czwartek, 14 kwietnia 2016

komu w drogę

tak w ogóle, to się udało. nie wiem, czy to dobrze, czy źle, bo znowu pakuję się w coś, co można banalnie porównać do skoku na oślep, z głową w dół. i z lękiem wysokości.
i wiem, że teraz znów wszystko będzie inaczej, a - rosnąca wraz z wiekiem - paszczakowata część mojej duszy bardzo nie lubi takich nagłych wielkich zmian. i że na pewno nie będzie świętego spokoju [dzika panika mode on], że zanim wrócimy do jakiejkolwiek rutyny, to minie mnóstwo czasu i takie tam. i chociaż tłumaczę sobie, że przygoda! nowości! wysiłek intelektualny i ruszenie się z kanapy, to jednak trochę bleh. znaczy się kryzys wieku, czy typowe lenistwo..?
teraz przez chwilę tymczasowość, start w poniedziałek, kciuki standardowe przydadzą się jak zawsze.

czwartek, 7 kwietnia 2016

tak na szybko

uprasza się o usilne trzymanie kciuków, ponieważ jutro bladym świtem będzie się decydować kolejne znaczące bum w życiu leńskim. jeśli się uda, to w pojedynku życie bez zdarzeń kontra rozwalam ład na najbliższy czas zdecydowanie wygra to drugie.
panika!

środa, 9 marca 2016

słabocha

wiosna jasna jak cholera
czuję się w obowiązku was o tym powiadomić, ja, len, wasz kulejący bloger pogodynkowo-kalendarzowy. i jeszcze standardowy dodatek meteopatologiczny - mogą pojawiać się bóle głowy spowodowane światłem, świstem i światem, zmęczenie, mrużenie oczu, niemożność wszystkiego i egzystencjalne fuj. tyle ja.

działa na mnie
katrupiąco
tyle miron.

wiosną we mnie dmuchło
na zdechło
 
(po prostu kocham faceta. mimo że trup.) 

poniedziałek, 8 lutego 2016

srogi

wydawało mi się, że co roku piszę notkę lutową o tytule 'srogi', jednak jak przejrzałam archiwa, to okazało się, że jednak nie. że pisałam je jeszcze w innym życiu, a w tym obecnym tylko co roku sobie taką notkę obmyślam i podrzucam w głowie, aż w końcu prawdopodobnie robi się marzec i jest po wszystkim.

i przeczytałam te lute dawne. i znów tak bardzo zalało mnie morze wspomnień, że się w nim utopiłam (mel-alko-lija, pisałam kiedyś, może to jest jakieś rozwiązanie, tak bardzo dawno nie piłam do skutku, abstynencje z tysiąca powodów zepsuły mnie zupełnie). i po raz kolejny myślę, jak bardzo powinnam mieć zakazane taplanie się w sobie.

bo luty to taki trochę szczególny miesiąc. bo bardzo go nie lubię, bo ciemno, bo zimno, bo mróz, bo bezsens istnienia i straszliwe noce. z drugiej strony właśnie na luty (i nie, absolutnie nie ze względu na wszelakie święta) przypadają różne wydarzenia w archiwach moich emocji. bo były lute dziwne, szalone, zimne, rozpaczliwe i zdumiewające. i co roku drżę przed tym lutym, przypisuję mu jakieś tajemnicze i symboliczne znaczenia, wyolbrzymiam co się da resztkami wyobraźni i czekam na to coś, co się wydarzy. zazwyczaj nie wydarza się nic szczególnego, ale, jak już bardzo dobrze wiem, to właśnie z takich nicszczególnych rozwijają się potem kłębki nieprawdopodobnych historii.

więc znów luty. len wciąż w miarę bezpiecznie zagrzebana w ściółce i kocach, nie wystawia nosa na zewnątrz bez palącej potrzeby. nawet dzieć oddelegowuję na spacery z innymi. na każdą myśl o zmianie tej sytuacji całe moje ciało protestuje i to, że napisałam sobie na nowo stare cv, odchorowywałam przez trzy dni. emocje mam kruche i splątane, i nie wiadomo, czy to hormony, depresja czy magia.

za archiwów dowiedziałam się, że dawno temu, w innej poplątanej lutowej sytuacji przeczytałam postrzyżyny i trochę mi pomogły. i może przeczytam je jeszcze raz. a jak pomogą, to hrabala ustanowię osobistym terapeutą.
[i wciąż czeski film. tak już chyba musi być. stay tuned.]

środa, 20 stycznia 2016

len o nicości

zima to standardowy czas myślenia o złu, wszechświecie i nicości (nieco skostniałego, ze względu na miłościwie nam panujące temperatury) oraz tych wszystkich pytaniach, na które odpowiedź od dawna brzmi czterdzieści dwa. im więcej czytam o czasie, przestrzeni, atomach i reakcjach chemicznych oraz tym, co może nas zmieść z powierzchni, tym bardziej kłuje mnie przerażenie. nie mogłabym zajmować się fizyką, natychmiast zwariowałabym (również w tym takim ściśle medycznym znaczeniu) z poczucia bycia pyłkiem. równoległe światy, reinkarnacja i niebo z piekłem to urocze koncepty, ale umówmy się - wystarczy przewrócić się na schodach i wyrżnąć głową w poręcz, a potem nie ma już nic. za każdym razem, gdy to sobie uświadamiam, zapadam się w sobie bardzo głęboko. i w końcu dochodzę do wniosku, że czterdzieści dwa to wcale nie jest zła odpowiedź.

piątek, 1 stycznia 2016

koncert noworoczny

koncert noworoczny, ten z wiednia. zawsze oglądamy, nieważne, jak przebiegała sylwestrowa impreza. i nieważne, że umpapa, że złotość i kwiecistość i ten marsz na bis na wieki wieków. zawsze, jeszcze od czasów niemieszkania razem, a potem, to już zupełnie obowiązkowo. to daje jakąś taką pewność, że jest dobrze, że tamten rok się skończył, a ten już zaczął, i chociażby nie wiem co, to jest umpapa, dyrygent i to poczucie odświętności, chociaż my zazwyczaj z herbatą, w kocu. i, o zgrozo, w dresie.

kiedyś, chociaż nie tak bardzo dawno temu, ale jeszcze w trochę innym życiu, m. grał koncert w tej złotej sali. wtedy dziko i spontanicznie z pewną częścią rodziny postanowiliśmy pojechać i go posłuchać, ktoś samochodem, m. z orkiestrą wcześniej, ja samotnie pociągiem później (i to wtedy spotkałam kierowcę tirów zbierającego szklane kule i specjalistę od wiśniowej tapicerki z samochodu marylin m.). punktem spotkania była knajpa nad rzeką, jak już w końcu tam dotarłam po rozmowach z biletomatami, to czekał na mnie nawet sznycel wielkości obiadowego talerza. potem dopadł mnie dziwaczny stary pensjonat żywcem wyjęty z powieści (nadal ilustruje mi sny i książkowe wyobrażenia), jazda metrem w wieczorowej kreacji i bieg na szpilkach. w końcu sam koncert, podczas którego okazało się, że siedzenia strasznie trzeszczą, na balkon prowadzą schody jak do baszty, podłoga zadeptana jest na amen, a złoto łuszczy się i odpada niczym jakiś pyłek podstarzałych wróżek. ale mimo wszystko magia szalonej podróży i dziwności trwała. doprowadziła nas do mieszkania w hotelu, który firmowałam własnym imieniem (+ twarzą na witającym przyjezdnych bannerze), i do tych słynnych woskowych wnętrzności, marcepanowego sushi oraz innych wunderbarów w trzydziestostopniowym upale.

i od tamtej pory zawsze koncert noworoczny to też okazja do jednak wciąż zaskakujących wspomnień z wiedeńskiej gorączki, uśmiechu i życzenia sobie jeszcze wielu takich przygód.

i na ten nowy rok, wystukując ten post na ekranie telefonu, z dzieć śpiąca mi nogami na ramieniu, właśnie takich przygód wam życzę. a koncertu posłuchajcie koniecznie! :)