Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włóczykijstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włóczykijstwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 września 2016

znowu to zrobiłam

ostatnio często bywam w miejscach, gdzie spotykałam śniących mi się mężczyzn. ten kwadracik ulic jest tak mocno wyryty w mojej głowie, że bezwiednie kieruję tam kroki, nadrabiam te dwie czy trzy przecznice i nagle się okazuje, że jestem właśnie tam. szczególnie teraz, gdy niskie słońce zaczęło wyglądać jak światło z moich sennych majaków.
zawsze przy takim powrocie na miejsce zbrodni, wycieczce na skraju mojej wewnętrznej legalności, czuję w brzuchu ekscytację i strach. bo co będzie, jeśli któregoś z nich spotkam rzeczywiście (na co nie zapowiada się nigdy), a będę akurat z grzywką za długą, do połowy oka? albo w piżamie, w której zazwyczaj przemykam szybko do masażysty i z powrotem? albo będę jeść jagodziankę i mieć na nosie fiolet z lukrem?
gdy dociera do mnie absurd tej sytuacji, sama siebie besztam, sama sobie w ukryciu przed sobą uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.

i wracam.

sobota, 11 czerwca 2016

lato w mieście, vol. 1

dużo zieleni, duszący zapach dziwnych kwiatów i krążąca nisko deszczowa chmura. mam wrażenie, że to wszystko już się kiedyś zdarzyło, ale brakuje mi nietoperzowej spódnicy i tej trzepoczącej nerwowości, tak charakterystycznej dla tamtego czasu. roztrącam czubkiem buta kamyki na parkowej ścieżce (podłoże mineralne przyjazne środowisku, przepuszcza wodę i jest odporne na warunki atmosferyczne), a wszystko zamiast się rozmywać, jest aż przerażająco twarde i wyraźne. rytmiczne szuranie krokami, napierająca jaskrawa zieleń i groźba burzy działa nieco przytłaczająco, trochę jak sen, w którym za chwilę coś ma się wydarzyć. ciężka torba, w głowie echo trudnych rozmów, idę z próbą niemyślenia o niczym, i wtem:
ktoś kąpie psa w fontannie. no nie zdzierżę, ktoś bezmyślnie kąpie psa w fontannie.

a tam przecież obieg zamknięty, nie wiadomo, co w tej wodzie jest, a raczej wiadomo, chemii tyle i jeszcze trochę, żeby woda nie zakwitła gdzieś pomiędzy rurą a wystrzałem w powietrze. i ktoś w tym niewiadomoczym, w tej chemii, kąpie psa, pies bryka, pije tę wodę i w ogóle straszność. a poza tym, to kłaki kudłacza zaraz zapchają filtry fontannowe, wszystko się zapcha, będzie awaria, będzie śmierdzieć, będą naprawy. a ktoś na oko dwa razy większy ode mnie kąpie sobie psa w fontannie, tak po prostu.

prycham pogardliwie i nagle uświadamiam sobie, że przecież nigdy nie pomyślałabym, że zostanę w jakimś sensie dozorcą parku (kontekst znaczący: patrz włóczykij w muminkowym lecie), że interesować mnie będą płotki odgradzające trawniki i to, na jaki kolor maluje się ławki. i tysiące, tysiące kwiatów. i jeszcze glediczja, ta paskuda, co jak się raz o niej dowiedziałam, to pozostanie mi w mózgu już chyba na zawsze.

i przez to wszystko typ z psem zdążył się ulotnić. ale proszę, do jasnej cholery, nie wpadajcie na takie pomysły. w fontannie, no też coś.

piątek, 1 stycznia 2016

koncert noworoczny

koncert noworoczny, ten z wiednia. zawsze oglądamy, nieważne, jak przebiegała sylwestrowa impreza. i nieważne, że umpapa, że złotość i kwiecistość i ten marsz na bis na wieki wieków. zawsze, jeszcze od czasów niemieszkania razem, a potem, to już zupełnie obowiązkowo. to daje jakąś taką pewność, że jest dobrze, że tamten rok się skończył, a ten już zaczął, i chociażby nie wiem co, to jest umpapa, dyrygent i to poczucie odświętności, chociaż my zazwyczaj z herbatą, w kocu. i, o zgrozo, w dresie.

kiedyś, chociaż nie tak bardzo dawno temu, ale jeszcze w trochę innym życiu, m. grał koncert w tej złotej sali. wtedy dziko i spontanicznie z pewną częścią rodziny postanowiliśmy pojechać i go posłuchać, ktoś samochodem, m. z orkiestrą wcześniej, ja samotnie pociągiem później (i to wtedy spotkałam kierowcę tirów zbierającego szklane kule i specjalistę od wiśniowej tapicerki z samochodu marylin m.). punktem spotkania była knajpa nad rzeką, jak już w końcu tam dotarłam po rozmowach z biletomatami, to czekał na mnie nawet sznycel wielkości obiadowego talerza. potem dopadł mnie dziwaczny stary pensjonat żywcem wyjęty z powieści (nadal ilustruje mi sny i książkowe wyobrażenia), jazda metrem w wieczorowej kreacji i bieg na szpilkach. w końcu sam koncert, podczas którego okazało się, że siedzenia strasznie trzeszczą, na balkon prowadzą schody jak do baszty, podłoga zadeptana jest na amen, a złoto łuszczy się i odpada niczym jakiś pyłek podstarzałych wróżek. ale mimo wszystko magia szalonej podróży i dziwności trwała. doprowadziła nas do mieszkania w hotelu, który firmowałam własnym imieniem (+ twarzą na witającym przyjezdnych bannerze), i do tych słynnych woskowych wnętrzności, marcepanowego sushi oraz innych wunderbarów w trzydziestostopniowym upale.

i od tamtej pory zawsze koncert noworoczny to też okazja do jednak wciąż zaskakujących wspomnień z wiedeńskiej gorączki, uśmiechu i życzenia sobie jeszcze wielu takich przygód.

i na ten nowy rok, wystukując ten post na ekranie telefonu, z dzieć śpiąca mi nogami na ramieniu, właśnie takich przygód wam życzę. a koncertu posłuchajcie koniecznie! :)

poniedziałek, 9 września 2013

są takie średnie miasta

kilka dziwnych dni w kliku niedużych miastach, praktycznie identycznych, mijanych po kolei wzdłuż każdej z tras. rynek z kościołem i pomnikiem papieża bądź marszałka, parterowe domy - w czasach świetności kolorowe, w gorszych czasach brudnoszare, w naszych - urągające pojęciu architektury. czasem dom kultury, mały supermarket na wjeździe, stacja benzynowa na wyjeździe. albo odwrotnie.
nadto wymalowane kobiety, nieco wymięci mężczyźni, grube i głośne dzieci. chłopaki z papierosami zgromadzeni wokół samochodów, przyglądające im się nieco z ukosa i z dystansu dziewczyny. wszystko i wszyscy jako idealne ucieleśnienie stereotypów, w które nadal nie chce mi się wierzyć.

i dużo, dużo myślenia, czy oglądane codziennie od dziecka budynki i twarze w jakikolwiek sposób determinują to, co dalej? a jeśli tak, to jak bardzo? len jest od zawsze z ogromnego miasta, chociaż bardziej w klimacie ocalałych przedwojennych przedmieść i podlasów. teraz w samym środku, i choć nad jeziorem, to jednak wielkomiejskość zewsząd, wielkomiejskością się oddycha. i dobrze z tym.
kim byłaby len z małego miasteczka?

a na obrazku miasteczko z lekka weselsze

wtorek, 11 czerwca 2013

londyn, po raz ostatni (choć to i tak nieprawda)

zastanawiałam się, czy pisać coś jeszcze - w końcu londyn dla niektórych to jak gdańsk czy kraków, a poza tym, to pełno go w filmach, książkach, gazetach i tak dalej. o, i w serialach również (od czasu powrotu m. zagryza śniadania fragmentami londyńczyków, ja pozostanę wierna wiadomym produkcjom). tyle już o londynie powiedziano, że raczej nie wniosłabym nic nowego, dlatego dorzucę tylko kilka bardzo osobistych wrażeń.

po pierwsze:
londyn okazał się właśnie taki, jak go sobie wyobrażałam (no, może poza pogodą. niebo było cały czas niebieskie i nie spadła ani jedna kropla deszczu). aż gęsia skórka, że rzeczywistość może okazać się czymś tak bliskim wymyślanym sceneriom. takie bardzo dziwne uczucie, kiedy pojawiasz się gdzieś pierwszy raz w życiu i okazuje się, że tam jest tak, jakbyś mieszkał tam już kiedyś przez dziesięć lat i teraz tylko wrócił.

po drugie:
w związku z powyższym londyn wydaje mi się idealnym place to be, choć może to trochę naiwne wyrabiać sobie taki sąd po zaledwie czterech dniach. ale ponieważ uważam, że takie rzeczy się po prostu czuje - od razu - temu przeczuciu radośnie przyklaskuję (a np. berlin, mimo całego swojego kolorytu, nigdy dla mnie takim miejscem nie będzie, podobnie jak kopenhaga). oczywiście szanse przeprowadzki właśnie tam (oraz jakiejkolwiek innej) są mniej niż nikłe, ale nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć. w każdym razie - na pewno tam wrócę.

i po trzecie:
niemalże zgodnie z planem zobaczyliśmy dużą część tego, co jest najważniejsze i co się bezwzględnie zobaczyć powinno. podążyliśmy też szlakiem sherlockowym, co widać dwie notki niżej. jednak nie była to wycieczka "londyn dla opornych" - przemieszczaliśmy się po mieście od rana do późnej nocy, skorzystaliśmy chyba ze wszystkich możliwych środków transportu publicznego - oprócz zaznaczonej na mapie komunikacji kolejki linowej, która nas kusiła, ale nie zdążyliśmy do niej dotrzeć. mieszkaliśmy w bardzo multikulturowym croydon, udało nam się odwiedzić greenwich i załapaliśmy się na armatnie salwy ku czci królowej. niemniej - zabrakło jeszcze wielu, wielu dni, żeby chociaż dotknąć tego, czego dotknąć by się chciało i wejść do tych wszystkich wnętrz, do których wejść trzeba. dlatego - na pewno jeszcze wrócimy, nie ma innej możliwości :)

czwartek, 6 czerwca 2013

londyn - kuleenaria.

zupełnie niespodziewanie londyn okazał się także wycieczką kulinarną, w dodatku mocno międzynarodową.

na początek, tuż po przyjeździe, kluchy u włocha na jednym z dworców - zupełnie jak nie-dworcowe jedzenie, dobrze napełniające brzuch i wprawiające w dobry humor. a potem było już tylko lepiej.

hummus bro w soho. mają naprawdę świetny hummus. NAPRAWDĘ ŚWIETNY. do tego przepyszne sosy, aromatyczne przyprawy i gorące ciemne pity, wszystko pięknie podane, sycące i rozleniwiające. na dodatek - jedzenie hummusu prawdę ci powie (o tobie). jakby tych przyjemności jeszcze było mało, to obsługującymi nas kelnerami okazali się rzecz jasna rodacy-londyńczycy, z którymi przeprowadziliśmy wymienne transakcje - my im pogadankę po polsku, oni nam hummusową porcję dwa-sosy-w-jednym. następnie - oni nam bonusowo-gratisowy deser (malabi z karmelowym sosem, błogość!), my im napiwek i życzenia wszelkiej pomyślności. wszyscy absolutnie zadowoleni.

żeby stołować się knajpianie w londynie, trzeba jednak mieć co nie co w portfelu. w związku z tym oczywiście nie uniknęliśmy kulinarnych grzechów typu sushi z sieciówki, chiński makaron z pudełka - z różowym imbirem i jakimiś bardzo mi nieznanymi warzywami czy w końcu frytki z popularnego fastfoodu na m. niemniej - slow food też się nam przydarzył.

brazylijska gorąca czarna zupa z fasoli. fenomenalny sok z jagód acai, po którym czułam się przynajmniej jak po soku z gumijagód. kremowy deser z marakui. waniliowy krem, ciasteczka i limonki, warstwami, w małych, mocno schłodzonych miseczkach. drinki z truskawkami na brazylijskim spirytusie. wszystko to przy akompaniamencie rozgadanej ciemnookiej gromadki, tańców z shakerem oraz okrzyków kibicujących transmitowanemu właśnie na żywo meczowi brazylia-anglia. galeto. polecamy.


w międzyczasie - full english breakfast. ja się nie odważyłam - mój-teoretycznie-na-lekkostrawnej-diecie brzuch ma jednak jakieś granice tolerancji. m. za to zajadał się tymi jajkami na bekonie, smażonymi tostami, kiełbaskami, gotowaną fasolką oraz podpiekanymi pomidorami i grzybami. podobno dobre i sycące - w to drugie wierzę bezgranicznie.
jedno z tych śniadań jedliśmy w dobrze znanym z sherlocka speedy's, które jest rzeczywiście spokojną małą knajpką, w której stołują się robotnicy z pobliskiej budowy. oraz sherlockowi fani ;]
oprócz tych megaśniadań mają też wrapy (jest sherlockowy i watsonowy), mnóstwo kanapek, bułek, sałatek, a i obiadowe menu wyglądało całkiem nieźle. chrupiący podgrzany bajgiel z masłem i kremowym serkiem, sałatka owocowa i zdjęcia z sherlockowego planu na ścianach. mniam.

obiad u jamiego sprowokował nas do myśli
o powiększeniu rodziny. a raczej o tym,
żeby takowego zaniechać, a zaoszczędzone
w ten sposób pieniądze przejeść w tej knajpie.


najlepsze trafiło się na koniec. jamie oliver. do jego restauracji wciągnął mnie m., który w swoim artystycznym świecie równoległym jeszcze nie zarejestrował istnienia takiej postaci i był zdziwiony, że ja niejakiego jamiego kojarzę... poszliśmy we włoskość. robione na miejscu makarony. ravioli w formie cukierków nadziewanych kurczakiem, ricottą i cytryną, z kremowym sosem i pistacjami. sos bolognese z winem i chrupiącymi drobinkami pieczywa, tak boski, że w oczach aż łzy przyjemności. tiramisu smakujące jak pierwszorzędne espresso z lekką nutą pomarańczy. cytrynowe pie - prawie jak sernik, z podpiekanym kremem, chrupiącym karmelem i smakiem cytryny gdzieś w okolicach absolutu. z każdym kęsem coraz bardziej błogo i coraz smutniej, że coraz bliżej końca.

podczas tego obiadu doszłam do wniosku, że jedzenie jest dla mnie niesamowitą przyjemnością - samo w sobie, a jedzenie dobrych rzeczy - przyjemnością niesamowitą jeszcze bardziej. po prawie dwóch latach różnych dzikich diet i ograniczeń chce mi się tańczyć z dziękczynienia, że jednak mogę tego wszystkiego spróbować, że zakazy przestały być restrykcyjne, że jednak nie stracę tego źródła ogromnej radości. ach.

a na sam sam koniec - teoretycznie nie powinnam jeść słodyczy. ale batoników maltesers teasers zjadłam tak niesamowite ilości, że aż wstyd się przyznawać ;)