określiłabym tę książkę jako intrygującą... eco pisze bardzo intelektualnie i erudycyjnie, co sprawia, że trzeba nieźle nagimnastykować się umysłem, aby podążać za fabułą, intrygą, wszystkimi nazwiskami i wydarzeniami. (zresztą - autor jest tego świadomy, bo na końcu mamy odpowiednią tabelkę z gatunku podumowująco-komparara ;) na pewno nie jest to literatura ogródkowa, łatwa, lekka i przyjemna, niemniej - przy odpowiedniej dozie koncentracji wciąga i okazuje się być interesująca. bo jak inaczej określić przyglądanie się całemu zasupłanemu procesowi, który sprawił, że nawet współcześnie są tacy, co za wszystko winią żydów i masonów?
wśród moich lektur oczywiście i teraz nie mogło zabraknąć książki o mózgu i jego funkcjonowaniu - tym razem w kontekście zjawisk paranormalnych. jak to naprawdę jest z tymi duchami, telekinezą, telepatią, przewidywaniem przeszłości i tak dalej? oczywiście wszystko siedzi w nas samych (jak zawsze :). książkę czyta się świetnie i szczerze ją wam polecam - przytoczone jest dużo przykładów i autentycznych historii, mnóstwo naukowych badań i analiz, ale przede wszystkim są zabawy i eksperymenty, które można przeprowadzić na sobie podczas czytania, a także szczegółowe instrukcje jak np. wywoływać duchy, wróżyć z ręki i wychodzić poza ciało. podczas czytania rewelacyjnie się bawiłam i zamierzam poszukać innych książek autora paranormalności, bo okazuje się, że jest ich sporo (traktujących o wielu innych intrygujących tematach i zjawiskach). znów też dowiedziałam się też co nieco o psychologii, działaniu mózgu i innych dziwnych ludzkich mechanizmach (chociaż to, że wahadełko huśtające się i kręcące się jak szalone w moich dłoniach mocno ściemnia, zauważyłam sama już dawno ;) i naprawdę chciałabym kiedyś zorganizować seans z chodzącym stolikiem :)
będzie niesprawiedliwie i uogólniająco - przyznaję się bez bicia, że brytyjczyków uważam za nieco dziwnych. jednak jest to dziwność cudowna, urocza i szalenie sympatyczna, w odróżnieniu np. od wyczuwanej przeze mnie dziwności-inności szwedów, której się boję i z którą nie potrafię sobie poradzić w bezpośrednich kontaktach z wspomnianymi. tymczasem trzy reportażowe książki mariusza szczygła odkrywają całe bogactwo dziwności czeskiej, która - przynajmniej dla mnie - okazuje się dziwnością oswojoną, radosną, bardzo specyficzną, ale i w jakiś sposób pokrewną mojemu postrzeganiu świata. czesi są inni. czesi są... tak bardzo czescy :) ta czeskość jest pewnego rodzaju fenomenem, który szczygieł fenomenalnie prezentuje, przedstawia, w który się zagłębia, ale którego nie próbuje wyjaśniać, bo nic tu do wyjaśniania nie ma - czesi są czescy i już.
reportaże z gottlandu i zrób sobie raj czyta się świetnie, wciągają, fascynują i wciąż chce się więcej. trzecia książka - laska nebeska - jest zbiorem felietonów, wstępów do kolejnych tomów w serii dzieł literatury czeskiej wydawanej kiedyś przez gazetę wyborczą - dany utwór jest jednak zawsze tylko pretekstem, trampoliną, od której można się odbić i poszybować w czeskość. wszystkie trzy tomy bardzo polecam, a polecenie z laski nebeskiej poskutkowało tym, że przeczytałam kapryśne lato...
...a kapryśne lato to wolno snująca się opowiastka o małym, nieco sennym czeskim miasteczku krokove vary [:D], do którego pewnego dnia przyjeżdża wóz z dwójką cyrkowców... historyjka jest krótka, ale rewelacyjnie się ją powoli smakuje, zdania typu miasto o architekturze wątpliwej wartości i dobrej zdrowotności albo ten rodzaj lata [...] wydaje mi się nieco niefortunny zdarzają się tu co chwilę i bardzo cieszą. i książka jest niesamowicie sympatyczna, jeśli potraktuje się ją właśnie jako taką bombonierkę z różnorodnymi cukierkami, które trzeba powoli smakować - czytanie jednym ciągiem dla fabuły czy akcji skutecznie tę przyjemność tu zabije i sprawi, że - jak to określiła jedna ze znajomych mojego brata - będzie to tylko bardzo pseudointelektualne pitolenie bądź też pitolenie bardzo wzniośle poetyckim językiem o pierdołach ;)
i jeszcze - w moim wydaniu tłumacz we wstępie mówi, że bardzo przeprasza, i że on starał się, jak tylko mógł, ale ta pozycja jest nieprzetłumaczalna :]
kobieta trzydziestoletnia... postanowiłam przeczytać, bo wiecie, hm, powoli zaczynam coraz bardziej pasować... i tak sobie przez tego balzaca płynę i rozczula mnie zupełnie. towarzyszymy pewnej kobiecie od nastoletniości aż po starość (czyli nie tylko w momencie jej trzydziestki), a po drodze trafia się jej wszystko, co się tylko może przydarzyć (oczywiście z zastrzeżeniem, że małżeństwo to jedno z najgorszych, w co się mogła wpakować, a mąż jest burak i do tego kretyn ;). i jest i młody (niedoszły) kochanek, i macierzyński dramat, i choroby, i śmierci, jest nawet napad i są piraci (!!!). dla biednej, niezrozumianej i siedzącej samej w domu kobiety trzydziestoletniej za czasów balzaca - balsam dla duszy.
i jeszcze warto zwrócić uwagę, że w powieściowych czasach kobieta trzydziestoletnia to jest ta, która nie jest młoda (a wręcz jest już stara), kawał życia przeżyła, doświadczyła mnóstwa rzeczy, jest (nieszczęśliwą) żona i matką i w ogóle już chce umrzeć. ot co.
gaimana przeczytałam do tej pory mało i właśnie nadrabiam. i za każdym razem czytam, uznaję, że to jest straszne, okropne i w ogóle nie lubię takiej literatury, po czym czytam dalej. po czym nie mogę się oderwać. po czym stwierdzam, że jak to, już się skończyło?
zgodnie z tym schematem nigdziebądź z londynem pod i jego wszelakimi okropnościami jest straszne (w mnogim tego słowa znaczeniu) i wciąga (tylko nie dajcie się wciągnąć za bardzo. i uważajcie na drzwi).
[a to, że jestem dość na świeżo z londyńskim metrem, tylko pogłębiało radość z historii. i grozę.]
nothing hill.. scenariusz zapisany w formie książki. obejrzyjcie film i zapomnijcie, że na jego temat zostało stworzone cokolwiek papierowego, dobrze wam radzę ;)
[a dlaczego w ogóle się za to wzięłam? otóż pewnego dnia m. wstał o jakiejś barbarzyńskiej godzinie i oczywiście mnie obudził, a jak w okolicach 6 rano stało się dla mnie jasne, że nadziei na spanie nie mam już żadnych, zrobiłam sobie sojowe latte i zasiadłam oglądać kolejny odcinek doctora who. traf chciał, że był to odcinek totalnie rozwalający emocjonalnie, dlatego potem, w drodze do pracy, potrzebowałam czegoś lekkiego do autobusu, co pozwoliłoby mi się poskładać z powrotem. i rzeczywiście było lekkie, ale proszę - nie bierzcie papierowego nothing hill do ręki.]
z kolei po obejrzeniu doktorowego the unicorn and the wasp (swoją drogą - bardzo mi ten odcinek przypadł do gustu :) nabrałam ochoty na aghatę christie i złapałam się za to, co akurat miałam pod ręką. noc w bibliotece jest z serii z panną marple, czarna kawa - z herkulesem poirot. zawsze wolałam te z herculesem... i wśród tych dwóch kawa... jest zdecydowanie lepsza. a christie jak to christie, są poplątania, jest dużo szczegółów, jest coś, o czym nie wiemy i jest dużo mojej ulubionej angielskości. absolutnie nie są to arcydzieła literatury, ale przecież o to tu chodzi, że wcale być nie muszą ;)
zapachy miast... z tą książką mam trochę problem. z jednej strony wszystko jest w porządku i w dodatku bardzo moje - podróże, dużo nowych miejsc, a wszystko opisywane przez pryzmat zapachów, smaków i kolorów. i w dodatku krótkimi tekstami, luźno powiązanymi refleksjami i zapisami wrażeń. z moim nadwrażliwym węchem doskonale rozumiem autora i czuję z nim niemalże jakieś siostrzano-braterskie porozumienie w tej zapachowej przypadłości (która przecież w jakiś sposób wpływa na jakość życia), a długość i styl tekstów też są mi dziwnie bliskie. w związku z tym powinnam książka się zachwycić i przyjąć jako jedną z bardzo moich, zrozumieć w pełni i tak dalej... a niestety nic takiego się nie stało. co prawda czytałam z zainteresowaniem, ale nie porwało mnie to w żaden sposób. ot, taki sobie blog, który radośnie czytałabym przy porannej herbacie, ale jako książka widzi mi się to już o wiele mniej.
(z drugiej strony - wobec własnych tekstów skrobanych gdzieś w ukryciu mam zdecydowanie, oj, zdecydowanie! gorsze odczucia, więc w tej naszej naprędce skonstruowanej wspólnocie rosenbaum wychodzi jednak o wiele wiele lepiej :P)
doktor jekyll i pan hyde to świetna nowelka, która idealnie nadaje się do czytania w poczekalni u lekarza (chociaż z innych względów niż wspominana na początku wpisu literatura poczekalniowa). historię na pewno znacie, ale warto zapoznać się ze źródłem - dobrze napisane, jest zima, jest groza, byłe prosektorium i tajemnice, no i londyn... ^^ i połkniecie w czasie jednego czekania (a że lekarzy wam wcale nie życzę, to dodam, że książka nadaje się również do czytania w każdym innym miejscu :)
ad.2
armenian spirit znów, bo to taka dobra muzyka... a do kolekcji dołączył balkan spirit, który jest mniej melancholijny, a bardziej dziki i świetnie taneczny, chociaż i tam nie brakuje pięknych lirycznych momentów. polecam bardzo, zresztą - jordiego i hesperionów polecam wszystko jak leci, w ciemno ;)
a memoryhouse właśnie podrzucił mi brat. i nie wiem o nich jeszcze nic poza tym, że to jest bardzo, bardzo dobra muzyka na wczesną jesień.
ad.3
doctor. DOCTOR. wpadłam po uszy, zakochałam się w tym wcieleniu doktora (i przy okazji w tennancie), obejrzałam wszystkie dodatki z wszystkich dvd, a na koniec wpadłam w mentalną żałobę po dziesiątym, którą muszę sobie spokojnie przedumać, zanim zacznę oglądać kolejne serie z jedenastym. cóż, przecież wiedziałam, że to się tak skończy... poza tym - dużo różnych przemyśleń, o których już wspominałam, samotność, małość, ale i różne dziwne strachy. i nieustanny podziw dla wyobraźni scenarzystów ;)
(+ tennant. i perspektywa broadchurch, blackpool oraz innych. a także jeszcze innych z panem cumberbumber. coś czuję, że to może być najbardziej serialowa jesień i zima w moim życiu).
ad.4, którego nie było
tym razem, pomimo wszelkiej sierpniowej obfitości wydarzeń moje na zewnątrz ograniczyło się do spotkań czysto towarzyskich (choć oczywiście również bardzo kulturalnych ;), leśnych, ogniskowych i rodzinnych. jednak tradycyjnie już zapowiem dobre rzeczy w przyszłym miesiącu:
6 września w centrum kultury w rawie mazowieckiej m. gra ze swoimi dziećmi muzykę filmową oraz utwory na pudełka, zapalniczki, łyżki i tym podobne - bardzo to sympatyczne i serdecznie zapraszam.
a od 27 do 29 września trwają szalone dni muzyki i to już traktujcie jako pozycję obowiązkową (!!!). w ciągu tych trzech dni w operze narodowej będzie mnóstwo koncertów w świetnych wykonaniach, koncerty krótkie - tak po 40 minut, a maksymalnie trochę ponad godzinę, można spokojnie pójść na kilka jednego dnia, bo będą od rana do wieczora nieustannie. jakby tego było mało, to w tym roku jest naprawdę rewelacyjny repertuar - muzyka francuska i hiszpańska (same chwytliwe kawałki ;), a bilety w cenach 5, 7 i 10 zł. szczegółowy program pojawi się na zalinkowanej stronie lada dzień (a jak ktoś jest bardzo dociekliwy, to już jest, tylko trzeba trochę pogrzebać), rezerwacja biletów od 1 września, zatem - zerkać, zamawiać i do kultury marsz! :)
[a mnie spotkacie tam na pewno na wszystkich - chyba trzech - koncertach granych przez iuve oraz być może na różnych innych :)]
spiski, jezuici, żydzi, masoneria, nieustanne szpiegowanie i knucie, satanizm, objawienia, zabójstwa, problemy z tożsamością, zaniki pamięci... składniki niemalże idealne do stworzenia zagmatwanej i intrygującej powieści. cmentarz w pradze zagmatwany owszem, jest, ale nie wiem, czy określiłabym tę książkę jako intrygującą... eco pisze bardzo intelektualnie i erudycyjnie, co sprawia, że trzeba nieźle nagimnastykować się umysłem, aby podążać za fabułą, intrygą, wszystkimi nazwiskami i wydarzeniami. (zresztą - autor jest tego świadomy, bo na końcu mamy odpowiednią tabelkę z gatunku podumowująco-komparara ;) na pewno nie jest to literatura ogródkowa, łatwa, lekka i przyjemna, niemniej - przy odpowiedniej dozie koncentracji wciąga i okazuje się być interesująca. bo jak inaczej określić przyglądanie się całemu zasupłanemu procesowi, który sprawił, że nawet współcześnie są tacy, co za wszystko winią żydów i masonów?
wśród moich lektur oczywiście i teraz nie mogło zabraknąć książki o mózgu i jego funkcjonowaniu - tym razem w kontekście zjawisk paranormalnych. jak to naprawdę jest z tymi duchami, telekinezą, telepatią, przewidywaniem przeszłości i tak dalej? oczywiście wszystko siedzi w nas samych (jak zawsze :). książkę czyta się świetnie i szczerze ją wam polecam - przytoczone jest dużo przykładów i autentycznych historii, mnóstwo naukowych badań i analiz, ale przede wszystkim są zabawy i eksperymenty, które można przeprowadzić na sobie podczas czytania, a także szczegółowe instrukcje jak np. wywoływać duchy, wróżyć z ręki i wychodzić poza ciało. podczas czytania rewelacyjnie się bawiłam i zamierzam poszukać innych książek autora paranormalności, bo okazuje się, że jest ich sporo (traktujących o wielu innych intrygujących tematach i zjawiskach). znów też dowiedziałam się też co nieco o psychologii, działaniu mózgu i innych dziwnych ludzkich mechanizmach (chociaż to, że wahadełko huśtające się i kręcące się jak szalone w moich dłoniach mocno ściemnia, zauważyłam sama już dawno ;) i naprawdę chciałabym kiedyś zorganizować seans z chodzącym stolikiem :)
będzie niesprawiedliwie i uogólniająco - przyznaję się bez bicia, że brytyjczyków uważam za nieco dziwnych. jednak jest to dziwność cudowna, urocza i szalenie sympatyczna, w odróżnieniu np. od wyczuwanej przeze mnie dziwności-inności szwedów, której się boję i z którą nie potrafię sobie poradzić w bezpośrednich kontaktach z wspomnianymi. tymczasem trzy reportażowe książki mariusza szczygła odkrywają całe bogactwo dziwności czeskiej, która - przynajmniej dla mnie - okazuje się dziwnością oswojoną, radosną, bardzo specyficzną, ale i w jakiś sposób pokrewną mojemu postrzeganiu świata. czesi są inni. czesi są... tak bardzo czescy :) ta czeskość jest pewnego rodzaju fenomenem, który szczygieł fenomenalnie prezentuje, przedstawia, w który się zagłębia, ale którego nie próbuje wyjaśniać, bo nic tu do wyjaśniania nie ma - czesi są czescy i już.
reportaże z gottlandu i zrób sobie raj czyta się świetnie, wciągają, fascynują i wciąż chce się więcej. trzecia książka - laska nebeska - jest zbiorem felietonów, wstępów do kolejnych tomów w serii dzieł literatury czeskiej wydawanej kiedyś przez gazetę wyborczą - dany utwór jest jednak zawsze tylko pretekstem, trampoliną, od której można się odbić i poszybować w czeskość. wszystkie trzy tomy bardzo polecam, a polecenie z laski nebeskiej poskutkowało tym, że przeczytałam kapryśne lato...
...a kapryśne lato to wolno snująca się opowiastka o małym, nieco sennym czeskim miasteczku krokove vary [:D], do którego pewnego dnia przyjeżdża wóz z dwójką cyrkowców... historyjka jest krótka, ale rewelacyjnie się ją powoli smakuje, zdania typu miasto o architekturze wątpliwej wartości i dobrej zdrowotności albo ten rodzaj lata [...] wydaje mi się nieco niefortunny zdarzają się tu co chwilę i bardzo cieszą. i książka jest niesamowicie sympatyczna, jeśli potraktuje się ją właśnie jako taką bombonierkę z różnorodnymi cukierkami, które trzeba powoli smakować - czytanie jednym ciągiem dla fabuły czy akcji skutecznie tę przyjemność tu zabije i sprawi, że - jak to określiła jedna ze znajomych mojego brata - będzie to tylko bardzo pseudointelektualne pitolenie bądź też pitolenie bardzo wzniośle poetyckim językiem o pierdołach ;)
i jeszcze - w moim wydaniu tłumacz we wstępie mówi, że bardzo przeprasza, i że on starał się, jak tylko mógł, ale ta pozycja jest nieprzetłumaczalna :]
kobieta trzydziestoletnia... postanowiłam przeczytać, bo wiecie, hm, powoli zaczynam coraz bardziej pasować... i tak sobie przez tego balzaca płynę i rozczula mnie zupełnie. towarzyszymy pewnej kobiecie od nastoletniości aż po starość (czyli nie tylko w momencie jej trzydziestki), a po drodze trafia się jej wszystko, co się tylko może przydarzyć (oczywiście z zastrzeżeniem, że małżeństwo to jedno z najgorszych, w co się mogła wpakować, a mąż jest burak i do tego kretyn ;). i jest i młody (niedoszły) kochanek, i macierzyński dramat, i choroby, i śmierci, jest nawet napad i są piraci (!!!). dla biednej, niezrozumianej i siedzącej samej w domu kobiety trzydziestoletniej za czasów balzaca - balsam dla duszy.
i jeszcze warto zwrócić uwagę, że w powieściowych czasach kobieta trzydziestoletnia to jest ta, która nie jest młoda (a wręcz jest już stara), kawał życia przeżyła, doświadczyła mnóstwa rzeczy, jest (nieszczęśliwą) żona i matką i w ogóle już chce umrzeć. ot co.
gaimana przeczytałam do tej pory mało i właśnie nadrabiam. i za każdym razem czytam, uznaję, że to jest straszne, okropne i w ogóle nie lubię takiej literatury, po czym czytam dalej. po czym nie mogę się oderwać. po czym stwierdzam, że jak to, już się skończyło?
zgodnie z tym schematem nigdziebądź z londynem pod i jego wszelakimi okropnościami jest straszne (w mnogim tego słowa znaczeniu) i wciąga (tylko nie dajcie się wciągnąć za bardzo. i uważajcie na drzwi).
[a to, że jestem dość na świeżo z londyńskim metrem, tylko pogłębiało radość z historii. i grozę.]
nothing hill.. scenariusz zapisany w formie książki. obejrzyjcie film i zapomnijcie, że na jego temat zostało stworzone cokolwiek papierowego, dobrze wam radzę ;)
[a dlaczego w ogóle się za to wzięłam? otóż pewnego dnia m. wstał o jakiejś barbarzyńskiej godzinie i oczywiście mnie obudził, a jak w okolicach 6 rano stało się dla mnie jasne, że nadziei na spanie nie mam już żadnych, zrobiłam sobie sojowe latte i zasiadłam oglądać kolejny odcinek doctora who. traf chciał, że był to odcinek totalnie rozwalający emocjonalnie, dlatego potem, w drodze do pracy, potrzebowałam czegoś lekkiego do autobusu, co pozwoliłoby mi się poskładać z powrotem. i rzeczywiście było lekkie, ale proszę - nie bierzcie papierowego nothing hill do ręki.]
z kolei po obejrzeniu doktorowego the unicorn and the wasp (swoją drogą - bardzo mi ten odcinek przypadł do gustu :) nabrałam ochoty na aghatę christie i złapałam się za to, co akurat miałam pod ręką. noc w bibliotece jest z serii z panną marple, czarna kawa - z herkulesem poirot. zawsze wolałam te z herculesem... i wśród tych dwóch kawa... jest zdecydowanie lepsza. a christie jak to christie, są poplątania, jest dużo szczegółów, jest coś, o czym nie wiemy i jest dużo mojej ulubionej angielskości. absolutnie nie są to arcydzieła literatury, ale przecież o to tu chodzi, że wcale być nie muszą ;)
zapachy miast... z tą książką mam trochę problem. z jednej strony wszystko jest w porządku i w dodatku bardzo moje - podróże, dużo nowych miejsc, a wszystko opisywane przez pryzmat zapachów, smaków i kolorów. i w dodatku krótkimi tekstami, luźno powiązanymi refleksjami i zapisami wrażeń. z moim nadwrażliwym węchem doskonale rozumiem autora i czuję z nim niemalże jakieś siostrzano-braterskie porozumienie w tej zapachowej przypadłości (która przecież w jakiś sposób wpływa na jakość życia), a długość i styl tekstów też są mi dziwnie bliskie. w związku z tym powinnam książka się zachwycić i przyjąć jako jedną z bardzo moich, zrozumieć w pełni i tak dalej... a niestety nic takiego się nie stało. co prawda czytałam z zainteresowaniem, ale nie porwało mnie to w żaden sposób. ot, taki sobie blog, który radośnie czytałabym przy porannej herbacie, ale jako książka widzi mi się to już o wiele mniej.
(z drugiej strony - wobec własnych tekstów skrobanych gdzieś w ukryciu mam zdecydowanie, oj, zdecydowanie! gorsze odczucia, więc w tej naszej naprędce skonstruowanej wspólnocie rosenbaum wychodzi jednak o wiele wiele lepiej :P)
doktor jekyll i pan hyde to świetna nowelka, która idealnie nadaje się do czytania w poczekalni u lekarza (chociaż z innych względów niż wspominana na początku wpisu literatura poczekalniowa). historię na pewno znacie, ale warto zapoznać się ze źródłem - dobrze napisane, jest zima, jest groza, byłe prosektorium i tajemnice, no i londyn... ^^ i połkniecie w czasie jednego czekania (a że lekarzy wam wcale nie życzę, to dodam, że książka nadaje się również do czytania w każdym innym miejscu :)
ad.2
armenian spirit znów, bo to taka dobra muzyka... a do kolekcji dołączył balkan spirit, który jest mniej melancholijny, a bardziej dziki i świetnie taneczny, chociaż i tam nie brakuje pięknych lirycznych momentów. polecam bardzo, zresztą - jordiego i hesperionów polecam wszystko jak leci, w ciemno ;)
a memoryhouse właśnie podrzucił mi brat. i nie wiem o nich jeszcze nic poza tym, że to jest bardzo, bardzo dobra muzyka na wczesną jesień.
ad.3
doctor. DOCTOR. wpadłam po uszy, zakochałam się w tym wcieleniu doktora (i przy okazji w tennancie), obejrzałam wszystkie dodatki z wszystkich dvd, a na koniec wpadłam w mentalną żałobę po dziesiątym, którą muszę sobie spokojnie przedumać, zanim zacznę oglądać kolejne serie z jedenastym. cóż, przecież wiedziałam, że to się tak skończy... poza tym - dużo różnych przemyśleń, o których już wspominałam, samotność, małość, ale i różne dziwne strachy. i nieustanny podziw dla wyobraźni scenarzystów ;)
(+ tennant. i perspektywa broadchurch, blackpool oraz innych. a także jeszcze innych z panem cumberbumber. coś czuję, że to może być najbardziej serialowa jesień i zima w moim życiu).
ad.4, którego nie było
tym razem, pomimo wszelkiej sierpniowej obfitości wydarzeń moje na zewnątrz ograniczyło się do spotkań czysto towarzyskich (choć oczywiście również bardzo kulturalnych ;), leśnych, ogniskowych i rodzinnych. jednak tradycyjnie już zapowiem dobre rzeczy w przyszłym miesiącu:
6 września w centrum kultury w rawie mazowieckiej m. gra ze swoimi dziećmi muzykę filmową oraz utwory na pudełka, zapalniczki, łyżki i tym podobne - bardzo to sympatyczne i serdecznie zapraszam.
a od 27 do 29 września trwają szalone dni muzyki i to już traktujcie jako pozycję obowiązkową (!!!). w ciągu tych trzech dni w operze narodowej będzie mnóstwo koncertów w świetnych wykonaniach, koncerty krótkie - tak po 40 minut, a maksymalnie trochę ponad godzinę, można spokojnie pójść na kilka jednego dnia, bo będą od rana do wieczora nieustannie. jakby tego było mało, to w tym roku jest naprawdę rewelacyjny repertuar - muzyka francuska i hiszpańska (same chwytliwe kawałki ;), a bilety w cenach 5, 7 i 10 zł. szczegółowy program pojawi się na zalinkowanej stronie lada dzień (a jak ktoś jest bardzo dociekliwy, to już jest, tylko trzeba trochę pogrzebać), rezerwacja biletów od 1 września, zatem - zerkać, zamawiać i do kultury marsz! :)
[a mnie spotkacie tam na pewno na wszystkich - chyba trzech - koncertach granych przez iuve oraz być może na różnych innych :)]
niedziela, 28 lipca 2013
strawa na lipiec
1. książki:
- święto wiosny. wielka wojna i narodziny nowego wieku. modris eksteins
- seks, narkotyki i czekolada paul r. martin
- w krzywym zwierciadle maciej stuhr
- błysk rewolwru wisława szymborska
- love story erich segal
- łosoś zwątpienia douglas adams
- autostopem przez galaktykę douglas adams - oraz tegoż z tej samej serii:
- restauracja na końcu wszechświata
- życie, wszechświat i cała reszta
- cześć i dzięki za ryby
- w zasadzie niegroźna
2. serialowo:
- doctor who - "współczesne" serie 1 (z dziewiątym) i 2 (i dziesiątym doctorem)
- dynastia borgiów - pierwsza seria (kilka pierwszych odcinków)
3. na zewnątrz:
- v letni festiwal im. jerzego waldorffa w radziejowicach - wieczór rosyjski
- operetka w teatrze dramatycznym
- merlin scena na woli (dawniej teatr na woli, teraz scena teatru dramatycznego)
- młody stalin teatr dramatyczny
- absolwent teatr dramatyczny
4. muzyka
- summertime sadness lana del rey
- pieśń o szczęściu czesław śpiewa i mela koteluk
- seks, narkotyki i czekolada paul r. martin
- w krzywym zwierciadle maciej stuhr
- błysk rewolwru wisława szymborska
- love story erich segal
- łosoś zwątpienia douglas adams
- autostopem przez galaktykę douglas adams - oraz tegoż z tej samej serii:
- restauracja na końcu wszechświata
- życie, wszechświat i cała reszta
- cześć i dzięki za ryby
- w zasadzie niegroźna
2. serialowo:
- doctor who - "współczesne" serie 1 (z dziewiątym) i 2 (i dziesiątym doctorem)
- dynastia borgiów - pierwsza seria (kilka pierwszych odcinków)
3. na zewnątrz:
- v letni festiwal im. jerzego waldorffa w radziejowicach - wieczór rosyjski
- operetka w teatrze dramatycznym
- merlin scena na woli (dawniej teatr na woli, teraz scena teatru dramatycznego)
- młody stalin teatr dramatyczny
- absolwent teatr dramatyczny
4. muzyka
- summertime sadness lana del rey
- pieśń o szczęściu czesław śpiewa i mela koteluk
ad. 1
z ostatniej strony okładki święta...: "to jest książka o śmierci i zniszczeniu". nie zachęca was? mnie (wbrew pozorom, niach niach) nie zachęcała bardzo długo... dawno temu pisałam pracę roczną na jakiś szalony temat, a prowadząca na konsultacjach słowem o tej książce nie wspomniała. z kolei - po przeczytaniu wspomnianego tematu - pytaniem o tę właśnie książkę zaczął swój egzamin pewien bardzo sympatyczny pan doktor (któremu do tej pory jestem za ten egzamin wdzięczna). po egzaminie książkę namierzyłam, przejrzałam i... odstawiłam z powrotem na półkę. dojrzałam do niej po kilku latach i w sumie cieszę się, że właśnie tak wyszło - gdybym ją przeczytała wtedy, tamta praca roczna na pewno wyglądałaby inaczej (i nie wiadomo, czy lepiej). z kolei na pewno teraz trafia do mnie zdecydowanie więcej.
zatem... jak już wspominałam, nie lubię książek o polityce. i o wojnie też nie. i właśnie takową przeczytałam i jest mi z tym dobrze. w święcie wiosny... eksteins pisze o początkach dwudziestego wieku - od mniej więcej drugiej dekady, oczywiście zakorzenionej w pierwszej, przez czas pierwszej wojny światowej, dwudziestolecie, aż do wybuchu drugiej wojny. przez dość szeroki opis panujących realiów, tego, co się działo w kulturze i emocjonalności, po to, co siedziało w europejskich głowach usiłuje dociec, co takiego stało się ludziom, że jeszcze podczas pierwszego bożego narodzenia w czasie wielkiej wojny żołnierze z przeciwnych stron spotkali się na ziemi niczyjej, wspólnie świętowali i śpiewali międzynarodowe kolędy, a już rok później nie było to w żaden sposób możliwe. nie wspominając nawet o ypres i innych okropnościach. oczywiście jest też mowa o wielu, wielu innych rzeczach, dużo mądrych słów i sporo emocji, przez co nie mogłam się od tej książki oderwać. nawet przy obszernych częściach o wojnie i polityce (+ śmierci i zniszczeniu).
jak sam tytuł wskazuje, książka seks, narkotyki i czekolada jest o seksie, narkotykach i czekoladzie. a także o alkoholu oraz innych przyjemnościach. i jednocześnie o uzależnieniach i tym, jak to wszystko się ze sobą łączy, na poziomie fizjologicznym, psychicznym i każdym innym. można się dowiedzieć wielu interesujących rzeczy, jak np. tego, że czekolada nie uzależnia, ale cukier już jak najbardziej, że alkohol jest groźniejszy od lsd i jak wygląda (i kończy się) życie pełne używek i dogadzania sobie (na wielu przykładach). i są przepisy na przyjemności, które nie szkodzą! zainteresowanym polecam :)
w krzywym zwierciadle składa się z dwóch części - pierwszą stanowią zebrane razem felietony stuhra, które napisał do "zwierciadła", drugą - parodia-pastisz komedii romantycznych w formie scenariusza do kolejnej. felietony zwierciadłowe bardzo lubię i często podczytuję, są felietonowo lekkie i przyjemne. i łatwe do przyswojenia :)
scenariusz-pastisz jest za to strasznie słaby - wiem, że miało być śmiesznie, miało być parodystycznie, miało być z przejaskrawieniem, ale nie podobało mi się nic a nic i chyba nawet się nie uśmiechnęłam podczas czytania... niemniej - pierwszą część książki jak najbardziej polecam.
limeryki, moskaliki, lepieje... kto zna len ten wie, że takowe uwielbiam (czytać i na poczekaniu tworzyć). bardzo, bardzo lubię wszelkie szymborskie wyklejanki i inne tego typu publikacje, dlatego bardzo cieszę się, że zdecydowano się wydać błysk rewolwru. jest tam sporo tych cudownie absurdalnych malutkich form, są nieco dłuższe teksty, jak np. listy do właściciela letniskowego domku, w którym noblistka mieszkała z koleżanką (cudowne!), teksty z kroniki szkolnej, pierwsze wiersze (jestem pod wrażeniem), słownik wyrazów obraźliwych i wiele wiele więcej. wszystko to pięknie wydane, z rysunkami samej autorki, kopiami rękopisów itp. ach. :)
[a wszystkim, którzy jak i ja uwielbiają te pokątne i alternatywne literackości w stylu epitafiów, limeryków itp. bardzo polecam książkę pegaz zdębiał barańczaka. raj! ;)]
love story nie oglądałam (tak, mam duże filmowe braki...) i nie słyszałam o tym filmie więcej niż "historia miłości", więc książkę - a w zasadzie opowiadaniową broszurkę - mogłam czytać z nastawieniem spoiler free ;) historia banalna, ale rzeczywiście bardzo filmowa i pomimo niezbyt dużego językowego bogactwa sceny same wyświetlały mi się przed oczami [a jak obejrzę film, to sobie porównam...]. poza tym - bardzo lubię wszelakie fikcje dziejące się w szkołach, na uczelniach, w kampusach, bursach i akademikach, więc tu - przynajmniej początek - idealnie trafił w moje upodobania. i samo romansidło trafiło w dobry moment, bo tego dnia akurat wyłączył się we mnie filolog, za to miałam czynny tryb roztkliwianie, w związku z czym zakończenie rozpłakało mnie na przystanku autobusowym, z całą świadomością absurdu tej sytuacji.
to tyle ;)
ad. 1-2
zupełnie przypadkiem w momencie, w którym rozpoczęłam przygodę z doctorem who, sięgnęłam także po autostopem przez galaktykę. i po kilku odcinkach i kilku rozdziałach już wiedziałam, że zarówno serial telewizyjny, jak i ten w papierowej wersji jest o tym samym - radosnym skakaniu przez kosmos, przestrzeń i czas i wpadaniu tam w przeróżne kłopoty (dopiero później dowiedziałam się, że douglas adams - autor autostopem... - przez jakiś czas pisał też odcinki doctora. i to w sumie trochę wyjaśnia).
w podczytywane w komunikacji miejskiej autostopem... wciągnęłam się na tyle, że przeczytałam całą pięciotomową trylogię [!]. w doctora who wciągnęłam się o wiele bardziej i maniakalnie oglądam kolejne odcinki - zaczęłam od pierwszej "nowej" serii i zamierzam dooglądać wszystko do momentu, w którym będę na bieżąco - mam czas do listopada, kiedy to nadejdzie specjalny 50-rocznicowy odcinek. a potem jeszcze zostają serie klasyczne...
doctora w każdym z jego wcieleń kocham bardzo (choć oczywiście nie tak mocno, jak sherlocka ;), a na dźwięk serialowej czołówki znów ogarnia mnie (teraz już znane) uczucie dzikiej euforii i zafascynowania. stan happy fandom nadal trwa.
wracając jednak do treści książkowo-serialowej - jak już chyba wspomniałam, mam wrażenie, że pomimo mnóstwa fantastycznych wydarzeń, rozwiązań fabularnych jak z najbardziej absurdalnych snów i wszystkich pozostałych cudowności, obydwie historie są tak naprawdę o samotności. zarówno artur, jak i doctor nie mają dokąd wracać, a różne planety, zajęcia i towarzysze tylko na (zapętloną w czasoprzestrzeni) chwilę pozwalają o tym zapomnieć.
i do tego jeszcze zagubienie - w czasie, w przestrzeni, we wszystkich wymiarach. i ogromny smutek.
i uświadomienie sobie, jak bardzo mali i nieznaczący jesteśmy w tym ogromie wszechświata - akurat gdy snułam sobie takie egzystencjalno-egzaltowane rozważania, nasa udostępniła zdjęcia ziemi zrobione z saturna. jesteśmy tylko małą białą kropką. a na niej len i jej len-ki, dla kogo może to mieć jakiekolwiek znaczenie?
ad. 3
operetka była pożegnaniem z tytułem i napiszę o niej tylko tyle, że nastawiłam się dobrze - bo to przecież gombro - a z każdą minutą spektaklu narastała moja irytacja. muzycznie świetnie - dwóch pianistów śmiga po klawiaturach w nieoczywistych dźwiękach, aktorzy też dobrze nad wokalem popracowali, ale... konwencja garniturowego pokazu mody, nieustanne błyskanie fleszami, taplanie się w wanience ze zdjęciami, włażenie do lodówki, motocykle i strzykawki (brr!), trochę dłużyzn (w sumie prawie trzy godziny spektaklu!)... nijak mi to nie pasowało. i tyle.
za to merlin podobał mi się po raz kolejny - kiedyś już widziałam go w teatrze narodowym, w teatrze na woli wystawiany jest identycznie, choć oczywiście z obsadową zmianą. jestem świadoma, że nie wszystkim może odpowiadać, ale mi odpowiada bardzo ;) okrągły stół - a jednocześnie scena wszelkich wydarzeń - jest mocno steampunkowy, rycerze króla artura poubierani w skórzane kurtki i glany, a zamiast herbów na tarczach mają dużo odpowiednich tatuaży. jest sporo seksualnych nawiązań (na szczęście to jest spektakl jeszcze sprzed ery rozbieranek), a jednocześnie dużo sacrum, bo opowieść przeplata śpiewana po łacinie msza.
sama historia jest typową opowieścią - z zaśpiewami, z ciągłym powtarzaniem pewnych sekwencji, z nieustanną narracją, którą biorą na siebie wszyscy po kolei, nie po kolei, jednocześnie i indywidualnie. i humor też jest, więc oprócz podziwiania półnagich mężczyzn w ciężkich butach można się jeszcze do nich pouśmiechać (tak, wiem, jestem płytka :P)
(i brakowało mi marcina przybylskiego, który jest w wymiennej obsadzie - i w operetce i w merlinie - i ani razu mi się nie trafił. a na niego lubię patrzeć niezależnie od okoliczności. tak, wiem, jestem płytka.)
a nasza teatralna nadaktywność w tym miesiącu wiąże się z trwającym w teatrze dramatycznym letnim festiwalem, podczas którego wystawiane są/były wszystkie sztuki sezonu + premiery (jak np. udany absolwent). oprócz wszelakich plusów ta sytuacja ma też swoje wady - twarze aktorów robią się dziwnie znajome i później człowiek zastanawia się przez pół godziny jazdy autobusem, skąd zna tego sympatycznego mężczyznę. i pojawiają się kolejni aktorzy pretendujący do tych ulubionych, i nagle w tej mojej prywatnej czołówce zaczyna się robić dziwnie ciasno ;)
ad. 4
muzycznie ogarnia mnie lipcowa melancholia, stąd taki dobór piosenek. zresztą - piosenki dobrały się same, krążą mi po głowie uparcie, nucą się, plączą między włosami i oplatają od stóp po końcówki włosów.
(a pieśń o szczęściu z tekstem baczyńskiego, promującą film o poecie, naprawdę szczerze wam polecam.)
zatem... jak już wspominałam, nie lubię książek o polityce. i o wojnie też nie. i właśnie takową przeczytałam i jest mi z tym dobrze. w święcie wiosny... eksteins pisze o początkach dwudziestego wieku - od mniej więcej drugiej dekady, oczywiście zakorzenionej w pierwszej, przez czas pierwszej wojny światowej, dwudziestolecie, aż do wybuchu drugiej wojny. przez dość szeroki opis panujących realiów, tego, co się działo w kulturze i emocjonalności, po to, co siedziało w europejskich głowach usiłuje dociec, co takiego stało się ludziom, że jeszcze podczas pierwszego bożego narodzenia w czasie wielkiej wojny żołnierze z przeciwnych stron spotkali się na ziemi niczyjej, wspólnie świętowali i śpiewali międzynarodowe kolędy, a już rok później nie było to w żaden sposób możliwe. nie wspominając nawet o ypres i innych okropnościach. oczywiście jest też mowa o wielu, wielu innych rzeczach, dużo mądrych słów i sporo emocji, przez co nie mogłam się od tej książki oderwać. nawet przy obszernych częściach o wojnie i polityce (+ śmierci i zniszczeniu).
jak sam tytuł wskazuje, książka seks, narkotyki i czekolada jest o seksie, narkotykach i czekoladzie. a także o alkoholu oraz innych przyjemnościach. i jednocześnie o uzależnieniach i tym, jak to wszystko się ze sobą łączy, na poziomie fizjologicznym, psychicznym i każdym innym. można się dowiedzieć wielu interesujących rzeczy, jak np. tego, że czekolada nie uzależnia, ale cukier już jak najbardziej, że alkohol jest groźniejszy od lsd i jak wygląda (i kończy się) życie pełne używek i dogadzania sobie (na wielu przykładach). i są przepisy na przyjemności, które nie szkodzą! zainteresowanym polecam :)
w krzywym zwierciadle składa się z dwóch części - pierwszą stanowią zebrane razem felietony stuhra, które napisał do "zwierciadła", drugą - parodia-pastisz komedii romantycznych w formie scenariusza do kolejnej. felietony zwierciadłowe bardzo lubię i często podczytuję, są felietonowo lekkie i przyjemne. i łatwe do przyswojenia :)
scenariusz-pastisz jest za to strasznie słaby - wiem, że miało być śmiesznie, miało być parodystycznie, miało być z przejaskrawieniem, ale nie podobało mi się nic a nic i chyba nawet się nie uśmiechnęłam podczas czytania... niemniej - pierwszą część książki jak najbardziej polecam.
limeryki, moskaliki, lepieje... kto zna len ten wie, że takowe uwielbiam (czytać i na poczekaniu tworzyć). bardzo, bardzo lubię wszelkie szymborskie wyklejanki i inne tego typu publikacje, dlatego bardzo cieszę się, że zdecydowano się wydać błysk rewolwru. jest tam sporo tych cudownie absurdalnych malutkich form, są nieco dłuższe teksty, jak np. listy do właściciela letniskowego domku, w którym noblistka mieszkała z koleżanką (cudowne!), teksty z kroniki szkolnej, pierwsze wiersze (jestem pod wrażeniem), słownik wyrazów obraźliwych i wiele wiele więcej. wszystko to pięknie wydane, z rysunkami samej autorki, kopiami rękopisów itp. ach. :)
[a wszystkim, którzy jak i ja uwielbiają te pokątne i alternatywne literackości w stylu epitafiów, limeryków itp. bardzo polecam książkę pegaz zdębiał barańczaka. raj! ;)]
love story nie oglądałam (tak, mam duże filmowe braki...) i nie słyszałam o tym filmie więcej niż "historia miłości", więc książkę - a w zasadzie opowiadaniową broszurkę - mogłam czytać z nastawieniem spoiler free ;) historia banalna, ale rzeczywiście bardzo filmowa i pomimo niezbyt dużego językowego bogactwa sceny same wyświetlały mi się przed oczami [a jak obejrzę film, to sobie porównam...]. poza tym - bardzo lubię wszelakie fikcje dziejące się w szkołach, na uczelniach, w kampusach, bursach i akademikach, więc tu - przynajmniej początek - idealnie trafił w moje upodobania. i samo romansidło trafiło w dobry moment, bo tego dnia akurat wyłączył się we mnie filolog, za to miałam czynny tryb roztkliwianie, w związku z czym zakończenie rozpłakało mnie na przystanku autobusowym, z całą świadomością absurdu tej sytuacji.
to tyle ;)
ad. 1-2
zupełnie przypadkiem w momencie, w którym rozpoczęłam przygodę z doctorem who, sięgnęłam także po autostopem przez galaktykę. i po kilku odcinkach i kilku rozdziałach już wiedziałam, że zarówno serial telewizyjny, jak i ten w papierowej wersji jest o tym samym - radosnym skakaniu przez kosmos, przestrzeń i czas i wpadaniu tam w przeróżne kłopoty (dopiero później dowiedziałam się, że douglas adams - autor autostopem... - przez jakiś czas pisał też odcinki doctora. i to w sumie trochę wyjaśnia).
w podczytywane w komunikacji miejskiej autostopem... wciągnęłam się na tyle, że przeczytałam całą pięciotomową trylogię [!]. w doctora who wciągnęłam się o wiele bardziej i maniakalnie oglądam kolejne odcinki - zaczęłam od pierwszej "nowej" serii i zamierzam dooglądać wszystko do momentu, w którym będę na bieżąco - mam czas do listopada, kiedy to nadejdzie specjalny 50-rocznicowy odcinek. a potem jeszcze zostają serie klasyczne...
doctora w każdym z jego wcieleń kocham bardzo (choć oczywiście nie tak mocno, jak sherlocka ;), a na dźwięk serialowej czołówki znów ogarnia mnie (teraz już znane) uczucie dzikiej euforii i zafascynowania. stan happy fandom nadal trwa.
wracając jednak do treści książkowo-serialowej - jak już chyba wspomniałam, mam wrażenie, że pomimo mnóstwa fantastycznych wydarzeń, rozwiązań fabularnych jak z najbardziej absurdalnych snów i wszystkich pozostałych cudowności, obydwie historie są tak naprawdę o samotności. zarówno artur, jak i doctor nie mają dokąd wracać, a różne planety, zajęcia i towarzysze tylko na (zapętloną w czasoprzestrzeni) chwilę pozwalają o tym zapomnieć.
i do tego jeszcze zagubienie - w czasie, w przestrzeni, we wszystkich wymiarach. i ogromny smutek.
i uświadomienie sobie, jak bardzo mali i nieznaczący jesteśmy w tym ogromie wszechświata - akurat gdy snułam sobie takie egzystencjalno-egzaltowane rozważania, nasa udostępniła zdjęcia ziemi zrobione z saturna. jesteśmy tylko małą białą kropką. a na niej len i jej len-ki, dla kogo może to mieć jakiekolwiek znaczenie?
ad. 3
operetka była pożegnaniem z tytułem i napiszę o niej tylko tyle, że nastawiłam się dobrze - bo to przecież gombro - a z każdą minutą spektaklu narastała moja irytacja. muzycznie świetnie - dwóch pianistów śmiga po klawiaturach w nieoczywistych dźwiękach, aktorzy też dobrze nad wokalem popracowali, ale... konwencja garniturowego pokazu mody, nieustanne błyskanie fleszami, taplanie się w wanience ze zdjęciami, włażenie do lodówki, motocykle i strzykawki (brr!), trochę dłużyzn (w sumie prawie trzy godziny spektaklu!)... nijak mi to nie pasowało. i tyle.
za to merlin podobał mi się po raz kolejny - kiedyś już widziałam go w teatrze narodowym, w teatrze na woli wystawiany jest identycznie, choć oczywiście z obsadową zmianą. jestem świadoma, że nie wszystkim może odpowiadać, ale mi odpowiada bardzo ;) okrągły stół - a jednocześnie scena wszelkich wydarzeń - jest mocno steampunkowy, rycerze króla artura poubierani w skórzane kurtki i glany, a zamiast herbów na tarczach mają dużo odpowiednich tatuaży. jest sporo seksualnych nawiązań (na szczęście to jest spektakl jeszcze sprzed ery rozbieranek), a jednocześnie dużo sacrum, bo opowieść przeplata śpiewana po łacinie msza.
sama historia jest typową opowieścią - z zaśpiewami, z ciągłym powtarzaniem pewnych sekwencji, z nieustanną narracją, którą biorą na siebie wszyscy po kolei, nie po kolei, jednocześnie i indywidualnie. i humor też jest, więc oprócz podziwiania półnagich mężczyzn w ciężkich butach można się jeszcze do nich pouśmiechać (tak, wiem, jestem płytka :P)
(i brakowało mi marcina przybylskiego, który jest w wymiennej obsadzie - i w operetce i w merlinie - i ani razu mi się nie trafił. a na niego lubię patrzeć niezależnie od okoliczności. tak, wiem, jestem płytka.)
a nasza teatralna nadaktywność w tym miesiącu wiąże się z trwającym w teatrze dramatycznym letnim festiwalem, podczas którego wystawiane są/były wszystkie sztuki sezonu + premiery (jak np. udany absolwent). oprócz wszelakich plusów ta sytuacja ma też swoje wady - twarze aktorów robią się dziwnie znajome i później człowiek zastanawia się przez pół godziny jazdy autobusem, skąd zna tego sympatycznego mężczyznę. i pojawiają się kolejni aktorzy pretendujący do tych ulubionych, i nagle w tej mojej prywatnej czołówce zaczyna się robić dziwnie ciasno ;)
ad. 4
muzycznie ogarnia mnie lipcowa melancholia, stąd taki dobór piosenek. zresztą - piosenki dobrały się same, krążą mi po głowie uparcie, nucą się, plączą między włosami i oplatają od stóp po końcówki włosów.
(a pieśń o szczęściu z tekstem baczyńskiego, promującą film o poecie, naprawdę szczerze wam polecam.)
poniedziałek, 8 lipca 2013
le-śnienie festiwalowe.
otóż - byłam na festiwalu, choć prawdopodobnie nie był to ten festiwal, o którym większość z was właśnie pomyślała.
nie było błota - była trawa. i piękna pogoda. nie było pola namiotowego - był pałacowy ogród, krzesła i leżaki. poza tym - jezioro, pływający pomost, pachnący modrzewiowy dworek żywcem wyjęty z powieści i chęć, żeby rzucić wszystko i spędzić tam resztę życia.
strojem obowiązkowym nie były kalosze i dżinsowe szorty (choć pierwszego wieczoru niektórzy próbowali) - o wiele lepiej sprawdzały się różne wariacje na temat ciepłych opatuleń. i tak - młodzież preferowała bluzy z kapturami, a nieco starsi uczestnicy woleli szale, wełniane narzutki, chusty i grube swetry. niezależnie od wieku i wytworności pozostałych części garderoby wszystkim przypadły do gustu koce i pledy, a pozawijana w nie publiczność znieruchomiała pod wpływem wspaniałości muzyki tworzyła piękną ilustrację do jakiejś baśni, której jeszcze nikt nie napisał.
na początku zawsze wszechobecna żółtość zachodzącego słońca (która kazała myśleć o tej mojej ulubionej porze roku). potem - wśród ciemności tylko oświetlona scena i poustawiane w bardzo losowych miejscach silne reflektory. ich blask skutecznie oślepiał i kazał w ciemno rozpoznawać w nadchodzących spoza kręgu światła postaciach wszystkie znane i nieznane osobistości. lekka mgła znad jeziora mieszała się z parą znad kubków z kawą i słodkawym dymem odpędzających owady świec, gdy grała orkiestra, wszyscy zastygali zasłuchani, w czasie przerw za to snuli się w tych pelerynach z koców pomiędzy słupami światła i oddawali się gorączkowej konsumpcji słodyczy, owoców, wina i kultury. kurtuazyjne rozmowy zamiast za kulisami i w błyszczącym foyer tym razem toczyły się w półmroku pomiędzy drzewami i - wierzcie mi - w takich okolicznościach przyrody znacznie łatwiej przychodzi dyskutować na każdy możliwy temat, niezależnie od tego, czy rozmówcą jest siedząca obok starsza melomanka w koronkach i kraciastym pledzie, czy też dyrektor jednego z warszawskich teatrów.
ciągłe powidoki i chwilowe dezorientacje zmieniały percepcję na taką właściwą temu momentowi tuż przed zaśnięciem, kiedy jeszcze słyszy się realne rozmowy, ale widzi już to, co w wyobraźni. na skutki nie trzeba było długo czekać - gdy mocno po drugiej w nocy kładłam się spać, natychmiast przyśniło mi się grzybobranie z pana tadeusza odbywające się w noc z wesela, w rytm tańców połowieckich z kniazia igora. ot.
sobota, 29 czerwca 2013
wrzaski i oklaski, czyli o tym, jak rozwalano ład sto lat i miesiąc temu.
29 maja 1913 roku publiczność
tłumnie ciągnęła do paryskiego theatre des champ-elysees. premiera miała być
czymś specjalnym – krążyły pogłoski o artystycznej uczcie, a ceny biletów
profilaktycznie podwojono. dwa tygodnie wcześniej wystawiano nowe gry debussy’ego,
pierwszy balet, w którym tancerze byli ubrani w stroje sportowe, a po scenie
przetaczały się ogromne tenisowe piłki. to rzeczywiście było coś nowego, ale
nie takiego artyzmu teraz poszukiwano i dzieło przyjęto raczej chłodno. dzisiaj
miało być inaczej – wszyscy z zachwytem wspominali poprzednie rosyjskie
sezony baletowe zadziwiające orientalnym przepychem, a ta premiera miała
zrekompensować rozczarowanie, jakie paryskiej publiczności przyniosły gry.
budynek teatru – otwarty zaledwie dwa miesiące wcześniej –
też był czymś zupełnie nowatorskim. w porównaniu z ulubioną przez ówczesny
paryż stylistyką siedemnasto- i osiemnastowieczną, znacząco się wyróżniał.
zbudowany z żelbetu – a nie z cegły i kamienia, jak się budować powinno – miał
zadziwiająco nagie ściany, za dużo kątów prostych, symetrii i chłodu.
reflektory skierowane na białe ściany oślepiały publiczność, która była
zszokowana czymś tak odbiegającym od form powszechnie uważanych za piękne. na
uroczystym otwarciu część gości skonsternowana chichotała, niektórzy nie
wiedzieli, co powiedzieć i z nadzieją czekali na osąd towarzystwa. pojawiły się
opinie, że budynek teatru jest architektonicznym afrontem dla paryskiego ducha
dobrego smaku, towarzyskiego ducha i eleganckich manier.
wróćmy jednak do czwartkowego
wieczoru. publiczność wypełnia foyer i salę koncertową, pośród czerwonego
pluszu błyszczą brylanty i jedwabne suknie, migają smokingi. jednak nie wszyscy
są aż tak eleganccy – pojawia się też wielu młodych ludzi w miękkich filcowych
kapeluszach, symbolach buntu przeciwko sztywnym cylindrom i melonikom, a także
całej sztywnej reszcie, która się z nimi wiąże. na sali obecna jest cała
śmietanka towarzyska, wyższe, ale i niższe sfery, ówcześni celebryci i
hipsterzy (bo przecież takich ma każda epoka). wszyscy w napięciu czekają na
rozpoczęcie spektaklu.
pierwszy dźwięk fagotu, pierwszy
zadziwiony szmer wśród publiki. tęskny, zawodzący jęk, który w uszach
paryżan brzmi dziwacznie i fałszywie. kurtyna powoli unosi się w górę i widać
grupy tancerzy wykonujących jakieś nerwowe ruchy. podskakują ciężko, drobią
kroczki, poruszają się bezładnie, ramiona wyciągnięte, stopy skierowane do
wewnątrz, ugięte kolana, nic, co w jakikolwiek sposób przypominałoby klasyczną
baletową pozycję. nic!
część publiczności oniemiała –
zarówno z zadziwienia i szoku, jak i oburzenia (dziś to uczucie najlepiej
oddają trzy litery i dwa znaki interpunkcyjne – wtf?!). niektórzy są zachwyceni
i patrzą z otwartymi ustami. muzyka gra dalej – gwałtowny dziki rytm, w zasadzie
brak melodii, dużo (o ile za dużo!) perkusji, wysokie rejestry instrumentów
dętych, kwiki, skrzeki smyczków. gdzie
się podziały zasady harmonii? tancerze nadal skaczą, a na sali podnosi się
wrzawa. niektórzy protestują i krzyczą, innym się podoba i przekrzykują
krytyków. z jednej strony gwizdy, z drugiej gorący aplauz. oburzenie i euforia.
chaos, który na scenie był zaplanowany, zaczyna ogarniać wszystkich obecnych i
wymyka się spod kontroli. podobno jedna z dam napluła pewnemu dżentelmenowi w
twarz. podobno pewna wiekowa księżna z przekrzywionym brylantowym diademem na
głowie spazmatycznie machała wachlarzem i wykrzykiwała, że jeszcze nikt
jej w życiu tak nie obraził. podobno zrobiło się tak głośno, że nie było
słychać muzyki, co nie przeszkadzało tancerzom – oni i tak tańczyli do krzyków
choreografa dochodzących zza kulis. podobno doszło do rękoczynów, a
czterdzieści osób zostało wyprowadzonych. podobno – nie dowiemy się, jak było
naprawdę, bo taki skandal to najwspanialszy i jakże chodliwy temat do opisania!
tysiące recenzji, pamiętników i wspomnień mówiących o majowej premierze
prześciga się w wymyślaniu coraz to nowych opisów tego, co zaszło – ktoś
płakał, ktoś olśniony w natchnieniu napisał wiersz, ktoś porwany rytmem uderzał
po głowie kompana siedzącego przed sobą, a tamten – równie zafascynowany –
nawet tego nie poczuł. jedyne, czego dziś możemy być pewni, to to, że premiera święta wiosny igora strawińskiego była bardzo pięknym i widowiskowym
skandalem.
pojawia się pytanie – co tak
bardzo oburzyło paryżan i w jaki sposób strawińskiemu udało się w tak
malowniczy sposób rozwalić panujący ład?
po pierwsze – sam temat baletu.
przyśnił się strawińskiemu pewnej nocy – pierwotny lud i tajemnicze wiosenne
obrzędy, wybrana dziewczyna jest składana w ofierze poprzez zatańczenie się na
śmierć. historia prosta, ale ile w niej wymowności! zupełny prymitywizm, brak
jakiejkolwiek indywidualności jednostki, brutalność, a w tym wszystkim to, co
najgłębsze – życie i śmierć. nie ma tu miejsca na moralność, nie ma żadnego
zastanowienia się, refleksji, uczuć, etyki i całej reszty pojęć, która kłębiła
się w głowach co bardziej wyrafinowanych paryżan. przede wszystkim jednak –
tajemnicza pierwotna energia, która wysuwa się na pierwszy plan i porywa, na
nic nie zważając. energia, która zwiastuje niepokój i jest czymś wysoce
niepożądanym w uporządkowanym świecie. energia, co do której wszyscy czują, że
nie można się jej sprzeciwić, energia, której trzeba się bać, energia, która
rozwala ład.
choć w muzyce w początkach dwudziestego
wieku pozwalano sobie już na naprawdę wiele, święto wiosny okazało się być niepodobnym do niczego, co dotychczas spokojnie sączyło się w uszy operowej
publiczności. rytm przede wszystkim, rytm podporządkowujący sobie całą
strukturę dzieła, rytm dziki, nieokiełznany i pochodzący zupełnie nie z tej
epoki. żadnych ozdobników i wyrafinowania, tylko ta dziwna energia, bębny,
talerze, nawet smyczki stały się perkusją. wykorzystane tradycyjne ludowe
rosyjskie melodie giną wśród polirytmii, nieregularne akcenty wyprowadzają z
równowagi i wymykają się jakiejkolwiek przewidywalności.
nawet debussy stwierdza, że jest
to wyjątkowe i okrutne dzieło. krytycy nie są aż tak powściągliwi – jeden z
nich po premierze napisał, że było to najbardziej nieharmonijna kompozycja,
jaką kiedykolwiek napisano. nigdy kult
niewłaściwej nuty nie był stosowany z takim przemysłem, zapałem i żarliwością.
wspominana już wcześniej
choreografia ułożona przez genialnego wacława niżyńskiego też szokowała i
pojawiły się opinie, że tym razem mistrza nieco poniosło i niech lepiej
ogranicza się jednak tylko do tańczenia. tancerze nie mieli tu popisowych
solowych partii, wirtuozeria została absolutnie wyeliminowana. żadnych
ozdobników, jedynie ciężkie nerwowe skoki, dziwne pulsacje, bieganie,
kierowanie się tylko rytmem, który – z racji polirytmii – był różny dla różnych
tańczących grup. w opinii wielu oglądających to, co działo się na scenie, było
zupełnym zaprzeczeniem idei tańca jako takiego, który przecież miał być
apoteozą gracji i zwinności.
wszystko to razem stworzyło istną
mieszankę wybuchową. gwałtowność, energia, jakiś pierwotny witalizm, niepokój,
ekstaza – nie tego racjonalna i wyrafinowana publiczność oczekiwała po sztuce.
sztuka miała być pięknem i harmonią, podnosić morale i tak dalej, a nie być
obrazą zdrowego rozsądku, jakąś dziką pogardą wobec zdobyczy cywilizacji. coś
takiego to karykatura i publiczność może czuć się urażona takim potraktowaniem.
premiera święta wiosny –
później zresztą wykonywanego już bez aż takich dodatkowych emocji – stała się
skandalem i prowokacją, a z czasem o samym wydarzeniu mówiło się znacznie
więcej niż o samym balecie. to był jakiś przełomowy krok, punkt zwrotny i po części jeden z pierwszych symboli i symptomów powoli gotujących się w tamtym
czasie niepokojów w europejskiej świadomości.
strawińskiemu udało się w bardzo
stylowy sposób rozwalić ład. i zdążyć z tym, zanim rok później ktoś rozwalił
ten ład już na dobre.
środa, 26 czerwca 2013
strawa na czerwiec
1. książki:
- jeżynowe wino joanne harris
- światła września carlos ruiz zafon
- zamieć śnieżna i woń migdałów camilla lackber
- walka kotów eduardo mendoza
- sztuka życia dla mężczyzn szczepan twardoch, przemysław bociąg
- po drugiej stronie lustra umberto eco
- mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem oliver sacks
- komedie (zasadniczo wszystkie) william shakespeare
- światła września carlos ruiz zafon
- zamieć śnieżna i woń migdałów camilla lackber
- walka kotów eduardo mendoza
- sztuka życia dla mężczyzn szczepan twardoch, przemysław bociąg
- po drugiej stronie lustra umberto eco
- mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem oliver sacks
- komedie (zasadniczo wszystkie) william shakespeare
kronosa nadal brak ;) [ale ponoć nie da się go czytać ot tak, tylko trzeba sobie dozować, prawda to?]
2. muzyka:
- adele
- kayah & bregovic
- jordi savall - armenian spirit
- maaaaaasa musicali
- pink martini - cante e dance (z płyty hey eugene!
3. na zewnątrz:
- polska orkiestra sinfonia iuventus i jarosław nadrzycki - koncert symfoniczny - dymitr szostakowicz i aram chaczaturia
oraz awansem:
zemsta w och-teatrze
koncert percussionclaviers de lyon
inauguracja v letniego festiwalu im. jerzego waldorffa w radziejowicach (koncert symfoniczny)
inauguracja 13 festiwalu ogrody muzyczne na zamku królewskim w warszawie
uparłam się na joanne harris, żeby w którejś z jej innych książek znaleźć to coś, co dawno temu urzekło mnie w czekoladzie. i w końcu znalazłam, ale wcale nie jestem zadowolona - jeżynowe wino okazało się czekoladą napisaną raz jeszcze, z nieco innymi (ale bardzo podobnymi) bohaterami. jest matka z córką odstające od społeczności, jest magia - tym razem zaklęta w roślinach i przetworach, jest kościelna niechęć i rudowłosy roux - choć ten akurat jest dokładnie tym samym roux znanym z innych powieści (swoją drogą - jakbym miała takiego roux, to też bym go wciskała, gdzie się tylko da ;>). historia niby jest poprowadzona zupełnie inaczej, ale ja od razu wpadłam na to, jak wszystko się skończy. podsumowując - książka miła, łatwa i przyjemna, uroczo francuska, do poczytania w wakacyjne przedpołudnie w ogródku. i w zasadzie głównie tam.
nie wiem, czy wiecie, ale pan zafon, zanim zdobył popularność dzięki cieniowi wiatru, pisał książki dla młodzieży. światła września są właśnie jedną z nich, a jednocześnie kolejną pozycją z mojej letniej listy literatury ogródkowej. powieść jednak nie jest taka jednoznacznie młodzieżowa - dorosły ogródkowicz też może ją sobie przeczytać, o ile bez szwanku przebrnie przez niesamowite ilości przymiotników. w odróżnieniu od wspominanego wcześniej jeżynowego wina tu jednak nie ma nieustannego słońca, uśmiechów i uroczości, a jest raczej thriller w wersji light - nieczynna fabryka zabawek, martwa dziewczyna w lesie i niespodziewanie pojawiające się siły nadprzyrodzone, które uważam za zdecydowanie najsłabszą część powieści - od momentu, w którym się pojawiły, mogłam już tylko chichotać zamiast się bać. podsumowując - jeśli macie się nudzić w podróży, to sobie przeczytajcie. jeśli macie pod ręką ciekawą gazetę, to niekoniecznie.
zamieć śnieżna i won migdałów - wspaniały tytuł do czytania w upały, prawda? camilla lackberg określana jest jako "mistrzyni skandynawskiego kryminału", dlatego postanowiłam zabrać się za niedawno wydaną (choć napisaną sporo wcześniej) pozycję. i to był mój błąd...
weź dowolny kryminał aghaty christie, gdzie grupa ludzi jest odcięta od świata (tu akurat mocno wyeksploatowany motyw wyspy i zamieci/sztormu). niech będzie trup, albo nawet dwa. niech morderca czai się gdzieś wśród gości, a przypadkowo-się-tam-znajdujący policjant dosyć niezdarnie przesłuchuje wszystkich po kolei. żeby czytelnik jednak nie miał wrażenia, że czyta coś pani christie, wywal wszystkie możliwe opisy i psychologiczne pogłębienia postaci. pisz zdaniami pojedynczymi. dialogi niech nie przekraczają czterech krótkich zdań. żeby jednak nie wyszło zbyt minimalnie i żeby można się było pozastanawiać nad motywem, wtrąć bezsensowne wątki poboczne. całe szczęście krótkie.
żeby było wiadomo, że znasz mistrzów i klasykę gatunku, cztery razy - w tym podczas finału - napomknij o sherlocku holmesie (ha-ha-ha. ;>).
powstanie opowiadanie, jednak wydawnictwo będzie chciało je sprzedać jako powieść, dlatego obowiązkowa jest duża czcionka, ogromne marginesy i interlinie oraz gruby papier. jednak czytelniku - nie daj się zwieść, przeczytanie zamieci... zajmie ci jeden wieczór i następnego dnia już skutecznie o niej zapomnisz.
internety twierdzą, że nie warto się zrażać, bo to tylko jakieś wczesne opowiadanie, a "prawdziwe" kryminały lackberg już są w porządku i jest co poczytać, więc prawdopodobnie dam jej jeszcze jedną szansę. ale tylko jedną.
walka kotów była najlepszym książkowym wyborem w tym miesiącu. nareszcie porządna powieść z krwi i kości, dobry język, wartka akcja i wzbudzający emocje bohaterowie (choć głównie irytację, ale jednak. a to lubię najbardziej). co prawda nigdy nie darzyłam sympatią wątków politycznych - a tutaj budząca się do życia hiszpańska rewolucja jest tak naprawdę głównym bohaterem i tematem powieści, ale ponieważ ładnie pomieszano ją z wątkiem historyczno-sztucznym ;) i obyczajowym, to przeszło w miarę bezboleśnie. poza tym - zawsze będę uwielbiać bardzo angielskich gentlemanów, którzy lądują na obcej ziemi. szczególnie, jeśli jest to madryt w 1936 roku. i nawet niezależnie od tego, jak bardzo irytujący okazują się potem ;)
ogólnie - polecam :)
jak już ustaliliśmy w zeszłym miesiącu, mam prawie męski mózg, w związku z tym nie widzę nic dziwnego w czytaniu książek dla mężczyzn. najogólniej - sztuka życia... jest poradnikiem, jak być mężczyzną z klasą. przy czym na darmo szukać tu poradnikowego języka znanego z amerykańskich produkcji - autorom czasem udaje się być cudownie ironicznym z tym nieco zaczepliwym dystansem, sporo jest też dość humorystycznych stwierdzeń. niemniej - nie udaje się to w całości książki i o ile postawa "bo my wiemy najlepiej i tak ma być, a jak uważasz inaczej, toś kretyn" jest całkiem niezła w połączeniu z tymże dystansem (oraz tezami, z którymi się zgadzamy), o tyle przy braku tego dystansu (i trochę bardziej kontrowersyjnych stwierdzeniach) robi się denerwująca. a może tu po prostu zadziałała tylko psychologia...?
nie wiem, czy wiecie, ale pan zafon, zanim zdobył popularność dzięki cieniowi wiatru, pisał książki dla młodzieży. światła września są właśnie jedną z nich, a jednocześnie kolejną pozycją z mojej letniej listy literatury ogródkowej. powieść jednak nie jest taka jednoznacznie młodzieżowa - dorosły ogródkowicz też może ją sobie przeczytać, o ile bez szwanku przebrnie przez niesamowite ilości przymiotników. w odróżnieniu od wspominanego wcześniej jeżynowego wina tu jednak nie ma nieustannego słońca, uśmiechów i uroczości, a jest raczej thriller w wersji light - nieczynna fabryka zabawek, martwa dziewczyna w lesie i niespodziewanie pojawiające się siły nadprzyrodzone, które uważam za zdecydowanie najsłabszą część powieści - od momentu, w którym się pojawiły, mogłam już tylko chichotać zamiast się bać. podsumowując - jeśli macie się nudzić w podróży, to sobie przeczytajcie. jeśli macie pod ręką ciekawą gazetę, to niekoniecznie.
zamieć śnieżna i won migdałów - wspaniały tytuł do czytania w upały, prawda? camilla lackberg określana jest jako "mistrzyni skandynawskiego kryminału", dlatego postanowiłam zabrać się za niedawno wydaną (choć napisaną sporo wcześniej) pozycję. i to był mój błąd...
weź dowolny kryminał aghaty christie, gdzie grupa ludzi jest odcięta od świata (tu akurat mocno wyeksploatowany motyw wyspy i zamieci/sztormu). niech będzie trup, albo nawet dwa. niech morderca czai się gdzieś wśród gości, a przypadkowo-się-tam-znajdujący policjant dosyć niezdarnie przesłuchuje wszystkich po kolei. żeby czytelnik jednak nie miał wrażenia, że czyta coś pani christie, wywal wszystkie możliwe opisy i psychologiczne pogłębienia postaci. pisz zdaniami pojedynczymi. dialogi niech nie przekraczają czterech krótkich zdań. żeby jednak nie wyszło zbyt minimalnie i żeby można się było pozastanawiać nad motywem, wtrąć bezsensowne wątki poboczne. całe szczęście krótkie.
żeby było wiadomo, że znasz mistrzów i klasykę gatunku, cztery razy - w tym podczas finału - napomknij o sherlocku holmesie (ha-ha-ha. ;>).
powstanie opowiadanie, jednak wydawnictwo będzie chciało je sprzedać jako powieść, dlatego obowiązkowa jest duża czcionka, ogromne marginesy i interlinie oraz gruby papier. jednak czytelniku - nie daj się zwieść, przeczytanie zamieci... zajmie ci jeden wieczór i następnego dnia już skutecznie o niej zapomnisz.
internety twierdzą, że nie warto się zrażać, bo to tylko jakieś wczesne opowiadanie, a "prawdziwe" kryminały lackberg już są w porządku i jest co poczytać, więc prawdopodobnie dam jej jeszcze jedną szansę. ale tylko jedną.
walka kotów była najlepszym książkowym wyborem w tym miesiącu. nareszcie porządna powieść z krwi i kości, dobry język, wartka akcja i wzbudzający emocje bohaterowie (choć głównie irytację, ale jednak. a to lubię najbardziej). co prawda nigdy nie darzyłam sympatią wątków politycznych - a tutaj budząca się do życia hiszpańska rewolucja jest tak naprawdę głównym bohaterem i tematem powieści, ale ponieważ ładnie pomieszano ją z wątkiem historyczno-sztucznym ;) i obyczajowym, to przeszło w miarę bezboleśnie. poza tym - zawsze będę uwielbiać bardzo angielskich gentlemanów, którzy lądują na obcej ziemi. szczególnie, jeśli jest to madryt w 1936 roku. i nawet niezależnie od tego, jak bardzo irytujący okazują się potem ;)
ogólnie - polecam :)
jak już ustaliliśmy w zeszłym miesiącu, mam prawie męski mózg, w związku z tym nie widzę nic dziwnego w czytaniu książek dla mężczyzn. najogólniej - sztuka życia... jest poradnikiem, jak być mężczyzną z klasą. przy czym na darmo szukać tu poradnikowego języka znanego z amerykańskich produkcji - autorom czasem udaje się być cudownie ironicznym z tym nieco zaczepliwym dystansem, sporo jest też dość humorystycznych stwierdzeń. niemniej - nie udaje się to w całości książki i o ile postawa "bo my wiemy najlepiej i tak ma być, a jak uważasz inaczej, toś kretyn" jest całkiem niezła w połączeniu z tymże dystansem (oraz tezami, z którymi się zgadzamy), o tyle przy braku tego dystansu (i trochę bardziej kontrowersyjnych stwierdzeniach) robi się denerwująca. a może tu po prostu zadziałała tylko psychologia...?
a co do bycia mężczyzną z klasą - len zna takie przypadki, co to - jak ośmielam się mniemać - są facetami z klasą nawet w momencie, kiedy wynoszą śmieci (lub srają psem, ot.). takim przypadkom ta książka na nic się nie zda, bo oni wiedzę o tym, że "eleganckie" koszule z krótkim rękawem nie mają racji bytu, wyssali z mlekiem matki i odziedziczyli w genach po ojcu. len zna również przypadki panów, którzy nawet przy całym sztabie specjalistów od pr i w garniturach od armaniego nigdy tej klasy nie nabędą - i dla nich też ta książka się nie nadaje, bo po pierwszym rozdziale, ba, samym wstępie rzucą ją w cholerę i tyle. całej reszcie typów pośrednich - mężczyznom oraz kobietom z męskim mózgiem (tym z mocno kobiecym chyba bym nie ryzykowała) można podsunąć, może coś z tego będzie.
jak już kiedyś gdzieś wspominałam, jak będę duża, to zostanę semantyką. teraz mogę stwierdzić jeszcze, że jakbym była mądra, to zostałabym semiotyką. znaki i znaczenia zawsze mnie mocno fascynowały, choć nie zawsze rozumiałam to wszystko, co się na ich temat wiedzieć powinno, żeby się jakkolwiek o nich wypowiadać. niemniej - uwielbiam zbiory esejów eco w stylu tych po drugiej stronie lustra czy książki jak semiologia życia codziennego. nie podejmuję się recenzowania, bo mojej erudycji jeszcze dużo brakuje, żeby się z tym zmierzyć, uprzedzam też, że żeby zmierzyć się z samą książką trzeba przeprosić się z jacobsonem i jego wszelakimi kolegami po fachu i nie po fachu ;> ...ale mimo wszystko rozważania o serialowej powtarzalności, dziesięciu wymyślonych przez nas wizjach średniowiecza, czytelnikach naiwnych i krytycznych, tekstach typu gastronomicznego, powieściach sci-fi, złym malarstwie i wielu wielu innych i czyta się nadzwyczaj dobrze.
neuropsychologia to kolejna dziedzina, którą chętnie zajmowałabym się, gdybym była choć trochę mądrzejsza, a moje zainteresowanie biologią swego czasu nie kolidowało z zainteresowaniem muzyką (w wieku lat kilkunastu len chciała zostać biologiem botanikiem, ale jak kolejny raz termin drugiego etapu biologicznego konkursu/olimpiady/czegośtam pokrywał się z terminem egzaminów w szkole muzycznej, to jej przeszło. i teraz już za nic w świecie nie przypomni sobie, na czym polega mitoza). książki sacksa czytam z niesłabnącą fascynacją, szczerze polecam również muzykofilię, która swego czasu wyzwoliła we mnie nawet chęć studiów podyplomowych (ale też mi przeszło). w mężczyźnie... opisane są przypadki pacjentów z różnego rodzaju niedoborem i nadmiarem psychicznych supermocy, które mamy wszyscy, ale na tym odpowiednim poziomie. gdy czegoś nagle zaczyna być za mało lub za dużo - i nie mówimy tu o hormonach itp., a o psychice - zaczynają dziać się rzeczy dziwne i zdziwniejsze. czytałam tę książkę z zafascynowaniem, ale i z bardzo melancholijnym i smutnym zadumaniem nad ofiarami mózgowych zawirowań. przede wszystkim jednak z narastającą gęsią skórką, jak trzymający w napięciu thriller - tym straszniejszy, że duża część tych przypadłości była zupełnie niespodziewana, często przychodząca niezauważalnie i pozostająca już na zawsze. co oznacza, że coś podobnego może się przytrafić każdemu z nas, w każdym momencie. przestać odczuwać własne ciało? przestać rozpoznawać twarze - i tylko twarze, z zachowaniem rozpoznawania całej reszty? stracić zupełnie pamięć krótkotrwałą? bezwiednie popaść w mitomanię lub nieustającą, zamęczającą kreatywność? strach.
adele atakuje z radia już dość długo, a skyfall często długo nie chce mi wyjść z głowy. ale dopiero teraz postanowiłam zapoznać się z resztą twórczości, czyli wszystkimi pozostałymi piosenkami, które nie załapały się na radiową promocję. i jestem bardzo na tak - głosu adele nie muszę wam opisywać, bo na pewno już słyszeliście go już wiele, wiele razy, ale właśnie taki głos - ciepły, głęboki i tak odpowiednio wyważony w każdym momencie bardzo do mnie przemawia. dodatkowo piosenki są z rodzaju tych niegłupich - z pięknymi harmoniami, w dobrych aranżacjach i z podświadomym dodatkiem czegoś spokojnego-ze-środka, co na pewno będzie mnie ogrzewać w zimowe autobusowe poranki.
płyta duetu kayah & bregovic oczywiście pojawiła się już kilkanaście lat temu i bardzo dobrze pamiętam czasy jej popularności - prawy do lewego na każdej imprezie, śpij kochanie śpij na dyskotekach w czasie letniego obozu i tak dalej. słuchałam jej wtedy, potem zarzuciłam na długo długo i teraz odkrywam na nowo, oczywiście już z nieco innym spojrzeniem. warstwę tekstową mniej więcej pamiętałam, choć wiadomo, że teraz ją też rozumiem i odbieram już inaczej. zaskoczyła mnie jednak warstwa instrumentalna - nie pamiętałam, że jest aż tak ładnie zrobiona i że tak dużo różności tam pobrzmiewa. słucham w kółko z wielką przyjemnością. bałkańskie rytmy - nawet trochę w wersji pop - niosą w sobie tę niesamowitą energię, która i teraz każe mi tańczyć sobie pomiędzy kuchnią a salonem i podśpiewywać razem z kayah. nawet pomimo bolącej głowy.
z góry uprzedzam, że co do jordiego s. i wszelkich hesperionowych grup jestem pełna uwielbienia niezależnie od rodzaju ich wytworów, dlatego wszelkie moje pojmowanie ich muzyki zaczyna się od stopnia 'wspaniałość' i może być tylko jeszcze większą wspaniałością lub trochę mniejszą wspaniałością. armenian spirit jest większą wspaniałością, choć na pewno nie jest to postrzeganie w pełni obiektywne. tradycyjna muzyka ormiańska w jak zawsze niesamowicie dopracowanych aranżacjach. smyczki, bębny, fenomenalny duduk i jakaś taka wielka cisza wokół (o ile się nie mylę, to płytę nagrywano - jak w większości hesperionowych przypadków - chyba w którejś z pięknych ogromnych katedr), pełne skupienie, a jednocześnie mnóstwo emocji. do tych żywszych utworów - a jakże, tańczę, przytupuję, kręcę się i podskakuję. tych bardziej rzewnych po prostu całą sobą słucham.
swoją drogą - idealna muzyka na upały.
z musicalami jest chyba ten problem, że albo się je kocha, albo nienawidzi. m. należy zdecydowanie do frakcji kochających, ja do pewnego momentu nie byłam do nich przekonana, ale w końcu przez tyle lat indoktrynacji stało się to, co się stać musiało i wszystkie musicalowe hity już nie mają przede mną tajemnic. tak przynajmniej mi się wydawało... aż do chwili, w której odkryłam tę stronę. musicale zewsząd, wersje filmowe, wersje oryginalne, wersje karaoke, wersje koreańskie, musicale czeskie, rosyjskie, z republiki południowej afryki i w ogóle zewsząd. musicale, o jakich wam się nawet nie śniło - naprawdę. najlepsze w tym wszystkim to, że każdy zaprezentowany tam musical można ściągnąć i przesłuchać. nie wiem, na ile to legalne i na jakiej zasadzie działa (ach, te rosyjskie serwery...), na wszelki wypadek ściągnięte przeze mnie musicale-pomyłki po jednorazowym przesłuchaniu profilaktycznie usunęłam z dysku [głównie dlatego, żeby mi się nie włączyły przypadkiem podczas całościowej playlisty :>]. z tymi, które pomyłkami nie są, poromansujemy nieco dłużej... ;)
a wymieniona piosenka jest dla mnie jakimś czerwcowym soundtrackiem, po prostu. cała płyta pink martini jest bardzo przyjemna - zresztą nie tylko ta, ale akurat cante e dance tak mi niesamowicie czerwcowo wpadło w uszy i w głowę, że wcale nie chce stamtąd uciekać. bose stopy, lekka sukienka i - zgodnie z wyśpiewywaną propozycją - śpiewam i tańczę.
co do wydarzeń awansem - odbędą się przez najbliższe dni - zemsta w czwartek (i już nie mogę się doczekać, bo strasznie dawno nie było mnie w teatrze), percussionclaviers de lyon (<3!) w piątek (pojawiają się w polsce raz w roku i to będzie akurat ten dzień), koncert radziejowicki w sobotę, a ogrody muzyczne w niedzielę. jak zawsze - na wszelkie wydarzenia bardzo zapraszam, bo bardzo miło jest dzielić się dobrą muzyką (i, mam nadzieję, dobrym spektaklem) z innymi. w razie, gdybyście potrzebowali jakichś szczegółów, piszcie.
jak już kiedyś gdzieś wspominałam, jak będę duża, to zostanę semantyką. teraz mogę stwierdzić jeszcze, że jakbym była mądra, to zostałabym semiotyką. znaki i znaczenia zawsze mnie mocno fascynowały, choć nie zawsze rozumiałam to wszystko, co się na ich temat wiedzieć powinno, żeby się jakkolwiek o nich wypowiadać. niemniej - uwielbiam zbiory esejów eco w stylu tych po drugiej stronie lustra czy książki jak semiologia życia codziennego. nie podejmuję się recenzowania, bo mojej erudycji jeszcze dużo brakuje, żeby się z tym zmierzyć, uprzedzam też, że żeby zmierzyć się z samą książką trzeba przeprosić się z jacobsonem i jego wszelakimi kolegami po fachu i nie po fachu ;> ...ale mimo wszystko rozważania o serialowej powtarzalności, dziesięciu wymyślonych przez nas wizjach średniowiecza, czytelnikach naiwnych i krytycznych, tekstach typu gastronomicznego, powieściach sci-fi, złym malarstwie i wielu wielu innych i czyta się nadzwyczaj dobrze.
neuropsychologia to kolejna dziedzina, którą chętnie zajmowałabym się, gdybym była choć trochę mądrzejsza, a moje zainteresowanie biologią swego czasu nie kolidowało z zainteresowaniem muzyką (w wieku lat kilkunastu len chciała zostać biologiem botanikiem, ale jak kolejny raz termin drugiego etapu biologicznego konkursu/olimpiady/czegośtam pokrywał się z terminem egzaminów w szkole muzycznej, to jej przeszło. i teraz już za nic w świecie nie przypomni sobie, na czym polega mitoza). książki sacksa czytam z niesłabnącą fascynacją, szczerze polecam również muzykofilię, która swego czasu wyzwoliła we mnie nawet chęć studiów podyplomowych (ale też mi przeszło). w mężczyźnie... opisane są przypadki pacjentów z różnego rodzaju niedoborem i nadmiarem psychicznych supermocy, które mamy wszyscy, ale na tym odpowiednim poziomie. gdy czegoś nagle zaczyna być za mało lub za dużo - i nie mówimy tu o hormonach itp., a o psychice - zaczynają dziać się rzeczy dziwne i zdziwniejsze. czytałam tę książkę z zafascynowaniem, ale i z bardzo melancholijnym i smutnym zadumaniem nad ofiarami mózgowych zawirowań. przede wszystkim jednak z narastającą gęsią skórką, jak trzymający w napięciu thriller - tym straszniejszy, że duża część tych przypadłości była zupełnie niespodziewana, często przychodząca niezauważalnie i pozostająca już na zawsze. co oznacza, że coś podobnego może się przytrafić każdemu z nas, w każdym momencie. przestać odczuwać własne ciało? przestać rozpoznawać twarze - i tylko twarze, z zachowaniem rozpoznawania całej reszty? stracić zupełnie pamięć krótkotrwałą? bezwiednie popaść w mitomanię lub nieustającą, zamęczającą kreatywność? strach.
adele atakuje z radia już dość długo, a skyfall często długo nie chce mi wyjść z głowy. ale dopiero teraz postanowiłam zapoznać się z resztą twórczości, czyli wszystkimi pozostałymi piosenkami, które nie załapały się na radiową promocję. i jestem bardzo na tak - głosu adele nie muszę wam opisywać, bo na pewno już słyszeliście go już wiele, wiele razy, ale właśnie taki głos - ciepły, głęboki i tak odpowiednio wyważony w każdym momencie bardzo do mnie przemawia. dodatkowo piosenki są z rodzaju tych niegłupich - z pięknymi harmoniami, w dobrych aranżacjach i z podświadomym dodatkiem czegoś spokojnego-ze-środka, co na pewno będzie mnie ogrzewać w zimowe autobusowe poranki.
płyta duetu kayah & bregovic oczywiście pojawiła się już kilkanaście lat temu i bardzo dobrze pamiętam czasy jej popularności - prawy do lewego na każdej imprezie, śpij kochanie śpij na dyskotekach w czasie letniego obozu i tak dalej. słuchałam jej wtedy, potem zarzuciłam na długo długo i teraz odkrywam na nowo, oczywiście już z nieco innym spojrzeniem. warstwę tekstową mniej więcej pamiętałam, choć wiadomo, że teraz ją też rozumiem i odbieram już inaczej. zaskoczyła mnie jednak warstwa instrumentalna - nie pamiętałam, że jest aż tak ładnie zrobiona i że tak dużo różności tam pobrzmiewa. słucham w kółko z wielką przyjemnością. bałkańskie rytmy - nawet trochę w wersji pop - niosą w sobie tę niesamowitą energię, która i teraz każe mi tańczyć sobie pomiędzy kuchnią a salonem i podśpiewywać razem z kayah. nawet pomimo bolącej głowy.
z góry uprzedzam, że co do jordiego s. i wszelkich hesperionowych grup jestem pełna uwielbienia niezależnie od rodzaju ich wytworów, dlatego wszelkie moje pojmowanie ich muzyki zaczyna się od stopnia 'wspaniałość' i może być tylko jeszcze większą wspaniałością lub trochę mniejszą wspaniałością. armenian spirit jest większą wspaniałością, choć na pewno nie jest to postrzeganie w pełni obiektywne. tradycyjna muzyka ormiańska w jak zawsze niesamowicie dopracowanych aranżacjach. smyczki, bębny, fenomenalny duduk i jakaś taka wielka cisza wokół (o ile się nie mylę, to płytę nagrywano - jak w większości hesperionowych przypadków - chyba w którejś z pięknych ogromnych katedr), pełne skupienie, a jednocześnie mnóstwo emocji. do tych żywszych utworów - a jakże, tańczę, przytupuję, kręcę się i podskakuję. tych bardziej rzewnych po prostu całą sobą słucham.
swoją drogą - idealna muzyka na upały.
z musicalami jest chyba ten problem, że albo się je kocha, albo nienawidzi. m. należy zdecydowanie do frakcji kochających, ja do pewnego momentu nie byłam do nich przekonana, ale w końcu przez tyle lat indoktrynacji stało się to, co się stać musiało i wszystkie musicalowe hity już nie mają przede mną tajemnic. tak przynajmniej mi się wydawało... aż do chwili, w której odkryłam tę stronę. musicale zewsząd, wersje filmowe, wersje oryginalne, wersje karaoke, wersje koreańskie, musicale czeskie, rosyjskie, z republiki południowej afryki i w ogóle zewsząd. musicale, o jakich wam się nawet nie śniło - naprawdę. najlepsze w tym wszystkim to, że każdy zaprezentowany tam musical można ściągnąć i przesłuchać. nie wiem, na ile to legalne i na jakiej zasadzie działa (ach, te rosyjskie serwery...), na wszelki wypadek ściągnięte przeze mnie musicale-pomyłki po jednorazowym przesłuchaniu profilaktycznie usunęłam z dysku [głównie dlatego, żeby mi się nie włączyły przypadkiem podczas całościowej playlisty :>]. z tymi, które pomyłkami nie są, poromansujemy nieco dłużej... ;)
a wymieniona piosenka jest dla mnie jakimś czerwcowym soundtrackiem, po prostu. cała płyta pink martini jest bardzo przyjemna - zresztą nie tylko ta, ale akurat cante e dance tak mi niesamowicie czerwcowo wpadło w uszy i w głowę, że wcale nie chce stamtąd uciekać. bose stopy, lekka sukienka i - zgodnie z wyśpiewywaną propozycją - śpiewam i tańczę.
co do wydarzeń awansem - odbędą się przez najbliższe dni - zemsta w czwartek (i już nie mogę się doczekać, bo strasznie dawno nie było mnie w teatrze), percussionclaviers de lyon (<3!) w piątek (pojawiają się w polsce raz w roku i to będzie akurat ten dzień), koncert radziejowicki w sobotę, a ogrody muzyczne w niedzielę. jak zawsze - na wszelkie wydarzenia bardzo zapraszam, bo bardzo miło jest dzielić się dobrą muzyką (i, mam nadzieję, dobrym spektaklem) z innymi. w razie, gdybyście potrzebowali jakichś szczegółów, piszcie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
