niedziela, 17 listopada 2013

noc listopadowa

i już, zaczęło się - szarość, mokrość, psiakość. liść opadł, mgły opadać nie chcą, senność jak na złość minęła jak ręką odjął, a melancholia udziela się nawet mojemu czajnikowi. ucieczka uczucia zasypiania na stojąco pozostawiła za sobą niestety pustkę nie do wypełnienia - od kilku dni budzę się co noc dokładnie w tym momencie, żeby wprost z poduszki spojrzeć w środek księżyca - a ten moment wcale nie trwa długo. zazwyczaj wtedy kot wygrzebuje się ze swojej kryjówki w szafie i przyczepia się włochatym ogonem do moich stóp, a ja grzeję się jego nadprogramowym ciepłem i myślę o rozluźnianiu mięśni karku.
i nie myślę wcale o przyszłości, bo wydaje mi się, że wszyscy wokół starają się to doskonale robić za mnie, nie myślę o tym, że (znacząco) większe wydatki nieczęsto idą w zgodnej parze ze (znacząco) mniejszą sumą pieniędzy do rozdysponowania, a jednak zadziwiająco często spotyka się ten fakt w przyrodzie. i że ludzie jednak potrafią przejść nad tym faktem zupełnie lekko, więc ja też będę potrafiła. i jakoś nie chce mi się też myśleć o tym, że czas mniej lub bardziej beztroskich ucieczek sam uciekł już gdzieś daleko, a że pomimo tego w zamyśleniach odpływam w jakieś tak odległe rejony, że nawet nie zauważam, że zjadłam budyń z gruszkami - a nie lubię ani budyniu, ani gruszek.
nie patrzę w sufit, bo to bez sensu leżeć tak z otwartymi oczami, kot przemiaukuje jakieś swoje sny, m. - też przez sen - niespokojnie bębni palcami w prześcieradło, w rurach spływa woda, ktoś za ścianą kaszle, odzywa się winda, cały kalejdoskop zdarzeń wciąż się porusza, przesypują się te wszystkie szkiełka i nawet księżyc już zniknął niedomknięcia rolety, teraz czas na czyjeś inne bezsenności, już nie moje.

wtorek, 29 października 2013

strawa na październik

1. książki
- śmierć w amazonii artur domosławski
- kamienna tratwa jose saramago
- igły. polskie agentki, które zmieniły historię marek łuszczyna
- sprawiedliwość owiec leonie swann

2. serialowo
doctor who - seria 7
broadchurch - już do końca
masters of sex - 3 pierwsze odcinki

3. muzyka
missa papae marcelli giovanni pierluigi da palestrina

4. na zewnątrz
koncert symfoniczny sinfonia iuventus - grieg i mussorgski

w tym miesiącu miej niż zazwyczaj, bo - jak już pisałam - ciągle śpię. w nocy śpię, rano śpię, jak tylko wrócę do domu z pracy - śpię i nawet takie domowe banały jak pranie czekają na lepsze czasy... w autobusach śpię, nie śpię tylko w pracy, ale tu z kolei nie bardzo wypada mi czytać (chociaż czasem się udaje ;) ). dlatego mniej - tyle zdołałam, ale za to bardzo ciekawych rzeczy. do tego trochę serialowania, bo w łóżku w przerwach od spania seriale wchodzą łatwiej niż literki ;)))

ad 1
ambitnie zabrałam się za domosławskiego, ale niestety gorączka latynoamerykańska pokonała mnie na całej linii i gdzieś w 1/3 zarzuciłam jej czytanie i odłożyłam na lepsze czasy. całe szczęście śmierć w amazonii okazała się o wiele łatwiejsza do przyswojenia, choć niestety dosyć przykra w odbiorze... trzy obszerne reportaże, w każdym terror i groza, czyta się trochę jak powieść kryminalną, a potem z gęsią skórką uświadamia się sobie, że to jednak wszystko prawda. ogólnie - jest o walce zwykłych ludzi z ogromnymi korporacjami, które potwornie dewastują amazońskie środowisko, a co za tym idzie - niepowtarzalne ekosystemy, zatruwają wodę, od skażeń giną ludzie, a ci, którzy są niewygodni i protestują, są dyskretnie usuwani... brr, zmusza do wielu niewesołych przemyśleń, ale przeczytać warto, bo śmierć... otwiera oczy na rzeczy, o których zazwyczaj nie ma się pojęcia.

kamienna tratwa to książka dziwna i intrygująca. na początku było mi z nią trudno, a potem się zachwyciłam :) sama fabuła jest niesamowita i nieco absurdalna - oto od europy odrywa się półwysep iberyjski i zaczyna sobie swobodnie dryfować (w różne strony ;). światowe rządy nie bardzo wiedzą, co z tym zrobić, władze hiszpanii i portugalii - tym bardziej. tymczasem niektórym z mieszkańców pływającego półwyspu też przytrafiają się dość dziwne rzeczy - ktoś ciągle czuje drżenie ziemi, ktoś zaczyna pruć skarpetkę, a wełna ciągnie się w nieskończoność, za kimś lata stado szpaków... realizm magiczny i ogromna radość, bo uwielbiam takie historie.
przede wszystkim jednak - styl. to jest pierwsza powieść saramago, z jaką się spotkałam, ale po poszperaniu wyczytałam, że styl należy jednak do autora ogólnie, a nie do tej konkretnej jego książki. styl jest... wyjątkowy. bardzo długie zdania, wtrącenia do wtrąceń, ciągi myśli, dialogów, przysłów, powiedzeń, powtórzeń, nawiązań... a wszystko to z alternatywną interpunkcją. i nie tylko ;) podczas czytania na początku zwracałam uwagę głównie na styl, później wciągnęła mnie fabuła i styl przestał przeszkadzać, aż w końcu doceniłam to, że to głównie styl tworzy niezwykłość tej historii, a reszta jest tylko dodatkami. i jeszcze zaspoileruję, że zakończenie wcale nie jest mocne, zamykające i zakończeniowe, o. i jedna część mnie nie wie, co tak naprawdę o tej książce myśleć, a druga - jest zachwycona.

igły trafiły do mnie w zasadzie przypadkiem i nie byłam do tej książki przekonana, bo wszelakie biografizowanie, a w dodatku jeszcze wojenne i o szpiegach to zdecydowanie nie jest to, co interesuje len. ale... okazało się, że książkę czyta się naprawdę świetnie. dziesięć historii, a każda jak osobna powieść czy opowiadanie, z punktu widzenia bohaterki, z dialogami, z szybką akcją... bez przynudzania i historyzownia-histeryzowania. sensacyjne wydarzenia plus świadomość, że są to historie prawdziwe, oparte na dziennikach, notatkach, aktach z archiwów i tak dalej. jak wam kiedyś wpadnie w ręce, to przeczytajcie.

sprawiedliwość owiec to też bardziej przypadek niż mój świadomy wybór, ale i tym razem trafiło mi się coś ciekawego ;) kryminał, historia zbrodni, a wszystko opowiedziane z perspektywy stada owiec, z próbą oddania ich toku myślenia i innych właściwości. owce, którym pasterz dużo czytał (wniosek - czytajcie swoim zwierzętom!), postanawiają same rozwiązać zagadkę. i nawet w pewnym stopniu im się to udaje... może nie jest to jakaś wybitna literatura, ale pomysł intrygujący, na podróż czy poczekalnię w sam raz ;)

ad 2
jak wspomniałam, gdy się leży z kotem i kocem, seriale wchodzą nieco łatwiej niż książki. dlatego udało nam się dooglądać do końca broadchurch (specyficzny, ale dobry!), zakończyłam też moją odyseję z doctorem - teraz pozostały już tylko aktualne odcinki (na które nie mogę się doczekać) oraz... odcinki klasyczne, czyli dobre kilkadziesiąt lat serialu. jest co oglądać ;)
zaczęliśmy też masters of sex, serial, który jest emitowany aktualnie (jak na razie - 4 odcinki). lata '50, jeden z wybitnych lekarzy postanawia zająć się ludzką seksualnością z medycznego punktu widzenia, co jest dość rewolucyjnym pomysłem, bo nikt wcześniej nie podejmował tego tematu. szpital nie chce finansować badań, bo uważa je za nieprzyzwoite, ale doktor masters jest bardzo zdeterminowany... jest ciekawie + przepiękne stroje i scenografia. i kadry. i to, że z historii medycyny wiadomo, że jednak mu się udało ;)

ad 3
mszę szczerze uwielbiam od pierwszego wysłuchania gdzieś w okolicach muzycznej podstawówki. jest absolutnie przepiękna, można się przy niej idealnie wyciszyć i zrelaksować, pomyśleć, medytować, spać ;), zasłuchać się zupełnie. zdenerwowanym na uspokojenie, zestresowanym na relaks, wszystkim innym w każdej innej sytuacji - polecam bardzo!

...i tyle, jeśli chodzi o październik. być może listopad będzie bardziej owocny, chociaż nie gwarantuję - sezon zimowego snu dopiero się powoli rozpoczyna...

sobota, 19 października 2013

zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem

sen zimowy zjawił mi się w tym roku o wiele za wcześnie. za oknem jeszcze fruwa najbardziej kolorowa z jesienności, nawet temperatura nie jest taka zła, a ja idę spać, z wewnętrznego przymusu i czysto fizycznej konieczności. głowa ucieka mi w sny, oczy same się zamykają, a przymknięte choć na moment nie chcą się za nic otworzyć ponownie, bo już ta cudowna słabość, lekkość i okazuje się, że znów w ciągu minuty minęło półtorej godziny.
w ciągu tygodnia budzik jeszcze jakoś ratuje, może też poczucie, że już naprawdę nie wypada mi się codziennie spóźniać do pracy bardziej, niż standardowe dwadzieścia minut. w dni wolne nie ma sposobu - m. ucieka wczesnym rankiem, a ja tylko otwieram na moment oczy o siódmej, ósmej i dziesiątej, by za chwilę z przerażeniem stwierdzić, że za siedem minut będzie dwunasta. nie przeszkadza mi nic, dziś nie przeszkodził nawet klasyk w postaci sąsiada z wiertarką, a to znaczy, że sprawa jest rzeczywiście poważna.
zaczęłam pić kawę.
*
jakkolwiek banalnie i pretensjonalnie to nie zabrzmi, w każdym życiu, żywocie czy życiorysie są takie momenty, w których okazuje się, że nic już nie będzie takie, jak dawniej lub ewentualnie od teraz wszystko już będzie inaczej. i to są, jak mawia doktor, takie chwile zafiksowane w czasie, które zawsze muszą się wydarzyć, jak nie w ten sposób, to w inny, ale muszą. jakiś czas temu i ja trafiłam na taki moment, w którym moja codzienna egzystencja w kilka sekund wykonała przepiękne salto, ale.. potem najspokojniej w świecie stanęła na nogi i dzieje się dalej. i przyznam, że jest mi trochę dziwnie z tą najnormalniejszą normalnością w sytuacji, w której niektórzy absolutnie tracą zdrowy rozsądek. może to kwestia snu zimowego, może charakteru w tempie lento - nie wiem. zakrzyknięcie do nowej przygody akurat na czas zasypiania, szarości i zimna brzmi niezwykle sarkastycznie, ale tak chyba jest w istocie. możecie ewentualnie trzymać kciuki lub dobrze życzyć, ale ja na pewno jeszcze długo na ten temat nie odnajdę odpowiednich słów.

poniedziałek, 30 września 2013

strawa na wrzesień

1. książki:
- śmierć pięknych saren pavel ota
- kocia kołyska kurt vonnegut
- gwiezdny pył neil gaiman
- tajemnica lorda listerdale'a aghata christie
- trafny wybór joanne kathleen rowling
- małe kobietki louisa alcott
- dlaczego? dlaczego? dlaczego? 111 zaskakujących pytań i odpowiedzi martin fritz
- krótka historia czasu stephen hawking
- tove jansson: mama muminków boel westin

2. muzyka:
myśliwiecka artur andrus

3. serialowo:
doctor who - seria 5 i połowa 6 (z 11 doctorem)
broadchurch

4. na zewnątrz:
m. + dzieci :) - którzy aktualnie zaczęli działać pod szyldem żyrardowskie uderzenie
szalone dni muzyki


ad 1
śmierć pięknych saren  to kolejna z książek polecanych przez mariusza szczygła. opowieść o takim-sobie-zwyczajnym życiu pewnej rodziny czeskich żydów. i o łowieniu ryb. zaczyna się w czasach przedwojennych, kończy na powojennych, a to, że w międzyczasie wojna, holocaust i tak dalej... niby jest. naprawdę jest - są obozy koncentracyjne i cała groza, ale... jakby obok. jakby trzeba się było z tym pogodzić i po czesku żyć dalej, najintensywniej, jak się tylko da. i łowić ryby. jest nieco hrabalowsko, jest tatuś komiwojażer, są dokuczający bracia, są wujowie (łowiący ryby).
książka była pewną formą terapii dla autora, który w pewnym momencie wylądował w szpitalu dla psychicznie chorych, ale nijak nie da się w niej wyczuć jakiejkolwiek depresji - czeskość, czeskość po stokroć! (i łowienie ryb).

z kolei kocia kołyska to klasyka, którą znać trzeba, więc postanowiłam nadrobić braki. i... zostałam zaskoczona. nigdy wcześniej nie wnikałam w fabułę i czytałam z poziomu spoiler-free - i stąd te zaskoczenia, powieść zaczyna się zupełnie zwyczajnie, aż tu nagle, krótkimi, perfekcyjnymi rozdziałami najpierw staje się fantastyką lekko naukową, żeby później rozpętać totalny kataklizm. czytało się świetnie, rozdziałowe poszatkowanie wcale nie przeszkadzało - a wręcz pomagało w nadaniu tempa historii. niemniej - czuję pewien niedosyt i mam wrażenie, że mogło się w tej książce znaleźć jeszcze dużo więcej tego, co gdzieś ledwie muśnięte, zasygnalizowane lub opisane bardzo oszczędnie... ale może właśnie dlatego książka uznawana jest za tak dobrą i ważną, a gdyby cokolwiek do niej dopisać, kompozycja i świetność rozsypałyby się w drobny mak.

gwiezdny pył to kolejne nadrabianie gaimana. tym razem jest pełnowymiarowa baśń, zresztą - bardzo magiczna i piękna, i... bardzo gaimanowska. czyta się lekko i z uśmiechem (czego nie da się powiedzieć o niektórych innych gaimanowskich...), więc polecam na jesienną pochmurność. i eksploruję autora dalej.

na jesienność chciałam sobie zaserwować małą pigułkę z aghaty christie, ale niestety tajemnica lorda listerdale'a  nie była dobrym wyborem. okazało się, że jest to zbiór opowiadań, mniej lub bardziej kryminalno-miłosnych historyjek, jakby szkiców do większych dzieł lub wprawek, w których łatwo doszukać się podobnych pomysłów i motywów. czytanie owszem - jak to u christie - szybkie i bezbolesne, ale tym razem potrzebowałam tej staroświeckiej angielskości z krwi i kości, intrygi i charakterów, a dostałam jedynie ołówkowe szkice. (no dobrze, słowo londyn pojawia się tam parę razy i to już wystarcza, żeby mnie ucieszyć, ale niedosyt jest. bardzo dużo niedosytu. w zasadzie sam niedosyt.)

trafny wybór - uwaga, książka zawiera przemoc, narkotyki, depresję, dużo przekleństw, małomiasteczkowość, seks, samookaleczanie, śmierć, hipokryzję, oszczerstwa, zdrady i ogólną beznadzieję. ponadto - świetne charakterystyki postaci, przepiękne posplatanie wątków i to, że wciąga. co prawda sama fabuła nie porwała mnie jakoś bardzo, a niektóre rzeczy wręcz przewidziałam zanim się wydarzyły, to jednak bardzo podobał mi się kunszt żonglerki wszystkimi bohaterami - a jest ich naprawdę dużo i są zdecydowanie trudniejsi do polubienia niż ci znani ze świata magii. niemniej - nie czytajcie tej książki w taką jesienną szarą deszczowość, bo można stracić chęć, ochotę i siłę na cokolwiek.

po tych wszystkich ponurościach postanowiłam przeczytać coś, co będzie pogodne i przyjemne. w ramach postanowienia nadrabiamy klasykę wzięłam się za małe kobietki. i... zalała mnie fala słodyczy, niewinności i dydaktyzmu, i pomyślałam, że bez gorzkiej herbaty i innej książki do przegryzania w międzyczasie nie dam rady. i że jestem już zdecydowanie za stara na takie lektury, ale... potem szło już całkiem nieźle i udało mi się skończyć przed zasłodzeniem całkowitym. niemniej - jako książka przyjemna i pogodna w szaroburość za oknem sprawdziło się w sam raz.

w ramach małej odskoczni w jedno popołudnie połknęłam też dlaczego?... i dowiedziałam się przy tej okazji kilku całkiem interesujących faktów. niektóre pytania były naprawdę dziwaczne i wydawało się, że autor zadaje je tylko po to, żeby pochwalić się jeszcze dziwniejszą odpowiedzią. niektóre rzeczywiście były ciekawe, niektóre oczywiste, a niektóre całkowicie z gatunku wiedzy bezużytecznej. jeśli więc lubicie wiedzę bezużyteczną lub czasopisma jak focus, to książka będzie ok, w innym przypadku - można sobie darować.

ostatnio tak bardzo siedzę w czasoprzestrzennych podróżach, że postanowiłam poczytać sobie trochę o tym z tej zupełnie naukowej strony, jak to jest naprawdę... krótka historia czasu miała być tym, co taki zupełny (i mocno humanistyczny) laik jak len zrozumie.
...i szczerze się przyznaję, że nawet to naprawdę jest dla mnie magią absolutnie czarną (niczym czarne dziury), fantastyką taką samą, jak wszystkie teorie przedstawiane w książkach, filmach i serialach. usiłowałam zrozumieć rozszerzanie się wszechświata, kwarki, białe karły, teorię strun, antygrawitację, początki i końce kosmosu, i określenie dziesięciu, a nie jedynie czterech wymiarów. mam wrażenie, że trochę mi się rozjaśniło w głowie, a jednocześnie zaplątało jeszcze bardziej - najwidoczniej mój umysł jest zupełnie odporny na fizykę i jej wszystkie kwantowe i astronomiczne odmiany. i nawet, jeśli teraz już mniej więcej wiem, jak to jest z tym czasem i przestrzenią, to nie jestem tego w stanie objąć swoim pojmowaniem, wszystko to brzmi dla mnie jak kolejna z opowiadanych fikcyjnych fabuł i historii. bajka o czasie. i gdybyście poprosili mnie o jakiekolwiek streszczenie tego, co wyczytałam i czym jest czas i przestrzeń, to mogłabym jedynie powtórzyć za doktorem - big ball of wibbily wobbly timey wimey stuff. i tyle.

mama muminków to wielka księga, pięknie wydana, z masą zdjęć, rysunków, reprintów listów i tym podobnych. opowiada o tove, która - wbrew pozorom - była przede wszystkim malarką, a pisarką została zupełnie przy okazji, co się później na niej zemściło - w pewnym momencie miała już zdecydowanie dość muminków, które zmieniły ją w autorkę dla dzieci. można poczytać o zmaganiach w malarskich akademiach, o stosunkach rodzinnych, marzeniach o własnej wyspie, muminkowych genezach, lepszych i gorszych czasach, a także o wszelkich miłościach tove. można powiedzieć, że to dzieło dość monumentalne, więc na czytanie trzeba poświęcić trochę czasu i uwagi, a i tak najlepiej dozować sobie ten tekst co jakiś czas. dla mnie - zafascynowanej światem stworzonym przez tove, ale także jej ilustracjami z alicji w krainie czarów czy hobbita była to bardzo interesująca lektura, a tove okazała się jeszcze bardziej taka, za jaką ją miałam ;) jeśli chcecie pogłębić swoją wiedzę o muminkach lub ich mamie - polecam.

ad 2
myśliwiecka trafiła do naszego samochodowego odtwarzacza podczas podróży po nigdziebądź i... już tam została :) i zastanawiamy się, jak to się stało, że trafiła tam tak późno. muzycznie świetna, tekstowo - bardzo andrusowo, wokalnie... cóż, również andrusowo :) piosenkę o zakładaniu chórów m. podśpiewuje już niemalże podświadomie, a to, że gołąbki same się poduszą śpiewamy obydwoje :)

ad 3
z jedenastym doctorem miałam na początku problem, ale już się przyzwyczaiłam i serialowość idzie dalej, szczególnie, że w tych seriach zdjęcia są absolutnie przepiękne, kompozycje kadrów mile łaskoczą moje najgłębsze poczucie estetyki... ale to jednak nie dziesiąty doktor...
...niemniej - żeby za bardzo się z tennantem nie rozstawać, zaczęliśmy oglądać broadchurch. oczywiście pan wspominany występuje tu w roli bardzo innej, ale też jest pięknie. powolna, nieco zamglona narracja świetnie oddaje klimat sennego nadmorskiego miasteczka, kadry i gra światłem również są przepiękne i pomimo niezbyt przyjemnego tematu ogląda mi się to bardzo przyjemnie.
m. też się wkręcił i oglądamy razem :)

ad 4
jakby kiedyś rzuciło wam się w oczy żyrardowskie uderzenie (nazwa powstała ot tak, może trochę przez prasę, proszę nie ciskać gromów, nikt konkretny nie jest za nią odpowiedzialny ;) - to wiedzcie, że zawsze polecam. dzieciaki (mocno nastoletnie) bardzo się już wyrobiły, pracują ciężko, perkusyjnie wymiatają rewelacyjnie. a poza tym, to są fajni ;)

a szalone dni muzyki jak zawsze zmuszają do chwilowego zamieszkania (i zamieszania) w operze, ale to są bardzo przyjemne dni. uwielbiam ten klimat, ten rozgardiasz, to, że można biegać z koncertową rozpiską i posłuchać tyle dobrej muzyki przez dwa dni, że wystarczy przynajmniej na połowę burej i deszczowej jesieni.

tradycyjnie jeszcze zapowiedź: 10 października, czwartek, studio s1 polskiego radia, godzina 18. sinfonia iuventus gra koncert fortepianowy griega i obrazki z wystawy. będzie fajnie :)


niedziela, 22 września 2013

blur

jesienne szarości od rana rozmywają krajobraz za oknem, a mi powoli zaczyna rozmywać się rzeczywistość.

nagle siedem tabletek zamiast zwyczajowo trzech. i pierwszy raz zdarza mi się, żeby tuż po wybiegnięciu z przychodniowej sterylności dzwonić do lekarza, który - na moją monotonną recytację liczb z laboratoryjnej kartki zakrzyknie (jakże adekwatnie) o choroba! i każe natychmiast udać się do apteki, choć na pewno nie biegiem.

godzinami siedzę w pracy zupełnie sama. jest przeraźliwie zimno i muszę odbierać wszystkie telefony. po tygodniu już nawet zapominam się przy tym stresować.

odbieramy z lotniska rodziców m., którzy wrócili z ciepłych krajów. opaleni, lekko zdezorientowani kurtkami i zimnym wiatrem. nasza wspólna kolacja powoli zamienia się w alicjową herbatkę - oni w czasie opowieści otrząsają się z resztek podróżnego niepokoju, mój niepokój wzrasta i podchodzi do gardła, na wypadek, gdyby trzeba było nagle odpowiedzieć na pytanie a co u was?

zresztą - pytanie co tam u ciebie? we wszystkich swoich możliwych wariantach budzi teraz we mnie największe przerażenie - nie chcę na nie odpowiadać, nie chcę nic wymyślać, a jeszcze nie potrafię uczepić się skrawków obojętnej nieokreśloności, z której mogłabym wysnuć jakąkolwiek historię.

poniedziałek, 9 września 2013

są takie średnie miasta

kilka dziwnych dni w kliku niedużych miastach, praktycznie identycznych, mijanych po kolei wzdłuż każdej z tras. rynek z kościołem i pomnikiem papieża bądź marszałka, parterowe domy - w czasach świetności kolorowe, w gorszych czasach brudnoszare, w naszych - urągające pojęciu architektury. czasem dom kultury, mały supermarket na wjeździe, stacja benzynowa na wyjeździe. albo odwrotnie.
nadto wymalowane kobiety, nieco wymięci mężczyźni, grube i głośne dzieci. chłopaki z papierosami zgromadzeni wokół samochodów, przyglądające im się nieco z ukosa i z dystansu dziewczyny. wszystko i wszyscy jako idealne ucieleśnienie stereotypów, w które nadal nie chce mi się wierzyć.

i dużo, dużo myślenia, czy oglądane codziennie od dziecka budynki i twarze w jakikolwiek sposób determinują to, co dalej? a jeśli tak, to jak bardzo? len jest od zawsze z ogromnego miasta, chociaż bardziej w klimacie ocalałych przedwojennych przedmieść i podlasów. teraz w samym środku, i choć nad jeziorem, to jednak wielkomiejskość zewsząd, wielkomiejskością się oddycha. i dobrze z tym.
kim byłaby len z małego miasteczka?

a na obrazku miasteczko z lekka weselsze