piątek, 15 maja 2015

świat piękny i różny

podobno naukowcy udowodnili, że bycie meteopatą ma dużo wspólnego z byciem psychopatą, a mianowicie - że większość tej usterki jest powodowana przez mózg li tylko. mój umysł musi zatem mieć wielką moc sprawczą, ponieważ bezradni lekarze od brzucha usiłowali mi wmówić, że noce bezsenne z bólu też tylko sobie wymyślam (może zacznę myśleć o wygranej w totolotka..?)

...ponieważ, mili państwo, nie jestem meteopatą. jestem jedną wielką meteopatologią. gdy ciśnienie leci w dół na łeb, mój łeb leci na stół, biurko czy co tam akurat mam pod twarzą. pielęgniarka mierząca mi ciśnienie mówi, że powinnam pełzać a nie chodzić (może to jest jakaś myśl?), lekarz ze zdumieniem patrzy na wyniki pomiarów i stwierdza, że zadziwiająco dobrze się trzymam, jak na coś takiego.
gdy zbliżają się chłody i deszcze, moje stawy wysyłają alarmujące ostrzeżenia o grożącej nam klęsce żywiołowej w postaci monsunów i zlodowaceń, a jednocześnie drwiąco przypominają, że gdyby kózka nie skakała przez te siedem lat, to może by nie miała teraz problemów z przejściem z pokoju do kuchni (a co za tym idzie, nie była zagrożona wizją śmierci głodowej w porze obiadowej).
dodatkowo zupełnie obezwładniają mnie upały. i mrozy.
i czasem jeszcze słowa, dziś na przykład pan cogito dla kobiecych pism po raz kolejny zmienił mnie w małą kupkę resztek-po-lenku (choć to przecież wcale nie moje pierwsze samotne dni w domu nad jeziorem ani nawet nie jesień).

czwartek, 30 kwietnia 2015

zbyt rzadko się przeciągam, tak myślę.

coraz więcej gadam do siebie. to znaczy teoretycznie do dzieć, a ona nawet zaczyna odpowiadać (i szeroko opowiadać) w tym swoim mandaryńskim uproszczonym, niemniej - nadal trudno mówić mi do niej inaczej niż do kota. zatem to, co gadam, jest jednak do siebie.
cośtam w głowie mówi, że w takim razie lepiej pisać, a cośtam innego powiedziało, że przecież blog. ach, no tak, zdążyłam zapomnieć. serio serio, nadal jak trafi mi się noc z siedmioma godzinami snu, to te siedem godzin będzie miało przynajmniej dziesięć przerw, więc czasem trochę mi się rzeczywistość plącze, świat, ludzie, cała reszta. tymczasem trauma powrotu do pracy coraz bardziej daje o sobie znać i w końcu wypadałoby jednak wrócić do językowej sprawności, jakkolwiek to nie zabrzmi. i czas przestać usprawiedliwiać słów niepotraf odpieluszkowym zapaleniem mózgu, bo chociaż dzieć wcale nie jest mniej wymagająca niż ten już-prawie-rok temu, to jednak oczekiwania świata wobec lenka zdecydowanie wzrosły.
tymczasem znów śni mi się polon z całym dobrodziejstwem inwentarza i dochodzę do wniosku, że przecież raczej nie powiedziałabym, że to był najfajniejszy czas tak w ogóle. a zaczynam tak myśleć. i nie wiem, czy przez sny, czy przez czasowe oddalenie, czy po prostu tak było, o.

niedziela, 12 kwietnia 2015

wiosna jasna jak cholera

ludzie kichają od wiatru i słońca. trwa wyścig, kto już bardziej letni (psy w wodzie i ubrana w krótkie spodenki klientela burgerowni), a kto jeszcze zimowy (mój sen na przykład). jednak konieczność codziennego wychodzenia do ludzi - a przynajmniej do kaczek i kilku innych krążących wokół naszego jeziora zombie z wózkami - sprawia, że wiosna na siłę wciska mi się pod grzywkę. setki nowych piegów (zaprawdę powiadam wam, z roku na rok coraz gorzej), lekka chęć na włosy w kolorze pomarańczy i przekopywanie się przez sterty zimowych ubrań.
i szczerze wam powiem, że zupełnie rozwala mnie myśl o tym, że za miesiąc mam być w pracy, która na mnie czeka, a na którą ja niezbyt. zupełnie tego nie widzę.

niedziela, 22 marca 2015

wiośnie

przedwiośnie, motyla noga - choć już teoretycznie wiosna, co dała znać o sobie porankiem ze śniegiem i bólem stawów. zatem - przedwiośnie, przesilenie, przemęczenie, przewszystko. trzy, cztery, sześć, osiem nieprzespanych nocy - i to tak naprawdę nieprzespanych, nie retorycznie - w tym kilka z nie dość, że jęczącym, to jeszcze i gorączkującym dzieckiem. oraz nieprzespane noce ze śpiącym dzieckiem, a za to pobudzonym kotem uparcie nawalającym w drzwi z szybą i lustra szaf, żebym przypadkiem nie spróbowała pospać (pierwszy raz od mniej więcej roku) dłużej niż trzy godziny ciągiem - bo jeszcze się przyzwyczaję do dobrego i co wtedy. marzec jego mać.
noce, podczas których stwierdzam, że samotne rodzicowanie to jest coś zdecydowanie ponad moje siły, ale poza stwierdzeniem mogę ewentualnie tylko zacisnąć zęby, potrzeć alergicznie łzawiące oko i po raz sześćdziesiąty zresetować dziecia (przez podniesienie, przytulenie i położenie z powrotem). i mieć nadzieję, że się za moment nie rozkwęka. i nie obudzi kota.
tymczasem dzieć prezentuje uroczą, nadal bezzębną, za to solidnie zakropkowaną buzię i świetnie nadaaje się do zilustrowania leksykonu chorób wieku dziecięcego. a do mnie dzwoni lekarz, żebym do niego już-teraz-zaraz-natychmiast, bo wyniki badań mówią, że jednak cienki lenek cienki i trzeba działać, bo będzie źle. bardzo źle.

i podobno za dwa miesiące powinnam już być w pracy.

czwartek, 26 lutego 2015

bo kocham cię najbardziej, gdy analizujesz fugi

minęło dziesięć lat, ale mnie nic nie minęło. nadal kurczę się w sobie, gdy go nie ma, nieważne, czy chodzi o kilka godzin, dni, tygodni, czy - jak ostatnio - miesięcy. z drżeniem rąk zapalam codziennie tę drugą nocną lampkę, ze ściśniętym gardłem chronię przed zachlapaniem ten drugi ręcznik (który, choć nieużywany, zmieniam z identyczną częstotliwością jak swój). panicznie boję się naruszyć domową równowagę, nie chowam mu szczoteczki do zębów (nawet ze świadomością, że się kurzy. ale ostatnio i tak wymieniłam obydwie), a jak kiedyś teściowa wstawiła do szafki jego codzienny kubek, to zareagowałam niemal histerią.
bo wszystko musi być tak, jak było, wszystko w liczbie podwójnej, siódmy czy dziesiąty zmysł zapiera się rękami i nogami przed przekraczaniem tej strasznie kruchej granicy, po której już tylko myśl o nieodwracalności, myśl najgorsza, a jednocześnie najbardziej prześladująca w snach.
takie jest, chłopcy, takie jest piekło.

czwartek, 5 lutego 2015

niewyparzona

nigdy nie należałam do typów radykalnych i głośnych. spokój, wycofanie, żadnych awantur, jak komuś już naprawdę trzeba coś przykrego powiedzieć, to tak obudować, żeby ten obuch jednak przez poduszkę, zero gwałtownych słów i pokrętne metafory, żeby tylko nie powiedzieć źle. kto słyszał len przeklinającą lub widział miotającą się w złości, temu z miejsca stawiam kawę i ciastko. i tak od zawsze, i tak było dobrze.
do czasu.
stałam się len-matką-polką-karmiącą-icotamjeszcze, i nie wiem, czy to hormony tak się rzucają na mózg (na pewno trochę tak, to jakieś bardzo głębokie instynkty), czy po prostu kilka miesięcy niespania i słuchania wrzasku niezbyt dobrze robi w głowę, ale - zmieniło mi się. przestałam mieć problem z mówieniem prosto z mostu, jak bardzo coś mi się nie podoba i jakie widzę luki w umysłowości denerwującego mnie rozmówcy. nazywam po imieniu wydumane problemy, dziko walczę o swoje (i dziecia) i mam uczulenie na jakiekolwiek przejawy drama queen w zasięgu kilkunastu metrów. staję się prosto babo i całkiem mi z tym dobrze.
być może chodzi o to, że szczątki zachowanej energii są zbyt cenne, żeby marnować je na - ładniej ujmując - pitolenie o kuperkach marysinych. albo po prostu to czysta biologia - wszak nie drażni się matki karmiącej.

ps. jeśli chodzi o książki, to na lubimyczytać (gdzie funkcjonuję jako leen) w tym roku postanowiłam skrupulatnie oznaczać co właśnie czytam, a jak coś przeczytałam, to kiedy skończyłam. zatem ciekawych lektur leńskich odsyłam właśnie tam.