poniedziałek, 3 marca 2014

strawa na luty

1. książki
- rublowka walerij paniuszkin
- nie ma ekspresów przy żółtych drogach andrzej stasiuk
- zatańcz ze mną ostatni walc zelda fitzgerald
- recepta na miłość  barbara o'neal

2. muzyka
koncert na dwa fortepiany i orkiestrę d-moll francis poulenc

w lutym zupełnie mniej, ale i luty sam z siebie nieco krótszy, a i len trochę nie w formie (z ciśnieniem 88/47 i liczbą czerwonych krwinek, przy jakiej normalny człowiek wolałby się czołgać niż chodzić).
[a w którejś z reklam cudownych pastylek pojawia się stwierdzenie, że są dla osób o anemicznym wyglądzie. za każdym razem zastanawiamy się z m., czy się kwalifikuję - bo powinnam - i czym w takim razie różnię się od reszty społeczeństwa]
i jeszcze to, że luty to jeden z tych trzech najbardziej nieulubionych, w dodatku srogi, choć w tym roku w wyjątkowo łagodny sposób.

ad 1
na początek dwie bardzo dobre rzeczy, które szczęśliwie wpadły mi w ręce - rublowka i nie ma ekspresów przy żółtych drogach. na artykuł o rublowce (książce) trafiłam jakiś czas temu bodajże w wysokich obcasach i bardzo zachciało mi się przeczytać całość. i to był dobry pomysł :)
rublowka jest reportażem o rublowce właśnie, czyli najbogatszej dzielnicy moskwy. o tych wszystkich niesamowitych domach i ich wyposażeniu, o sklepach i knajpach, o dzikim bogactwie, które aż trudno sobie wyobrazić, o panujących tam zwyczajach i rytuałach, o ludziach, ale przede wszystkim o tym, na czym polega dziwna gra funkcjonowania w tamtejszej rzeczywistości. jak wiadomo, rosja to (odmienny) stan umysłu, ale rublowka to dla mnie już tak niesamowita egzotyka i kosmos, że czytałam totalnie wciągnięta i zafascynowana, jak najlepszą powieść. najmniej ciekawa okazała się część końcowa, gdzie bardzo szczegółowo tłumaczone są reguły rublowskiej gry, a co za tym idzie - jest bardzo dużo polityki, która już tak nie zachwyca. niemniej - polecam :)

i stasiuk, czyli najlepsze, co mi się w lutym trafiło :) stasiuka ogólnie lubię bardzo, oczywiście zdarzały mu się rzeczy lepsze i gorsze, ale należę do tych czytaczy, które zdecydowaną większość uważają za dobre. a nie ma ekspresów... jest bardzo dobra. zbiór felietonów mocno stasiukowych, wcześniej publikowanych w różnych dziwnych miejscach, teraz zebranych w książce. felietony są zarówno podróżnicze (z dalekich krajów), jak i domowe-beskidzkie oraz takie, które dotyczą polski i polskiej mentalności w ogóle. i te ostatnie podobają mi się najbardziej, a rozdział marzec o przeżywaniu początków wiosny w naszej strefie klimatycznej powinien być gdzieś odgórnie nakazaną lekturą obowiązkową :] bardzo leży mi spokojny stasiukowy styl, wielbię jego konstrukcje zdań, słownictwo i sposób postrzegania świata, a w ekspresach... to wszystko świetnie wychodzi, pozbawione konieczności trzymania się fabuły i tych wszystkich technicznych problemów, które trzeba brać pod uwagę przy budowaniu długich narracji. tu jest po kawałku, dobrze, a przy okazji bardo ciekawie. tak tak tak. 

zelda... sama w sobie była postacią niemalże legendarną, a zatańcz ze mną... jest jej jedyną wydaną książką (chociaż podejrzewa się, że niektóre teksty scotta pisała razem z nim). wokół tej zdecydowanie autobiograficznej powieści krąży kilka ciekawych historyjek (nie wspominając nawet o historyjkach krążących o samej zeldzie) i ostatnio na temat tej książki popełniłam nawet jakiś mały tekst, ale nie mam pojęcia, gdzie i czy w ogóle się pokaże. w razie czego - wkleję tu link, a o samej książce mogę napisać tyle, że jest fascynująco zła ;) tzn. trochę kuleje pod względem formy, ale styl - nawet, jeśli weźmiemy poprawkę na czas powstania (lata '30) i panujące wtedy tendencje - jest zabójczy. trochę chichotałam, miałam nieco dzikiej radości, ale na dłuższą metę to jednak męczy. próbka: brązowe kulki na smętnych krzakach mirtu na końcu ogrodu wybuchły lawendowymi muślinowymi kwiatami. na japońskich śliwkach na dachu kurnika pojawiły się ciężkie sakiewki lata.
...i tak dalej, trololo ;) w charakterze dokumentu epoki - jak najbardziej, przy wgłębianiu się w zawiłości psychiki i osobowości zeldy - proszę bardzo, jako książka do przyjemnego poczytania - cóż, co kto lubi...

a na koniec czytadło, o które nawet sama bym się nie podejrzewała ;) len co jakiś czas startuje w konkursach gastronautów i co jakiś czas coś tam skutecznie wygrywa (najbardziej podobają mi się bony do restauracji ^^). tym razem konkurs był książkowy, do wygrania były różne świetne książki kucharskie i im podobne oraz czytadła. len oczywiście trafiła na czytadło o wdzięcznym tytule recepta na miłość. a jak dają, to już przeczytam... książka gruba, całe szczęście na lekkim papierze ;), sama w sobie leciutka i w modnym nurcie krążenia wokół jedzenia, gotowania i pieczenia, które uzdrawia wszystko i jest rozwiązaniem wszelakich problemów, oczywiście - przez żołądek do serca i tak dalej. rekomendować raczej specjalnie nie będę, ale jeśli ktoś potrzebuje czegoś do kawy albo na poprawę humoru, to można sobie z nią spędzić te dwa wieczory... ;) a, no i zawiera przepisy na chleb i insze pieczywo.

ad 2 
tak naprawdę, to muzycznie jest nie tylko poulenc, ale wszystko, bo wyjątkowo intensywnie używam mojej ogólniej playlisty czerpiącej ze wszystkich plików muzycznych obecnych na komputerze. niemniej - koncert na dwa fortepiany poulenca jest najnowszym odkryciem.
w czasie mojej całej (nawet nieco przedłużonej) edukacji muzycznej jakoś nigdy na ten utwór nie trafiłam. jakiś czas temu słyszałam go na żywo na koncercie, ale to jeszcze nie było to usłyszenie. trafiło mnie w momencie, kiedy na mezzo (czyli jednej z najczęściej oglądanych u nas stacji tv) była transmisja koncertu, na którym tenże koncert wykonywano. i zakochałam się, i przepadłam, i słucham w kółko. dla mniej zorientowanych - sam koncert jest w stylu neoklasycznym (który jest jednym z moich ulubionych), czyli - jest klasycznie na tyle, że obecne są wyraźne aluzje do muzyki okresu klasycyzmu (wiecie, mozart i te sprawy), ale właśnie jako aluzje, mrugnięcie okiem, nawiązania wszelakie i tak dalej. a ogólnie, jest to muzyka już zupełnie współczesna, ze współczesnymi harmoniami (pięknymi!), instrumentacją itp.
z trzeciej strony - jest neoklasycznie, czyli formalnie klasycznie bardzo, są piękne melodie, jest orkiestra i fortepiany i nie trzeba się bać dziwnych odgłosów, chaotycznych dźwięków, zgrzytów i innych tego typu, z jakimi kojarzą się utwory z warszawskiej jesieni ;) 
[i jeszcze zachwyca ta niesamowita radość i poczucie humoru, a jak jeszcze w dodatku wykonawcy się dobrze bawią, to już w ogóle cudo :)]

a w charakterze podsumowania stwierdzam, że jednak muszę pisać częściej. bo głupieję. 

sobota, 8 lutego 2014

przez chwilę będzie ciszej

przemknęło mi przez myśl, że to w sumie było do przewidzenia - po prawie czterech latach przesiadywania gdzieś dzień w dzień więcej mam do sprzątania w komputerze niż na biurku. niemniej - poduszka, koc i pudełko chusteczek to rzeczy jednak bardzo osobiste.
szybko przebiegłam przez wszystkie dotychczasowe końce i początki i ten piątek nijak nie chciał się wpasować ani w jedne, ani w drugie. nie jest końcem, tylko niedookreślonym zawieszeniem, a znów początek czegoś nowego z jednej strony zaczął się już jakiś czas temu, z drugiej - z lekkim drżeniem (i bojaźnią) czekam na ten moment, kiedy zacznie się na dobre (i mam wielką nadzieję, że to jednak jeszcze trochę i zdążę sobie wszystko poukładać. albo chociaż wziąć głębszy oddech).

dziś jest sobota, wszystko dzieje się mniej więcej tak samo, jak co tydzień i jeszcze zupełnie nie czuję, że coś ma być inaczej. poniedziałkowy poranek będzie różnił się tym od pozostałych, że wysiądę kilka przystanków wcześniej i zamiast do kolejnego autobusu pójdę wprost do gabinetu dentysty. nic specjalnego się nie stanie, znów będę w myślach złorzeczyć na głupie mailowe pytania od ludzi, którzy nie potrafią przyswoić kilku nieskomplikowanych zdań i nawet szanse na wiosnę są nadal bardzo nikłe.

przez chwilę będzie ciszej, śpiewa mi pan waglewski, a ja słyszę ten dziwny głos gdzieś z offu, który bardzo diabolicznie akcentuje właśnie to przez chwilę.

niedziela, 2 lutego 2014

strawa na styczeń

1. książki
- kurtyna aghata christie
- kometa nad doliną muminków
- w dolinie muminków
- lato w dolinie muminków
- zima w dolinie muminków
- opowiadania z doliny muminków
- dolina muminków w listopadzie tove jansson
- sherlock holmes. nieautoryzowana biografia  nick rennison

2. serialowo
sherlock 3 sezon 

3. muzyka 
sherlock: music from series 3 (a także 1 i 2) david arnold & michael price
regina spector

ad 1 
książek w sumie w tym miesiącu niezbyt dużo, ponieważ temperatura skutecznie uniemożliwiała czytanie w autobusach oraz sprawiała, że po dotoczeniu się przez zaspy do domu jak najszybciej chciałam znaleźć się w łóżku. a tam - jedzenie (ostatnio stałam się specem od jedzenia w łóżku, co raczej nigdy nie mogło się zdarzyć w domu rodzinnym, jak to czasem dobrze mieszkać samemu ;), komputer (jestę burżuję i dostałam osobny komputer łóżkowy - mój standardowy i mocno wysłużony staruszek o wadze wielkiego utuczonego kota już się lekko rozsypuje, ale jeszcze dycha, więc mam teraz duży komputer do użytkowania w salonie oraz malutki, lekki i cieniutki ultra-lenbook do łóżka, noszenia pod pachą i w ogóle lansu :P) i inne głupoty, a książek tak tylko troszkę.

potrzeba fikcji trzymała się mnie mocno, i to fikcji łatwej, lekkiej i przyjemnej, jednym słowem - starego kryminału. złapałam za nieczytaną jeszcze kurtynę  i okazało się, że jest to ostatni kryminał aghaty christie, wydany już po śmierci autorki. jednocześnie jest to ostatnia książka z herculesem poirot, który [spoiler], coby ładnie wszystko podomykać, na koniec umiera :>
z jednej strony jest to typowy kryminał w stylu "znajdź zabójcę spośród osób z pensjonatu", z drugiej - nieco nietypowy, bo narracja nie jest prowadzona z perspektywy (niedołężnego już) herculesa p., tylko kogoś zupełnie innego. intryga nie powala, ale czyta się jak zawsze, czyli szybko i lekko. wśród kryminałów christie jest cała masa dużo, dużo lepszych, ale z drugiej strony ten taki trochę inny... no i ostatni.

co do muminków, to od zawsze i powszechnie wiadomo, że jestem stamtąd, wyjęta prosto ze świata stworzonego przez panią tove - a na dowód wklejam mimblę, co jest dokładnie taka, jak len, ewentualnie len jest dokładnie taka, jak ta mimbla - zgadza się nawet kubek z herbatą i różowa kiecka (tak!).

do muminków tym razem wróciłam na potrzeby tekstu, co go linkowałam w poprzedniej notce i w zasadzie niech on posłuży za moje kilka słów o muminkach (bo - dajcie spokój, przecież nie będę pisać, czy mi się podobało... ;)

[i nie, tak w ogóle, to nie pisuję do edziecka, to był wyjątek i w zasadzie przypadek, gdy nagle i na szybko był potrzebny ktoś, kto napisze o muminkach i nie będzie wymagał na to dwóch tygodni i dostarczenia wszystkich książek :P]


a na koniec sherlock w dość nietypowej formie. mania sherlockowa trzyma się mnie mocno, w tym miesiącu oczywiście wzmocniona w końcu wyemitowaną trzecią serialową serią ;) w nieautoryzowanej biografii  autor (z lekkim przymrużeniem oka oczywiście, chociaż podczas czytania miałam wrażenie, że niekiedy z bardzo małym przymrużeniem...) przyjmuje założenie, że sherlock i waston istnieli naprawdę, a sir conan doyle był jedynie ich agentem literackim. i mamy tu w najdrobniejszych szczegółach rozpracowane życie sherlocka (i częściowo także watsona), od samego początku do samego (już ostatecznego) końca, dokładnie umiejscowione w historycznych realiach, w czasie, przestrzeni, z pełnią dowodów i dokumentów na rzeczywiste istnienie detektywa. dla tych, co są zasherlockowani [spoiler? ;)], jest to pozycja bardzo przyjemna do czytania, w końcu nie jest niczym innym, jak jedną wielką deklaracją i believe in sherlock holmes ;)

ad 2
...czyli płynne przejście, ponieważ styczeń serialowo upłynął oczywiście pod znakiem sherlocka w wersji bbc. w tej kwestii jestem bardzo nieobiektywna, więc nie będę szczegółowo analizować rzuconych na pastwę fanów całych trzech kolejnych odcinków... ;)
mogę tylko stwierdzić, że bardzo dobrze rozumiem, dlaczego pierwszy był, jaki był, i że trzeci podobał mi się najbardziej, bo był w końcu w dobrym, starym sherlockowym stylu. a ogólnie, to jestem nastoletnią fangirl i tyle ;)
a teraz ważna informacja dla wszystkich, co jeszcze sherlocka nie znają, chcieliby poznać, a nie po drodze im z internetowym streamem czy dvd - od początku marca, bodajże w niedziele wieczorem, tvp2 będzie emitować sherlocka właśnie. i to od razu trzy sezony (czyli całe 9 odcinków), więc można przejść przez całość w miarę bezboleśnie, np. bez dwuletniej przerwy między kolejnymi odcinkami ;)
dla tych, co obejrzą odcinek początkowy i będą sceptyczni - daję tylko znać, że len wzięło tak zupełnie i absolutnie dopiero po pierwszym odcinku drugiej serii. przez pierwsze trzy to był tylko fajny serial ze świetną realizacją i doskonałymi pomysłami, po odcinku czwartym przepadłam na amen i nie potrafię wykrzesać z siebie ani drobiny krytycyzmu, pomimo świadomości tego, że pewnie jak każda produkcja ma jakieś niedostatki...

ad 3
oczywiście jak serial, to i muzyka - pisałam już kiedyś, że sherlockowy soundtrack jest świetny, szczególnie, jeśli kojarzy się już konkretne motywy przypisane konkretnym postaciom i sytuacjom. mogę go słuchać w kółko (co niniejszym czyniłam...), a że na dniach pojawił się także ten z trzeciej serii (do zapoznania się np. na yt), to moja playlista się właśnie wydłużyła. i tyle ;)
...a żeby nie było tak maksymalnie sherlockowo, to jeszcze słucham reginy. regina jest odkryciem z bardzo zamierzchłych czasów początkowostudiowych i ochota na nią pojawia mi się raz na jakiś czas. i z tego, co mi mignęło gdzieś na fejsbuce, nie tylko mi regina pasuje do zimowych pejzaży :)

piątek, 24 stycznia 2014

zima w dolinie

pusto tu i wiatr hula, ponieważ jest zima. jak powszechnie wiadomo, jak jest zima, to musi być zimno, a jak jest zimno, to len wykorzystuje każdy moment, żeby zawinąć się w koce, kołdry, poduszki, pledy, szlafroki, szale i wszystko inne, co tylko choć trochę ciepłe, i śpi. albo zastanawia się nad życiem i wcale nie ma ochoty tego uzewnętrzniać.

wszystkie trolle muminki układają się do snu zimowego gdzieś koło listopada. bardzo to rozsądne ze strony każdego, kto nie lubi zimna i zimowych ciemności.

ps zazwyczaj staram się nie zdradzać z tym, jak bardzo złym recenzentem jestem, ale tym razem to nie taka typowa recenzja, a artykuł dla rodziców (!). a przede wszystkim - o muminkach, więc jeśli mielibyście ochotę, to można spojrzeć tutaj. tytuł nie jest mój.

wtorek, 31 grudnia 2013

strawa na grudzień

1. książki
- przyślę panu list i klucz maria pruszkowska
- dracula bram stoker
- paryż na widelcu. sekretne życie miasta stephen clarke
- bezbarwny tsukuru tazaki i lata jego pielgrzymstwa haruki murakami
- dziecko dla odważnych leszek k. talko

2. serialowo
świąteczny odcinek doctora who
7 minut sherlocka ^^


3. muzyka
wounds and bruises kari

ad 1
po (wciąż trwających) zmaganiach z publicystyką, dziennikami i innymi mądrymi tekstami naszła mnie ochota na jakąś typową powieść, najlepiej jeszcze do tego niezbyt skomplikowaną ;) kind-len jako pierwszą podsunął właśnie przyślę panu list i klucz, więc stwierdziłam, że czemu nie. poczytałam sobie bardzo radośnie o mocno wyidealizowanej rodzinie pochłoniętej przez książki, mówiącej do siebie cytatami, z dziećmi bawiącymi się w sceny z powieści i ze specjalną biblioteczką zamykaną na klucz, co do której znajomym mówi się, że klucz się zgubił, a tak naprawdę, to są tam książki, których nie chce się za nic nikomu pożyczać. tacy borejkowie z literackim skrzywieniem w wersji hard ;) czytało się to bardzo przyjemnie, trochę naiwnie, trochę po marzycielsku - dla książkowych maniaków to może być coś naprawdę uroczego do połknięcia w gorszy dzień, na poprawę humoru.
ale! akcja dzieje się w latach tuż powojennych, byłam naprawdę święcie przekonana, że to powieść w miarę współczesna, tylko z odniesieniem do tamtych czasów. a po przeczytaniu okazało się, że powieść wyszła w roku 1953, co też podczas czytania warto mieć na uwadze :)

w ramach dalszych podczytywań powieściowych trafił się dracula. bo znam filmy, znam odwołania, nawiązania, konteksty, a nigdy tak naprawdę nie dotarłam do źródła. oczywiście mam świadomość, że z dokładną znajomością historii czyta się trochę inaczej, ale... na początku świetnie się bawiłam, potem powieść zaczęła być trochę męcząca i dłużyła się mocno... składa się z różnych tekstów - listów, dzienników, notatek i fonograficznych nagrań (!) różnych bohaterów powieści, co samo w sobie jest ciekawym zabiegiem i prawdopodobnie mogło być atrakcją w czasach, gdy dracula się pojawił. ponieważ jednak czytałam dla czystej radości czytania, nie zapoznałam się z całą otoczką i recepcją powieści i nic mądrego na ten temat nie napiszę ;) ogólnie mam wrażenie, że książka się po prostu trochę zestarzała i współczesny czytelnik mogłby oczekiwać czegoś już trochę innego - osobiście wywaliłabym jakąś 1/4 ;) niemniej - dla zainteresowanych tematem pozycja obowiązkowa.

nie czytałam innych książek stephena clarke, nie byłam też w paryżu, ale obie rzeczy mam zamiar w przyszłości uzupełnić. paryż na widelcu jest swego rodzaju przewodnikiem po francuskiej stolicy, ale na tyle nietypowym, że bardzo przyjemnie czyta się go nawet bez znajomości miasta :) clarke pisze o rzeczach, których ze zwykłych przewodników dowiedzieć się nie sposób - np. która ze stacji  metra jest warta uwagi, kto mieszka w poszczególnych dzielnicach, gdzie kupować bagietki lub mieszkanie oraz do której restauracji iść by dobrze zjeść, a z której będzie piękny widok. i w którym hotelu można się wyspać ;) do tego sporo informacji z historii miasta, anegdotek i ciekawych zdarzeń z życia autora, a wszystko z lekkim dystansem i ironią, jak to u anglika piszącego o francji... ;) rzeczywiście - aż chce się jechać i od razu sprawdzić, czy to wszystko prawda :)

jako miłośniczka murakamiego musiałam oczywiście doczepić się do najnowszej powieści. jako miłośniczka murakamiego mogę zatem nie być obiektywna ;) w bezbarwnym tsukuru... jest mnóstwo tego, czego zawsze po murakamim można się spodziewać - dużo spokoju, wniknięcia w życie bohatera, któremu przytrafia się coś nie do końca zwykłego, sporo przemyśleń, zaskakujących porównań, no i jak zawsze sny, seks i uszy ;) jest dobrze.
z drugiej strony - jest to powieść dla murakamiego na tyle nietypowa, że nie ma tam wyraźnej fantastyki, równoległych światów, dziwnych stworzeń i wszystkiego tego, co sprawia, że podczas czytania mózg wywraca się na lewą stronę, oczy otwierają coraz szerzej, a po skończeniu książki trudno wrócić z powrotem do przynależącej nam rzeczywistości. jest bardzo realistycznie (chociaż są sny, wiadomo), dlatego myślę, że to może być dobra pozycja dla dopiero zaczynających przygodę z murakamim - pozwala wczuć się w klimat i styl autora, a jak już się spodobają, to dopiero wtedy należy takiego początkującego czytacza zmiażdżyć murakamiową fantastyką ;) takim hard boiled wonderland na przykład, niach niach ;]

talko i jego dzieci. niedzieciatym ku przestrodze i zastanowieniu, dzieciatym ku (chyba?) wspomnieniom i ewentualnemu pocieszeniu, że inni mają gorzej. albo chociaż tak samo (bo w to, że jest jeszcze gorzej, boję się wierzyć ;). książka jest podzielona na kilka części, według upływającego czasu, przybywających dzieci i skali rodzicielskiego zaawansowania - dziecko dla początkujących, dziecko dla zaawansowanych, dziecko dla profesjonalistów i tak dalej. radosne felietony, które jednak brane zbyt serio mogą zjeżyć włosy na głowie i znacznie zmniejszyć polski przyrost naturalny ;) podczas czytania świetnie się bawiłam, ale np. m. przeczytał dwa rozdziały i stwierdził, że dla niego to jest jakiś potworny horror i chyba musi dorosnąć do tej książki. a to były dwa pierwsze, najniewinniejsze i niemowlęce! zatem, jak widać - co kto lubi i jaką ma odporność psychiczną ;)

poza tym - rozgrzebałam miłosza i stwierdziłam, że nie mam na niego nastroju, rozgrzebałam żulczyka i tak mnie odrzuciło, że chyba już tej książki w ogóle nie dotknę, rozgrzebałam klub pickwicka i mnie wkurza oraz te prosiaczka, które rozdrażnia jeszcze bardziej. i może uda mi się którąś z tych książek skończyć i wspomnieć o niej w styczniu, ale czuję, że to wcale nie jest takie oczywiste.

ad 2
doctor regenerował! matt smith nie podbił mojego serca, więc nie pogrążyłam się we łzach, za to nadchodzący peter capaldi sprawia wrażenie niesamowicie interesującego i takiego, który może naprawdę namieszać w roli doctora - mocno charakterny i przede wszystkim już nie taki najmłodszy. dlatego z niecierpliwością czekam na nowe odcinki.

...a na odcinek sherlocka czekam tak niecierpliwie, że już bardziej się nie da. siedmiominutowy miniodcinek tylko przypomniał, jak strasznie uwielbiam ten serial i jak bardzo jest fantastyczny. i jak strasznie jestem fangirl ^^"
(to już jutro!)

ad 3
a na koniec będzie jeszcze historia z życia.
kari amirian poznałam... w jej mieszkaniu, kiedy szykowałyśmy wieczór panieński dla naszej wspólnej znajomej. podczas tych kilku(nastu) godzin wspólnej zabawy od razu zaliczyłam kari do kategorii ludzi, którzy są nie dość, że piękni, dobrzy i mądrzy, to jeszcze cudownie sympatyczni, no i dodatkowo zostali obdarowani wielkim bagażem talentów. jakiś czas później okazało się, że kari nagrywa płytę, w czym kibicowałam jej strasznie mocno. płyta ukazała się w zeszłym roku, a w dodatku okazała się cudowna na tyle, że bez absolutnie żadnych wyrzutów sumienia (że po znajomości... ;) polecałam ją i zarażałam jej muzyką rodzinę i znajomych.
teraz kari (po prostu, już bez nazwiska) wydała drugą płytę. i pomimo tego, że podkreśla, jak wiele się u niej i w niej zmieniło, to płyta - choć rzeczywiście nieco inna od poprzedniej - jest rewelacyjna. jak napiszę, że bogatsza, dojrzalsza i tak dalej, to zabrzmi banalnie, ale tak jest w rzeczywistości. fenomenalna dźwiękowo, przestrzenna, wciągająca. słyszę tam zarówno sigur ros, jak i dźwięki z dawnych nagrań legendarnej wytwórni 4ad, ale przede wszystkim słyszę kari, o której jest w świecie coraz głośniej. i bardzo dobrze!

z "zewnętrznych" w tym miesiącu byłam na uroczym (bo w końcu z barokowo-klasycznym programem) koncercie iuve w kościele na pl. małachowskiego [bardzo przyjemnie przedświątecznie].
i... na teatrze w kinie - samorząd doktorantów uw i kino atlantic sprawili, że projekt londyńskiego national theatre live pojawił się także w warszawie. i za to im dzięki stokrotne - frankenstein z benedictem w roli monstrum zachwycił nie tylko fangirlową mnie, ale i towarzyszącego mi m.. a chodzą słuchy, że już można kupować bilety na makbeta z tegoż samego cyklu - projekcja będzie jakoś w połowie stycznia. szczerze polecam!


poniedziałek, 9 grudnia 2013

fortune

niektórzy z moich przodków mieli falowane włosy blond i błękitne oczy. oczywiście poza tymi, którzy ze strachem w zupełnie czarnych tęczówkach w czasie wojny kurczowo trzymali się swojego absolutnie polskiego pochodzenia, bo ich wygląd mówił coś zupełnie innego. z kolei jeszcze inni - choć zupełnie nie wskazywała na to ich skłonna do pesymizmu osobowość - pieczołowicie przekazywali z pokolenia na pokolenie geny bladej piegowatej cery, zielonych oczu, rudych i kręconych włosów, niekoniecznie w komplecie.
niezależnie od powierzchowności, mam wrażenie, że większość z nich siedzi gdzieś tam w górze. i wszelakim siłom sprawczym podszeptuje tak interesujące zwroty akcji w mojej osobistej historii, na które nie wpadłby nikt inny, kto nie miałby ze mną wspólnych choć kilka kropli krwi.

po tych wszystkich wydarzeniach, z którymi spotykam się co krok, chyba w końcu nauczyłam się już na zawsze, że planowanie czegokolwiek nie ma najmniejszego sensu. po głowie coraz częściej plącze mi się piosenka fortune presents gifts not according to the book, choć tę prawdę znam już bardzo dawna. jednak mimo wszystkich dziwnych przypadków i już do znudzenia wytartego curiouser and curiouser zawsze była jakaś nadzieja, że może tym razem w końcu uda się tak, jak sobie wymyśliłam, że będzie.
nie uda się.
kolejny prztyczek w nos, kolejny przewrót majowy, grudniowy, wszystko jedno, i ktoś bardzo, ale to bardzo wyraźnie daje mi do zrozumienia, że wszystkie moje plany można w jednej chwili zdmuchnąć, bo i tak będzie inaczej.
...więc proszę bardzo. już nic nie wymyślam, już nic nie chcę, poddaję się nurtowi - ale nie ze zrezygnowaniem, a raczej z ahoj przygodo!. a co.

when you expect whistles, it's flutes
when you expect flutes, it's whistles.